sobota, 30 maja 2009

Absurdy polskiej bankowości - część pierwsza...

...i na pewno nie ostatnia. Dlaczego? Ponieważ staramy się o kredyt hipoteczny. A oto co skłoniło mnie do napisania niniejszej notki. Przed chwilą w telewizji obejrzałem reklamę pewnego dużego polskiego banku (tego ze skarbonką), który chwali się, że z łatwoscią udziela kredytów nawet na 100% wartosci nieruchomosci. W nim również wystąpilismy z wnioskiem. I dostalismy decyzję odmowną.

No trudno. Jednak argumentacja banku była dla mnie totalnie niezrozumiała. Od początku mojej pracy w VSofcie podpisuję regularnie umowy o dzieło. Bankowi oczywiscie zostały one przedstawione. Niemniej jednak bank uznał, że nie dowodzą one ciągłosci moich usług swiadczonych firmie, ponieważ w poprzednim roku miałem cztery umowy i cztery rachunki (podpisuję umowy kwartalne), a w roku bieżącym - dwie umowy i tylko jeden rachunek. Problem jest jednak taki, że - z tego co się orientuję - wszędzie jest tak, że rachunek wystawia się po wykonanej pracy, po okresie obowiązywania umowy. Druga tegoroczna umowa kwartalna kończy się w czerwcu, więc chyba logiczne jest to, że w kwietniu takiego rachunku nie miałem. Dla mnie logiczne. Dla banku - widać nie.

Nie wierzcie reklamom. To nie ludzie od reklam podejmują decyzje w bankach...

czwartek, 28 maja 2009

Oszczędzanie baterii w Nokii E66

Od kilku miesięcy używam właśnie Nokii E66. Uważam ten telefon za naprawdę świetny, ale myślę, że mógłby dłużej wytrzymywać na baterii. Chociaż - pochwalę się - udało mi się znaleźć sposób, aby trochę wydłużyć jego żywotność.
Otóż za każdym razem, kiedy włączał się wygaszacz ekranu, główny przycisk telefonu powoli sobie migał - zupełnie inaczej niż wtedy, gdy mam nieodebrane połączenie czy nieprzeczytaną wiadomość. Nie wiedziałem, co z tym zrobić, a podejrzewałem, że zabiera to trochę energii z baterii. Otóż opcja wyłączałająca to miganie kryje się w Narzędzia->Profile->Profil->Przystosuj->Oświetlenie. I ta opcja powinna zostać wyłączona. Efekt - telefon wytrzymuje mi spokojnie o jeden dzień dłużej (co przy 2-3 dniach wytrzymałości jest znacznym rezultatem).
Polecam.

czwartek, 21 maja 2009

Wyborcza. Pierwsza wolna gazeta w Polsce. Szkoda, że już nie...

Tak naprawdę nie chodzi o samą gazetę, ale o jej portal internetowy wyborcza.pl. Przeczytaliśmy przedwczoraj artykuł, w części witryny o Krakowie, który dotyczył pewnej sprawy, a w obrębie tej sprawy - pewnej osoby. Tej osobie poświęcony był też pierwszy komentarz pod artykułem. Iza chciała tam dodać swoje dwa słowa. Zrobiła to jednak dopiero wczoraj.
Wczoraj jednak, ten pierwszy komentarz był usunięty:

Nie zrażając się tym jednak, Iza dodała swój komentarz poniżej. Czytałem go. Nie było w nim osobistego ataku, nie było insynuacji, gróźb karalnych i niekaralnych, obrażania kogokolwiek. Owszem, była tam ironia. Ale moim zdaniem nie było powodu, aby jej komentarz został usunięty bez słowa i bez śladu! Administrator tamtego forum nie pofatygował się, aby napisać, że wiadomość została usunięta. Wiadomość po prostu została usunięta.

Szczerze mówiąc, nie tego spodziewałem się po Gazecie Wyborczej, którą zawsze sobie bardzo ceniłem. Szkoda, że głoszonych przez siebie wartości nie potrafią zastosować na swoim portalu.

poniedziałek, 18 maja 2009

Żeby życie miało smaczek - raz kosówka, raz Ciemniaczek.

W końcu udało się. Tegoroczny letni sezon tatrzański uważam za otwarty. Mówię tak, ponieważ w ubiegły weekend wybraliśmy się z Markiem w Tatry Zachodnie. Planowaliśmy pierwotnie Tatry zagraniczne, ale brak samochodu w połączeniu z negatywnym stosunkiem Słowaków do turystów przed 15 czerwca sprawiły, że udaliśmy się do Zakopanego, aby stamtąd busem dostać się do Doliny Chochołowskiej.

Pogoda, jak widać, taka sobie, ale nie przejmując się tym zbytnio wyruszyliśmy w górę doliny, aby po pewnym czasie skręcić w lewo w Dolinę Starorobociańską w kierunku Siwej Przełęczy.
Droga była nawet w porządku. Dopiero 20-30 minut przed samą przełęczą natrafiliśmy na dość duże pole śnieżne, które jednak było mało nachylone, więc przejście nie należało do bardzo trudnych. Tym sposobem znaleźliśmy się na przełęczy.
Stamtąd postanowiliśmy udać się na Błyszcz (to jest to pierwsze wysokie).
Założyliśmy depozyt, wzięliśmy czekany, czapki i rękawiczki i poszliśmy w górę. Z Bystrego Karbu odchodzą w górę dwa szlaki - czerwony, graniczny, idący prosto na Błyszcz oraz niebieski, po stronie słowackiej, idący na Bystrą. Poszliśmy tym czerwonym. Po pewnym czasie zorientowaliśmy się jednak, że spotkaliśmy i szlak niebieski. Okazało się, że Błyszcz i Bystra połączone są doskonale widoczną ścieżką, która jednak nie jest oznakowana szlakiem. A tamten niebieski szlak... Relikt przeszłości i zamkniętych granic?
Wróciliśmy na przełęcz. Pogoda się pogorszyła.
Odnaleźliśmy plecaki (z pewnym trudem, przyznam) i udaliśmy się w stronę Ornaku.
Stamtąd już tylko człapanie na Iwaniacką Przełęcz i jeszcze człapanie do schroniska na Hali Ornak. Uff. Byliśmy naprawdę wyczerpani całym dniem marszu, a tu jeszcze okazało się, że akurat w schronisku zamykają bar. Na szczęście udało się uprosić piwo i fasolkę po bretońsku. Niestety, to były ostatnie rzeczy, na jakie mogliśmy tam liczyć. Późniejsze próby uzyskania piwa czy chociażby wrzątku okazały się daremne. Nie jest to koniec mojego narzekania na to schronisko. Ja wiem, że ładne i uroczo położone, ale jeden prysznic na wszystkich gości? I sala jadalniana otwierana dopiero o 8 rano? Nie mówię, że chciałbym dostać wrzątek czy coś do jedzenia, ale chciałbym zjeść normalnie przy stole, a nie na kolanie.
Nic to. Poranek. Piękna pogoda. Wychodzimy.
I wchodzimy w Dolinę Tomanową. Przy ujściu Czerwonego Żlebu mijamy potężne lawinisko. Oj, działo się... Skręcamy w lewo, żeby przejść przez Tomanowy i Wysoki Grzbiet. Na tabliczce coś napisane, że szlak zamknięty do końca maja, ale w pełnym słońcu nie było widać. Idziemy. Znów wchodzimy w Czerwony Żleb i przechodzimy przez lawinisko. Tym razem już nie jest tak łatwo. Duże pole śnieżne to dla nas i dla czekanów niezbyt wielkie wyzwanie. Gorzej jest, że po przejściu takiego pola gubimy szlak. Ale znajdujemy ślady ludzi, którzy szli przed nami. Więc po śladach. Które w pewnym momencie urywają się całkowicie. I nie mamy ani śladów, ani szlaku. Szybka wymiana zdań i decyzja - lecimy przez kosówkę. Szlaku nie widać, ale dajemy twardo. Na szczęście po około 10 minutach przedzierania się przez zarośla widzimy szlak. Jeszcze parę minut walki z gałęziami - i jesteśmy. Straciliśmy na błądzeniu po lawinisku chyba z godzinę. Więc szybko do przodu.
Samo podejście na Ciemniak było już proste.
Stamtąd skok na Małołączniak:
I w dół. Czerwony Grzbiet to czysta przyjemność. Natomiast Kobylarzowy Żleb... No, tego nie wspominam dobrze. Najpierw skały. Później piarg. Później łańcuchy w skałach. Później piarg. Później masa śniegu (ale do przejechania nawet na butach). Później znowu piarg. No, namęczyliśmy się. Ale tym sposobem dość szybko udało nam się dotrzeć do wylotu Doliny Małej Łąki, skąd już do domu prosty transport.
Podsumowując - bardzo, bardzo męczące trasy. Cały czas dość trudne warunki. Spotkanych na szlakach ludzi można policzyć na palcach. I jeden morał. Nieważne, jak bardzo pada, jak wyjeżdżasz z Krakowa, zawsze weź ze sobą krem do opalania. Trzydziestkę. Bo później będziesz żałować. Tak jak ja teraz. Bo poparzone ręce to nienajlepsze wspomnienie.
Reszta zdjęć tutaj.

poniedziałek, 11 maja 2009

Balon w Krakowie

Po ponad tygodniu odwlekania i czekania na dobrą pogodę - w końcu udało nam się wręczyć prezent urodzinowy mojemu bratu. Ponieważ stwierdziliśmy, że nie kupimy mu książki (już jedną przecież dostał), to zdecydowaliśmy się na zakup przygody. Katalog możliwych przygód nie jest zbyt bogaty tego roku, ale jedną udało nam się znaleźć - lot balonem.

Jak wiecie, od dłuższego czasu w Krakowie na Bulwarze Czerwieńskim stoi sobie balon. Więcej o nim można przeczytać sobie na stronie organizatora lotów. Ale my nie o organizacji.

Umówiliśmy się na lot całą rodziną. Ale zanim rodzina nadciągnęła, posiedzieliśmy sobie chwilą nad Wisłą i poobserwowaliśmy Skałkę z różnych perspektyw. Na przykład takiej:


Mogliśmy również obejrzeć sobie miejsce, dokąd właśnie się wybieraliśmy:

I wybraliśmy się. Przyjemność do najtańszych nie należy (35 zł za ok. 15 minut lotu), ale za to widoki - pierwsza klasa:


W tę stronę popatrzyliśmy z nadzieją i oczekiwaniem:

Dzisiaj natomiast widoki, które mieliśmy okazję podziwiać, były zgoła inne:

Zapraszam również do obejrzenia pozostałych zdjęć.