poniedziałek, 28 września 2009

Wysokie Tatry - Dolina Jaworowa i dalej

Przez cały ubiegły tydzień śledziłem prognozy pogody - jak będzie w sobotę i niedzielę? Słonecznie i bez opadów czy deszczowo i zimno? Ponieważ cały czas wszystkie serwisy obstawiały opcję pierwszą, stwierdziłem, że czas wybrać się w Tatry. Tym razem samotnie.

Cel - tam, gdzie mnie jeszcze nie było. A dokładniej - ostatnie brakujące szlaki wschodnich słowackich Tatr Wysokich.

Niestety, już na dworcu w Krakowie dowiedziałem się, że nie tylko ja miałem wspaniały pomysł na tatrzańską wycieczkę. Zmieściłem się dopiero do drugiego autobusu. Jeśli chodzi o tłok, to później było już tylko gorzej.

Ale nic - udało mi się dojechać do Tatrzańskiej Jaworzyny. Stamtąd znanym szlakiem Doliną Jaworową. Ale tym razem nie skręciłem w lewo w Zadnie Koperszady; tym razem dalej prosto.


Do Polany Jaworowej minąłem kilka osób. Pomyślałem sobie, że to tak akurat - kilka osób na szlaku, czyli gwarancja bezpieczeństwa (w końcu idę sam), a nie za duży tłok. Niestety, myliłem się.

Dolina Jaworowa ciągnie się dość długo, jednak nie jest w ogóle porównywalna do sąsiedniej Doliny Białej Wody. Dość szybko (zaraz za polaną) zaczęło się konkretne podejście, które trwało już do samej Lodowej Przełęczy.


Stamtąd szybko w dół do Dolinki Lodowej i od razu w prawo na Czerwoną Ławkę. O Chatę Teryego tym razem nie chciało mi się zahaczać. Na podejściu pod Czerwoną Ławkę - dramat. Po pierwsze - ciężkie roboty - dwóch panów z przenośnym generatorem na ropę i potężną wiertarką wykonuje otwory na nowe klamry i mocowania łańcuchów. Po drugie - pan z psem (!) usiłuje podejść na przełęcz. Czy mu się to udało - nie wiem. Wyprzedziłem go, a później już ich nie widziałem. Niemniej widok psa wnoszonego po skałach - bezcenny. A po trzecie - brak kultury wśród turystów. Zatrzymywanie się na środku podejścia i picie wiśniówki, wchodzenie na łańcuch, zanim poprzednia osoba z niego zejdzie, obchodzenie bokiem i wchodzenie tuż przed innych na szlaku - to nie było przyjemnie. Ale wreszcie - udało się. Więc do Zbójnickiej.


W schronisku byłem w miarę wcześnie - koło 17.00. Jednak pani z obsługi powiedziała mi, że nie ma już wolnych miejsc. Bardzo chciała, żebym zszedł na dół. Ja bardzo chciałem jednak zostać. Powiedziała, że o 21.30 uprzątną stoły z jadalni i będzie można się tam położyć. No dobrze. Jednak koło dwudziestej okazało się, że w tej jednej sali jadalnianej będzie spać ponad 40 osób! Kto był w Zbójnickiej i pamięta, jakiej wielkości jest ta sala, niech rozwiąże zagadkę logiczną związaną z ułożeniem wszystkich chętnych. Ostatecznie problem rozwiązał się sam - ewolucyjnie, z godziny na godzinę, poprzez symulowane wyżarzanie, układ znajdował coraz lepsze rozwiązanie. Szkoda tylko, że podłoga nie chciała (ani ewolucyjnie, ani rewolucyjnie) dostosować swojej twardości. Ciężko było. Zwłaszcza, że za taką przyjemność liczą sobie już 15 euro. Co prawda ze śniadaniem, ale uważam, że to bardzo dużo.

Kwadrans po szóstej pobudka. Szybkie śniadanie i chwilę po siódmej byłem gotowy do wyjścia. Właśnie w tę stronę:


Kolejny raz chciałem przejść przez Rohatkę. Ta przełęcz wyjątkowo mnie nie lubi. Próbowałem ją przejść trzykrotnie - tylko raz mi się to udało. Raz - 1 października kilka lat temu - po nocy spędzonej samotnie w schronisku wyszedłem rano, żeby zobaczyć mgłę i świeży śnieg - niegroźny, ale było go na tyle dużo, żeby zasypać znaki. Wtedy musiałem zawrócić. Rok temu, gdy nocowaliśmy w Zbójnickiej, nawet nie próbowaliśmy iść w stronę Rohatki - tony wody lejące się zewsząd skutecznie nam to wyperswadowały. W niedzielę miała miejsce czwarta próba - i druga udana. A po drodze spotkanie z kozicami:


I na przełęczy:


No i nadszedł czas na kolejny niezdobyty przeze mnie odcinek - na Polski Grzebień i na Małą Wysoką. Szlak w sumie prosty, praktycznie żadnych trudności (przynajmniej w tych warunkach). Ale widok - niesamowity. Z Małej Wysokiej w każdą stronę rozciąga się wspaniała panorama. Na Gerlach:


Na Dolinę Staroleśną:


Na Dolinę Białej Wody:


I na Dolinę Wielicką (zdjęcie z Polskiego Grzebienia):


W tej ostatniej już były prawdziwe tłumy - ale cóż, to przecież dolina wybitnie spacerowa. Niemniej Wielicki Ogród, w którym nigdy nie byłem, naprawdę wart odwiedzenia.

Powiem jeszcze tylko, że od Śląskiego Domu schodziłem żółtym szlakiem do Starego Smokowca. Ostatni raz szedłem tamtędy dobre kilka lat temu i pamiętałem, że szlak wiedzie przez gęsty i przyjemnie zacieniony las. Teraz też tak jest - przez pierwszą połowę trasy. Później jednak wchodzi się w wiatrołom - strasznie jest iść lasem, gdzie prawie nie ma drzew, a te, które ostały, posiadają zaledwie po parę gałęzi.

Sam Smokowiec ewidentnie po sezonie. Jedna restauracja nieczynna, w drugiej kartą można zapłacić dopiero od 10 euro (czyli musiałbym wypić cztery piwa, żebym mógł tak płacić), pusto i jakoś tak smutno. I autobusy na Łysą Polanę jeżdżą strasznie rzadko.

Mimo problemów komunikacyjnych (w Zakopanem znowu nie zmieściłem się do autobusu) i noclegowych (ta noc w Zbójnickiej będzie niezapomniana) uważam ten wypad za niezwykle udany. Przede wszystkim pogoda - około 15 stopni, prawie bezchmurne niebo, a widoczność już piękna jesienna. Jeżeli tylko utrzyma się dodatnia temperatura i nie będzie opadów - każdemu polecam wypad w Tatry. Jesienią są wspaniałe.

Więcej zdjęć tutaj:


Tatry wrzesień 2009

poniedziałek, 21 września 2009

Polska The Times - brytyjska jakość, polska dokładność


wtorek, 15 września 2009

Kasy automatyczne

Jakiś czas temu, robiąc zakupy w czyżyńskim Carrefourze, zobaczyłem, że znajduje się tam kilka kas automatycznych. Oczywiście, zainteresowało mnie to, i co najmniej z dwóch powodów. Primo: jest to jakiegoś rodzaju gadżet, który chętnie bym zbadał; i secundo: User Experience - taka kasa jest przecież pewnego rodzaju kioskiem, gdzie łatwość użycia za pierwszym razem jest krytyczna. Niestety, udało mi się z takiej kasy skorzystać dopiero kilka tygodni później.


Jak to w ogóle wygląda? Kasa taka składa się z:
  • czytnika kodów kreskowych,
  • ekranu dotykowego,
  • koszyka na zeskanowane produkty.
Najistotniejszym elementem jest chyba ten koszyk - otóż każdy produkt sprzedawany w sklepie, ma przypisaną wagę. Dlatego kasa wie, czy zeskanowany i odłożony do koszyka produkt to ta sama rzecz. Oczywiście nic nie broni użytkownikowi - zamiast skanować produkt - włożyć go za pazuchę; nic z wyjątkiem ochroniarza, który stał obok wszystkich czterech kas i miał baczenie na klientów.

Oprócz tego do obsługi tych czterech kas oddelegowana była specjalna kasjerka, mająca pomagać klientom w obsłudze tych bezobsługowych kas. Dwie osoby do czterech kas? Może to rzeczywiście sporo, może wraz z upowszechnieniem się kas automatycznych osób do obsługi będzie potrzebne mniej? Nie wiadomo. W każdym razie - na tym etapie rozwoju tej technologii ta obsługa jednak jest konieczna.

W każdym razie - podchodzę do kasy, spotykam pierwsze ograniczenie - kasa obsługuje klientów chcących zapłacić za nie więcej niż 20 produktów. Dobrze, ja mam kilkanaście. Na ekranie instrukcja dużymi literami - weź produkt i go zeskanuj. Tak robię. Następnie: odłóż go do koszyka. Tak robię. Zeskanuj kolejny produkt. I tak dalej. Po każdym zeskanowaniu na ekranie rośnie mój rachunek z wyszczególnionymi wszystkimi produktami. Oprócz skanowania mam też do dyspozycji duży przycisk (dotykowy oczywiście), za pomocą którego mogę przejść do wyboru produktów, które nie mają kodów kreskowych (np. pieczywa). O ile skanowanie produktów szło mi bardzo szybko i sprawnie, to znalezienie odpowiedniego produktu w tej hierarchii już nie bardzo. Po pierwsze, nie znam tej hierarchii, czyli za każdym razem muszę czytać opisy lub patrzeć na obrazki. Po drugie - mogę nie pamiętać, czy te bułki, które wybrałem, to bułki zwykłe małe czy ciabatty czosnkowe. Przeciętna kasjerka w hipermarkecie takie różnice wychwytuje na pierwszy rzut oka.

Niestety miałem ze sobą produkt "trudny" - żarówkę. Kod kreskowy zeskanował się elegancko, jednak żarówka była zbyt lekka, by waga ją wykryła. System więc, nie wykrywszy włożenia do koszyka zeskanowanego produktu, wykrzyczał mi na cały ekran, że waga nieprawidłowa, i że terminal został zablokowany i że musi zostać wezwana obsługa. Okazało się więc, do czego potrzebna jest kasjerka krążąca wokół czterech kas automatycznych - do podchodzenia do trudnego klienta z trudnym towarem, patrzenia na rachunek, patrzenia na zawartość koszyka i - jeżeli wszystko jest w porządku - machania swoją specjalną kartą pozwalającą użytkownikowi na dokończenie transakcji. Z jej pomocą udało mi się to osiągnąć.

Płacić można gotówką albo kartą. Niestety nie miałem przy sobie wystarczającej ilości gotówki, a żałuję, bo chciałem zobaczyć, jak rozwiązano tam kwestię takiej płatności. Zapłaciłem więc kartą. Na ekranie wybrałem tę formę płatności, później poproszono mnie, abym przeciągnął swoją kartę przez terminal i postępował według jego instrukcji. Niestety gdy ja już dawno zakończyłem płatność kartą, na głównym ekranie kasy nadal wyświetlała się instrukcja odsyłająca mnie do terminala. Dopiero po kilku-kilkunastu sekundach do kasy dotarło, że już zapłaciłem i mogłem odebrać swój paragon.

Podsumowując plusy:
  • Prosta obsługa w przypadku skanowania produktów.
  • Łatwa płatność.
  • Mniejsza kolejka niż do kasy tradycyjnej.
Minusy:
  • Ludzie boją się tej technologii. Nieprzypadkowo średnia wieku przy kasach automatycznych nie przekraczała trzydziestki.
  • Limit 20 produktów (więcej nie zmieściłoby się w koszyku; swoją drogą, ciekawe, co by było, gdybym chciał kupić np. deskę do prasowania?).
  • Powolne wprowadzanie produktów nieoznaczonych kodami kreskowymi.
  • Błędy w działaniu (żarówka).
  • Słaba komunikacja kasy z terminalem do płatności kartą.
  • "Wtręty" w procesie obsługi - po zeskanowaniu chyba drugiego produktu na ekranie pojawił się komunikat "Czy masz kartę Carrefour Cośtam? Jeśli tak, zeskanuj ją teraz." Czy czas do obsługi tej karty nie mógłby być na samym początku lub końcu skanowania zamiast pojawiać się nagle podczas?
  • Wymagana obecność ochroniarza i kasjerki.
Moje wrażenie - technologia wygodna, której na pewno będę używać w przyszłości, ale która wymaga sporo dopracowania (i rozreklamowania).

wtorek, 8 września 2009

Dare to Dream Different

It was almost a year ago when Microsoft announced a programming challenge called Dare to Dream Different (website). It was because Microsoft had just released a new version of .Net Micro Framework - a subset of .Net Framework which main advantage was ability to run on embedded units, within very strict hardware limits.

We - me and my colleagues - decided to take part in this challenge. We had an idea. And it was not just an abstract idea - it was something our company found helpful, but there had been no time and resources to develop it.

The idea is quite simple. We have three training rooms located on three different floors. Of course, when we set up a meeting, we book a room, but later we often forget. Sometimes we just want to go into the nearest room without launching Outlook and verifing whether it is occupied or not. So we wanted to develop a device, which would have a big screen (touchscreen would be the best), would be located near the door, and which would display the room's agenda.

Of course we added some extra features - ability to view agendas of other rooms and for different days. We decided to connect the device with an RFID reader and let people to edit and remove their own meetings and to add some new ones.

It was everything in Microsoft's world - we already had running Exchange server and everyone had a badge with RFID antenna and there was connection between those badges and Active Directory accounts.

So we sent an application. And our idea was appreciated and we were chosen to take part in Round 2. We were provided with a fancy developer kit - ARM9 (100 MHz) with 8 MB RAM, accelerometer, keypad and - last but not least - 3,5 inch touch screen.

And the real fun began. If you have ever written an application for such a device, you know what I mean. But we had to write almost everything from scratch. It is great that there is .Net Micro Framework, but this framework does not have even String.IsNullOrEmpty function!

However, we managed to write an entire application, based on (written just then) MVC pattern framework. We managed to implement some kind of RPC protocol and to communicate with webservices. We managed to get through this weird WPF implementation and to provide an interesting and working GUI. And we managed to put it all together, with AD, with Exchange, with RFID reader - and made a movie.


(Remember - this is our first movie production ever.)

And we sent this movie and started waiting.

Unfortunately, there were many misunderstandings and delays and we were furious that the results still were not announced. We felt neglected because we had to wait for almost three months to get the results. Unfortunately, our team was not chosen to be in the Final Five.

We know we have done a lot of work and we are much smarter now. Yes, sure, we would have done some things in different way, but this is called an experience. We only feel sorry that Microsoft did not run this contest smoothly and that participants felt that they were forgotten.

For the end - this is a movie of a project that won in the Professional category. Feel free to compare.