poniedziałek, 18 maja 2009

Żeby życie miało smaczek - raz kosówka, raz Ciemniaczek.

W końcu udało się. Tegoroczny letni sezon tatrzański uważam za otwarty. Mówię tak, ponieważ w ubiegły weekend wybraliśmy się z Markiem w Tatry Zachodnie. Planowaliśmy pierwotnie Tatry zagraniczne, ale brak samochodu w połączeniu z negatywnym stosunkiem Słowaków do turystów przed 15 czerwca sprawiły, że udaliśmy się do Zakopanego, aby stamtąd busem dostać się do Doliny Chochołowskiej.

Pogoda, jak widać, taka sobie, ale nie przejmując się tym zbytnio wyruszyliśmy w górę doliny, aby po pewnym czasie skręcić w lewo w Dolinę Starorobociańską w kierunku Siwej Przełęczy.
Droga była nawet w porządku. Dopiero 20-30 minut przed samą przełęczą natrafiliśmy na dość duże pole śnieżne, które jednak było mało nachylone, więc przejście nie należało do bardzo trudnych. Tym sposobem znaleźliśmy się na przełęczy.
Stamtąd postanowiliśmy udać się na Błyszcz (to jest to pierwsze wysokie).
Założyliśmy depozyt, wzięliśmy czekany, czapki i rękawiczki i poszliśmy w górę. Z Bystrego Karbu odchodzą w górę dwa szlaki - czerwony, graniczny, idący prosto na Błyszcz oraz niebieski, po stronie słowackiej, idący na Bystrą. Poszliśmy tym czerwonym. Po pewnym czasie zorientowaliśmy się jednak, że spotkaliśmy i szlak niebieski. Okazało się, że Błyszcz i Bystra połączone są doskonale widoczną ścieżką, która jednak nie jest oznakowana szlakiem. A tamten niebieski szlak... Relikt przeszłości i zamkniętych granic?
Wróciliśmy na przełęcz. Pogoda się pogorszyła.
Odnaleźliśmy plecaki (z pewnym trudem, przyznam) i udaliśmy się w stronę Ornaku.
Stamtąd już tylko człapanie na Iwaniacką Przełęcz i jeszcze człapanie do schroniska na Hali Ornak. Uff. Byliśmy naprawdę wyczerpani całym dniem marszu, a tu jeszcze okazało się, że akurat w schronisku zamykają bar. Na szczęście udało się uprosić piwo i fasolkę po bretońsku. Niestety, to były ostatnie rzeczy, na jakie mogliśmy tam liczyć. Późniejsze próby uzyskania piwa czy chociażby wrzątku okazały się daremne. Nie jest to koniec mojego narzekania na to schronisko. Ja wiem, że ładne i uroczo położone, ale jeden prysznic na wszystkich gości? I sala jadalniana otwierana dopiero o 8 rano? Nie mówię, że chciałbym dostać wrzątek czy coś do jedzenia, ale chciałbym zjeść normalnie przy stole, a nie na kolanie.
Nic to. Poranek. Piękna pogoda. Wychodzimy.
I wchodzimy w Dolinę Tomanową. Przy ujściu Czerwonego Żlebu mijamy potężne lawinisko. Oj, działo się... Skręcamy w lewo, żeby przejść przez Tomanowy i Wysoki Grzbiet. Na tabliczce coś napisane, że szlak zamknięty do końca maja, ale w pełnym słońcu nie było widać. Idziemy. Znów wchodzimy w Czerwony Żleb i przechodzimy przez lawinisko. Tym razem już nie jest tak łatwo. Duże pole śnieżne to dla nas i dla czekanów niezbyt wielkie wyzwanie. Gorzej jest, że po przejściu takiego pola gubimy szlak. Ale znajdujemy ślady ludzi, którzy szli przed nami. Więc po śladach. Które w pewnym momencie urywają się całkowicie. I nie mamy ani śladów, ani szlaku. Szybka wymiana zdań i decyzja - lecimy przez kosówkę. Szlaku nie widać, ale dajemy twardo. Na szczęście po około 10 minutach przedzierania się przez zarośla widzimy szlak. Jeszcze parę minut walki z gałęziami - i jesteśmy. Straciliśmy na błądzeniu po lawinisku chyba z godzinę. Więc szybko do przodu.
Samo podejście na Ciemniak było już proste.
Stamtąd skok na Małołączniak:
I w dół. Czerwony Grzbiet to czysta przyjemność. Natomiast Kobylarzowy Żleb... No, tego nie wspominam dobrze. Najpierw skały. Później piarg. Później łańcuchy w skałach. Później piarg. Później masa śniegu (ale do przejechania nawet na butach). Później znowu piarg. No, namęczyliśmy się. Ale tym sposobem dość szybko udało nam się dotrzeć do wylotu Doliny Małej Łąki, skąd już do domu prosty transport.
Podsumowując - bardzo, bardzo męczące trasy. Cały czas dość trudne warunki. Spotkanych na szlakach ludzi można policzyć na palcach. I jeden morał. Nieważne, jak bardzo pada, jak wyjeżdżasz z Krakowa, zawsze weź ze sobą krem do opalania. Trzydziestkę. Bo później będziesz żałować. Tak jak ja teraz. Bo poparzone ręce to nienajlepsze wspomnienie.
Reszta zdjęć tutaj.

1 komentarz:

qba pisze...

Szacunek za kosówkę :) Byłem w tym rejonie miesiąc temu i warunk były jeszcze mocno zimowe (chociaż juz nie lawinowe). Jak widać po zdjęciach, wiosenne słońce poczyniło spustoszenia w pokrywie śnieżnej. Gratulacje udanego wyjazdu!