sobota, 21 lutego 2009

Shanties 2009 - koncert szanty klasycznej

Od paru lat obiecuję sobie, że w końcu wybiorę się na więcej niż jeden koncert w ramach festiwalu Shanties w Krakowie. I co roku mi się to nie udawało. Do teraz.


Tak się jakoś złożyło, że w tym roku po raz pierwszy festiwal nie wypadł ani w moją sesję, ani w moje ferie. Korzystając z tego szczęśliwego zbiegu okoliczności, wczoraj wybrałem się na koncert szanty klasycznej "Znów popłynę na morze".

Koncert prowadził Qńa z Ryczących Dwudziestek. Może nie była to konferansjerka na najwyższym możliwym poziomie, ale nie po to "klimatyzowaną salę krakowskiej Rotundy" po brzegi wypełniła publiczność, by zachwycać się prowadzącym, który akurat mówi zamiast śpiewać.

Koncert szanty klasycznej, więc oczekiwałem klasyki. Wystąpiło niewielu wykonawców, o mocno zróżnicowanym poziomie i repertuarze.

Na początek wystąpił zespół Brasy. Zespół młody, który zresztą wygrał tegoroczny przegląd konkursowy Shanties 2009. Niestety, na wczorajszym koncercie nie popisali się. Nie słyszałem ich wcześniej, ale wczorajszy ich występ był mizerny i taki w ogóle bez mocy, bez entuzjazmu. Tak jakby przyszli, zaśpiewali i zebrali się do domu. Nie porwali mnie, niestety. Mam nadzieję, że podczas przeglądu wystąpili ze znacznie lepszym występem.

Następnie - Simon Spalding, etnomuzykolog ze Stanów, który zjawił się na Shanties kilkanaście lat temu. Teraz wystąpił zupełnie samodzielnie, wyłącznie ze swoimi skrzypcami, śpiewając i grając najbardziej klasyczne szanty międzynarodowe. Bardzo ładny występ, chociaż trochę zbyt kameralny jak na dużą salę. No i na koniec "Weldon" z Qńą.

Qftry - a capella i całkiem ładnie, acz bez zachwytów.

Prawdziwe Perły (d. Perły i Łotry, d. Perły i Łotry Shanghaju) - we wcześniejszych wcieleniach znani byli z repertuaru znacznie bardziej klasycznego. Wczoraj wystąpili jako jedyny podczas tego koncertu zespół instrumentalny. To nie był koncert na takie zespoły... I, szczerze mówiąc, zagrali tak sobie. Brzmieli za bardzo jarmarcznie.

Za to po nich pojawiły się Stare Dzwony - czyli klasycy szanty klasycznej. Trudno uwierzyć, że Jerzy Porębski jutro będzie miał specjalny koncert z okazji swoich 70. urodzin. Ale o występie. Słyszałem ich na Shanties już któryś raz i zawsze dają świetny koncert. Może nawet nie koncert - rozmowę ze sobą i z publicznością, przy okazji której pojawiają się piosenki. To jest zespół zdecydowanie sceniczny. Nie słyszałem jeszcze ani jednego ich nagrania, które brzmiałoby w połowie tak dobrze i porywająco, jak ich występy na żywo. Nagrodzeni zostali największymi wczoraj brawami. W pełni zresztą zasłużenie.

Klang - bardzo ładna piosenka marynarska, w tym i polskie przedwojenne utwory śpiewane na polskich okrętach. Zaśpiewali z wyczuciem, ale i z werwą. Spodobały mi się i utwory, i sam zespół. Zdecydowanie muszę poznać więcej ich twórczości.

Na końcu wystąpili gospodarze tego koncertu, czyli Ryczące Dwudziestki. Co tu dużo mówić - podobnie jak Stare Dzwony dali występ na swoim normalnym, bardzo wysokim poziomie. Wykonali, między innymi oczywiście, dwa utwory, które poznałem w nieco innym wykonaniu - "Tri martolod" oraz "Nie pamiętam". Niestety, a capella te piosenki nie brzmią tak fantastycznie, jak z dodatkiem instrumentów zespołu Shannon. Parę lat temu bowiem miała miejsce współpraca RO20's i Shannon, która zaowocowała projektem Ryczące-Shannon. W planach była płyta, skończyło się tylko na singlu, który uważam jednak za majstersztyk. Szkoda, że nic więcej nie powstało. I szkoda, że pewnie już nigdy tych dwóch piosenek nie usłyszę na żywo w takim wykonaniu.

Podsumowując - jestem bardzo zadowolony z wczorajszego koncertu. Mimo nierównego poziomu ogółne wrażenie jest mocno pozytywne.

Tyle o szancie klasycznej. Dzisiaj przed nami pieśni kubryku (i Sąsiedzi!).

Brak komentarzy: