wtorek, 29 grudnia 2009

Cinema City - bilety ulgowe

Tak się już to koleje mojego życia potoczyły, że muszę wszędzie kupować bilet normalny. Cóż. Ale czasami najdzie człowieka ochota, ba! potrzeba, by nabyć bilet ulgowy, a dokładniej - studencki. Taka też sytuacja przytrafiła mi się wczoraj, kiedy zamierzałem dla grupy znajomych kupić bilety do kina.

Wybieramy się na film "Avatar" do kina Imax. Na początku chciałem bilety zarezerwować i odebrać przed seansem, jak zresztą robię zwykle. Teraz okazało się to być niemożliwe, gdyż na ten konkretny film bilety należy odebrać na 48 godzin przed projekcją. Po krótkich obliczeniach doszedłem do wniosku, że w poniedziałek rano biletów na wtorkowy wieczór już nie kupię. No to do kina.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów: a) mam urlop; b) byłem w kinie w poniedziałek rano. Ale czym byłoby Cinema City bez kolejki do kasy (jedynej)? Ustawiłem się grzecznie i kiedy doszedłem do okienka, poprosiłem o cztery bilety normalne i trzy studenckie. Na co pan odpowiedział: "To poproszę trzy legitymacje". Niestety, nie posiadałem ani jednej. Pan zaczął cytować mi artykuł piąty regulaminu kina, że kupując bilety muszę posiadać tyle legitymacji, ile biletów ulgowych nabyć pragnę. Bardzo nie spodobała mi się taka sytuacja, bo skoro nie da się zarezerwować biletów, to chciałbym je przynajmniej kupić! Poza tym co komu po okazywaniu legitymacji przy zakupie, skoro liczą się osoby, które wejdą na salę?

Poszedłem więc do zarządcy kina, wyłuszczyłem pani swój problem i czekałem na werdykt. Pani najwyraźniej była zdziwiona, że ktoś nie zrezygnował po usłyszeniu "nie" od biletera, więc powiedziała, że ona jednorazowo wyraża zgodę, abym zakupił trzy bilety studenckie bez posiadania trzech legitymacji.

Bilety nabyłem. O wrażeniach z filmu - później.

PS Przeprowadziliśmy się już wszyscy! My i cała zwierzyna.

środa, 25 listopada 2009

Podział Krakowa na dzielnice

Kiedyś (1973-1991) było prosto - dzielnice były cztery, biura urzędu miasta - dwa. Teraz sprawa jest nieco bardziej skomplikowana - oficjalnie (samorządowo) Kraków podzielony jest na 18 dzielnic, biura urzędu miasta są trzy. Tyle teorii - jak to wygląda w praktyce?

Wymeldowanie/zameldowanie - okazuje się, że rozpatrywane jest względem starego podziału dzielnicowego. Na pytanie pani z urzędu: "Czy chce pan zameldować się w tej samej dzielnicy, z której wymeldowuje się pan" odpowiedziałem "nie" - bowiem wymeldować chciałem się z dzielnicy XI (Podgórze Duchackie), a zameldować w dzielnicy XIII (Podgórze). Dla tej pani jednak obie te dzielnice (jak i dzielnica X - Swoszowice - skąd wymeldowywała się Iza), to jedno i to samo - Podgórze.
Aha, tę sprawę załatwia się w biurze urzędu miasta przy Wielickiej. Podobnie jak dowody osobiste. Ale już nie prawo jazdy - po to trzeba pofatygować się na Powstania Warszawskiego.

Natomiast niesamowicie ciekawy podział występuje w urzędzie miasta jeśli chodzi o podatek od nieruchomości. Na szczęście dla nieruchomości położonych w Podgórzu (tym w sensie starego podziału) sprawy z tym związane załatwia się przy Wielickiej. Na stronie internetowej podane jest, że w pokoju 406. Wchodzimy więc do pokoju 408. "Dzień dobry, my w kwestii podatku od nieruchomości." "A jaka dzielnica?" "Podgórze." "To pokój 420". Idziemy do pokoju 420. "Dzień dobry, my w kwestii podatku od nieruchomości." "A jaki adres?" "Wielicka tyle a tyle." "To pokój 406." "Ale tu u pana na drzwiach jest napisane, że Podgórze..."

Na szczęście pan, który udzielił nam tej odpowiedzi był na tyle miły, że pomógł nam wypełnić formularz oraz odpowiedział nam o tym, dlaczego w tym wydziale kwestie przypisania do dzielnic są jeszcze inne, niż wszędzie indziej. Otóż chodzi o to, żeby każdy urzędnik miał podobną ilość adresów pod swoim zarządem. I że ich podział nie pokrywa się w ogóle z podziałem historycznym. I dlatego on ma sobą, owszem, i ulicę Wielicką, ale numery do 52, i do tego parzyste. Numery po drugiej stronie należą już - według nich - do Woli Duchackiej (sic!).

Tak więc mimo istnienia w Krakowie osobnych dzielnic Podgórze (XIII) i Podgórze Duchackie (XI) my zostaliśmy zaklasyfikowani i do Podgórza, i do Woli Duchackiej. Obywatelu, orientuj się.

Nowy blog - technologie osobno

Dzisiaj postanowiłem, że z mojego bloga wykiełkuje odnoga - kwestie specjalistyczne, dotyczące informatyki, programowania, User Experience, Interaction Design i tym podobnych nudnych rzeczy publikowane będą na nowym blogu pod adresem ux.wasielak.eu. Nie zdecydowałem się jeszcze, czy artykuły będę przeklejać też tutaj, czy ten blog pozostanie wyłącznie na sprawy prywatne.

W każdym razie - zapraszam.

piątek, 13 listopada 2009

World Usability Day Tour de Pologne '09


Pod tą długą nazwę kryje się mini-konferencja, w której miałem okazję dzisiaj uczestniczyć. Na stronę wydarzenia trafiłem przypadkiem kilka dni temu, ale pomyślałem sobie, że, czemu nie, przejdę się i zobaczę.

Niestety, żałuję.

Dlaczego:
  • Na stronie internetowej nie było napisane wprost, jaki będzie poziom wykładów. Napisanie, że impreza przeznaczona jest dla "osób zainteresowanych tą tematyką" mówi trochę za mało. Szkoda, że nie zostało napisane, że głównymi odbiorcami są studenci (znaczna większość obecnych na sali).
  • Marne przygotowanie techniczne.
  • Uczestnicy przerywali prelegentom w połowie zdania (sic!) i zwracali się do nich na "ty".
  • Uczestnicy gustowali w zadawaniu pytań na zasadzie "ja bym to zrobił lepiej" - tak, tego typu pytania też były zadawane w pół zdania - przez co jeden z wykładów trwał o połowę dłużej, niż powinien.
Plusy:
  • Jedna ciekawa prezentacja (szkoda, że była ostatnia).
  • Spotkałem dwóch dawnych kolegów.
Kiedy zobaczyłem stronę o tym wydarzeniu, bardzo zapaliłem się do tego pomysłu. Pomyślałem wręcz, że może w przyszłym roku spróbowałbym się w to włączyć. Po dzisiejszym dniu odnoszę się do tego raczej z rezerwą.

czwartek, 22 października 2009

Kasy automatyczne – PS

W nawiązanie do tego wpisu: wczoraj w tym samym Carrefourze postanowiłem jednak zapłacić gotówką. Niestety maszyna wydała mi za mało reszty (o 1,20 zł – ale zawsze to mniej). Na szczęście wezwana pani z obsługi spojrzawszy na rachunek (reszty do wydania 1,85 zł) i na moją dłoń (monety o całkowitej wartości 0,65 zł) bez dodatkowych pytań wydała mi tyle, ile trzeba.

Platforma rezerwacji Lux Medu

Kilka tygodni temu Lux Med, w związku z integracją z przejętymi przez siebie klinikami, przechodził na nowy system informatyczny. Przy okazji postanowili dać swoim pacjentom możliwość rezerwacji wizyt przez Internet. Pomysł bardzo dobry, brakowało mi tego. Niestety, realizacja woła o pomstę do nieba.

Zacznijmy od sposobu uzyskania dostępu. Nie da się tego zrobić przez Internet czy przez telefon. Trzeba pofatygować się do placówki i poprosić o dostęp. Dostaje się wówczas kartkę z regulaminem (wymagany podpis), na której recepcjonistka wpisuje hasło tymczasowe. Ewentualnie (przypadek kolegi) klient jest proszony o wymyślenie i wpisanie hasła samemu.

Dostałem swoje hasło i radośnie przystąpiłem do testowania. Już na samym początku problem – odmowa dostępu. Co się okazało? Wpisywałem zły numer abonamentu. Bo to nic, że na kartce z hasłem jest wpisany numer mojego bieżącego abonamentu, kiedy logować powinienem się numerem mojego poprzedniego abonamentu, który posiadał mój tata kilka lat temu. O ile numer aktualnego abonamentu mam na karcie, to ten stary musiałem sobie na niej dopisać flamastrem. Jeszcze jedna uwaga: numer tego abonamentu to 0023*****. Ale to nie działa. Trzeba go wpisać bez zer, czyli 23*****. Niestety, nikt mnie nie raczył poinformować. Sam musiałem zadzwonić i dopytać się o to.

główne Dobrze, zalogowany. Pozwolę pominąć sobie uwagi na temat samego wyglądu serwisu, mimo że wygląda on jak coś stworzone kilkanaście lat temu w jedno popołudnie. Chociaż, oczywiście, ma to wpływ na szeroko pojęte User Experience.

Przejrzyjmy więc opcje. Idąc od dołu.

Grafik pracy lekarza. Ekran wygląda bardzo ciekawie. Trzy group boxy, z etykietami odległymi o pół ekranu od zawartości tych boxów. Poza tym w dwóch z nich znajduje się pojedyncza kontrolka:

grafik

miastoDobrze,spróbuję przejść dalej. Od razu pytanie: czym jest miasto LUX MED? I czemu mam zatwierdzić, a nie na przykład wyszukać?

Wypełniłem, wybrałem, że chcę skonsultować się ze swoim alergologiem przy Wadowickiej. Niestety po wybraniu tej lokalizacji otrzymuję następujący wynik:

miejsce

To gdzie on w końcu przyjmuje? Odpowiedź: przy Wadowickiej, bo później tam się właśnie umówiłem na wizytę do niego.

link OK, wracamy do strony głównej. Link jest kiepsko widoczny, ale przecież damy radę.

terminy Zobaczę historię swoich wizyt.Okazuje się, że na większości wizyt byłem prawie 40 lat temu i że zdecydowanie preferuję godziny nocne. To nie dało się napisać, że “data nieznana” albo “dawniej” albo cokolwiek innego?

Skorzystam więc z filtra na tej stronie. Niestety, jego domyślna wartość jest absolutnie do niczego nie przydatna:

image

Tak się składa, że raczej rzadko w historii szukam wizyt dzisiejszych. Bardziej przydatny byłby dla mnie domyślny zakres na przykład do trzech miesięcy wstecz.

Aha, na dowód tego, że mój alergolog przyjmuje jednak na Wadowickiej:

image

Czas zmienić hasło:

image

Po wciśnięciu “Zmień” dostanę jednak budzącą niepokój wiadomość w czerwonej ramce:

image

Pierwsza moja myśl: coś poszło nie tak. Dopiero później przeczytałem informację. Uff, fałszywy alarm.

image Strona do rezerwacji wygląda bardzo podobnie do wyszukiwania lekarza (podobne group boxy). Mogę jednak wybrać język, w którym odbędzie się wizyta. Szkoda, że żaden nie jest domyślnie wybrany. Ciekawy jestem, ile procent pacjentów Lux Medu to nie-Polacy.

Denerwujące jest to, że muszę odpowiedzieć jeszcze na jedno pytanie:

image

Tutaj rozumiem brak domyślnej odpowiedzi, ale fakt, że po wybraniu opcji “Nie” dostaję komunikat:

image

gdzie kliknięcia się mnożą (1 – rozwinąć pole rozwijane, 2 – wybrać nie, 3 – zaznaczyć zaakceptuj). W ogóle używanie pola rozwijanego tam, gdzie są dwie odpowiedzi, to już naprawdę zbyteczna oszczędność miejsca na ekranie.

Dobrze, daję “Szukaj”. Dostaję listę z wolnymi terminami. “Rezerwuj”. Pojawia się okno modalne (przeglądarkowe! pierwsze i niepowtarzalne w tej aplikacji!) z pytaniem, czy na pewno. Szkoda, że pytanie brzmi “Zarejestrować wizytę na podany termin?”, a odpowiedzi: “OK” i “Anuluj”. Czemu nie “Zarezerwuj” i “Zrezygnuj”? Albo chociażby “Tak” i “Nie”?

Niestety, po tym, jak wybiorę “OK”, dostanę jeszcze jedno okienko:

image

Chociaż jego tytuł (“Alert witryny https://erezerwacja.cm-lim.com.pl/”) brzmi przerażająco. Czemu “alert”? I czemu taki adres, skoro do systemu logowałem się przez stronę Lux Medu (http://www.luxmed.pl/)?

Na szczęście, chyba żebym nie poczuł niezadowolenia związanego z niekonsekwencją, informacja o tym, że zarezerwowano wizytę, również pojawi się w ramce błędu:

image

Na tym zakończę swoje uwagi. Cieszę się, że witryna powstała, ponieważ jest niezwykle przydatna i w sumie funkcjonalna. Niestety, nie jest ani trochę użyteczna. Zaprojektowanie takiego serwisu pod kątem użyteczności to naprawdę nie więcej niż 20-30 godzin. Nie wierzę też, żeby zostały przeprowadzone jakiekolwiek testy użyteczności. Szkoda, że przy przejściu całej sieci klinik na nowy system postanowiono zaoszczędzić na tym. Chociaż, z drugiej strony, bardzo mnie to nie dziwi – w Polsce użyteczność cały czas znajduje się na dalekim marginesie…

czwartek, 1 października 2009

MTS2009 – krótkie podsumowanie

Miałem przyjemność uczestniczyć w tegorocznym Microsoft Technology Summit w Warszawie. Jak było? Krótko opowiem o sesjach, w których wziąłem udział:

Jakub Jałbrzykowski – Silverlight – przyszłość aplikacji biznesowych
Ciekawa i sprawnie poprowadzona sesja o tym, dlaczego Silverlight jest istotny i czemu warto się nim zainteresować. Ja się przekonałem – na pewno będę chciał nauczyć się działać w tej technologii. Argument – komputery w firmach, często słusznej mocy, obsługując aplikację wysyłają tylko requesty i odbierają response’y. A mogłyby same też co nieco popracować.

Marlon Grech – MVVM and friends
Czyli krótko o tym nowym dość wzorcu projektowym i dlaczego powinniśmy go używać. I o tym, dlaczego programiści nie lubią projektantów. Dla mnie też o tym, że powinienem w końcu zainteresować się narzędziami z serii Expression.

Bartosz Pampuch – Visual Studio 2010 – najciekawsze cechy w praktyce
Tym razem bez odjechanego sterowania prezentacją, za to z dynamicznymi animacjami na początek i koniec sesji. Oczywiście, jak to Bartek ma w zwyczaju, idealnie przedstawione przykłady pokazujące, w jakich codziennych sytuacjach nowe funkcjonalności Visual Studio są bardziej niż przydatne.

Narcyz Adamus – Technologie modelujące “Oslo”
Prowadzący na samym początku tej niemal wieczornej sesji (rozpoczynała się o 17.00) powiedział, że gdyby zasnął, to żeby go obudzić. Niestety, sesja nie należała do najciekawszych. Prowadzący wiele powiedział, ale co chciał powiedzieć, nie powiedział. Pokazał też trochę, ale nie pokazał celu.

Michael Koester – User Experience and design technologies – what’s new and cool?
Kolejna sesja dowodząca niechęci programistów i projektantów. Kolejna, która pchnęła mnie w stronę Expression. Jednakże sama sesja nie była zachwycająca – była niemalże tutorialem, jak napisać pewną konkretną aplikację.

Tomasz Kopacz – Usługi w świecie Microsoft: WCF, REST, .NET Service Bus, Workflow Services
Kopacz jak Kopacz – wielkie tempo, jeszcze więcej do przekazania, szybkie scrollowanie i unikanie slajdów. Kopacz sam przyznał, że nie pokazał wszystkich z kilkudziesięciu przykładów. Ale sesją jestem raczej zawiedziony – była dla mnie streszczeniem (owszem, w bardzo dobrym stylu) kilku początkowych rozdziałów książki przygotowującej do egzaminu z WCF-a. Sesję uratowały ciekawe wstawki i obserwacje Tomka, których w książce znaleźć na pewno nie można.

Tomasz Kopacz – Entity Framework w aplikacjach
Zalety – podobnie jak w przypadku poprzedniej sesji Tomka. A że tego tematu nie znam tak dobrze, bardziej dla mnie interesująca. Chociaż sesja wymagała pełnego skupienia dokładnie przez cały czas.

Samą konferencją nie jestem zachwycony – bardzo jestem zadowolony, ale nic ponad to. Widać, że Pałac Kultury jest nieco za małym miejscem na tego typu konferencję – momentami i miejscami na korytarzach było bardzo ciasno. Oprócz tego dobra organizacja logistyczna, zdecydowanie lepsza, niż rok temu: lepsze oznakowanie sal, napoje wystawione w wielu miejscach, dwie strefy obiadowe.
Podsumowując – wrażenia bardzo pozytywne. Na pewno za rok znowu będę starał się wybrać. Widzę jednak, że zamiast na interesujące tematy większą uwagę muszę zwrócić na dobry dobór prowadzących sesje.

poniedziałek, 28 września 2009

Wysokie Tatry - Dolina Jaworowa i dalej

Przez cały ubiegły tydzień śledziłem prognozy pogody - jak będzie w sobotę i niedzielę? Słonecznie i bez opadów czy deszczowo i zimno? Ponieważ cały czas wszystkie serwisy obstawiały opcję pierwszą, stwierdziłem, że czas wybrać się w Tatry. Tym razem samotnie.

Cel - tam, gdzie mnie jeszcze nie było. A dokładniej - ostatnie brakujące szlaki wschodnich słowackich Tatr Wysokich.

Niestety, już na dworcu w Krakowie dowiedziałem się, że nie tylko ja miałem wspaniały pomysł na tatrzańską wycieczkę. Zmieściłem się dopiero do drugiego autobusu. Jeśli chodzi o tłok, to później było już tylko gorzej.

Ale nic - udało mi się dojechać do Tatrzańskiej Jaworzyny. Stamtąd znanym szlakiem Doliną Jaworową. Ale tym razem nie skręciłem w lewo w Zadnie Koperszady; tym razem dalej prosto.


Do Polany Jaworowej minąłem kilka osób. Pomyślałem sobie, że to tak akurat - kilka osób na szlaku, czyli gwarancja bezpieczeństwa (w końcu idę sam), a nie za duży tłok. Niestety, myliłem się.

Dolina Jaworowa ciągnie się dość długo, jednak nie jest w ogóle porównywalna do sąsiedniej Doliny Białej Wody. Dość szybko (zaraz za polaną) zaczęło się konkretne podejście, które trwało już do samej Lodowej Przełęczy.


Stamtąd szybko w dół do Dolinki Lodowej i od razu w prawo na Czerwoną Ławkę. O Chatę Teryego tym razem nie chciało mi się zahaczać. Na podejściu pod Czerwoną Ławkę - dramat. Po pierwsze - ciężkie roboty - dwóch panów z przenośnym generatorem na ropę i potężną wiertarką wykonuje otwory na nowe klamry i mocowania łańcuchów. Po drugie - pan z psem (!) usiłuje podejść na przełęcz. Czy mu się to udało - nie wiem. Wyprzedziłem go, a później już ich nie widziałem. Niemniej widok psa wnoszonego po skałach - bezcenny. A po trzecie - brak kultury wśród turystów. Zatrzymywanie się na środku podejścia i picie wiśniówki, wchodzenie na łańcuch, zanim poprzednia osoba z niego zejdzie, obchodzenie bokiem i wchodzenie tuż przed innych na szlaku - to nie było przyjemnie. Ale wreszcie - udało się. Więc do Zbójnickiej.


W schronisku byłem w miarę wcześnie - koło 17.00. Jednak pani z obsługi powiedziała mi, że nie ma już wolnych miejsc. Bardzo chciała, żebym zszedł na dół. Ja bardzo chciałem jednak zostać. Powiedziała, że o 21.30 uprzątną stoły z jadalni i będzie można się tam położyć. No dobrze. Jednak koło dwudziestej okazało się, że w tej jednej sali jadalnianej będzie spać ponad 40 osób! Kto był w Zbójnickiej i pamięta, jakiej wielkości jest ta sala, niech rozwiąże zagadkę logiczną związaną z ułożeniem wszystkich chętnych. Ostatecznie problem rozwiązał się sam - ewolucyjnie, z godziny na godzinę, poprzez symulowane wyżarzanie, układ znajdował coraz lepsze rozwiązanie. Szkoda tylko, że podłoga nie chciała (ani ewolucyjnie, ani rewolucyjnie) dostosować swojej twardości. Ciężko było. Zwłaszcza, że za taką przyjemność liczą sobie już 15 euro. Co prawda ze śniadaniem, ale uważam, że to bardzo dużo.

Kwadrans po szóstej pobudka. Szybkie śniadanie i chwilę po siódmej byłem gotowy do wyjścia. Właśnie w tę stronę:


Kolejny raz chciałem przejść przez Rohatkę. Ta przełęcz wyjątkowo mnie nie lubi. Próbowałem ją przejść trzykrotnie - tylko raz mi się to udało. Raz - 1 października kilka lat temu - po nocy spędzonej samotnie w schronisku wyszedłem rano, żeby zobaczyć mgłę i świeży śnieg - niegroźny, ale było go na tyle dużo, żeby zasypać znaki. Wtedy musiałem zawrócić. Rok temu, gdy nocowaliśmy w Zbójnickiej, nawet nie próbowaliśmy iść w stronę Rohatki - tony wody lejące się zewsząd skutecznie nam to wyperswadowały. W niedzielę miała miejsce czwarta próba - i druga udana. A po drodze spotkanie z kozicami:


I na przełęczy:


No i nadszedł czas na kolejny niezdobyty przeze mnie odcinek - na Polski Grzebień i na Małą Wysoką. Szlak w sumie prosty, praktycznie żadnych trudności (przynajmniej w tych warunkach). Ale widok - niesamowity. Z Małej Wysokiej w każdą stronę rozciąga się wspaniała panorama. Na Gerlach:


Na Dolinę Staroleśną:


Na Dolinę Białej Wody:


I na Dolinę Wielicką (zdjęcie z Polskiego Grzebienia):


W tej ostatniej już były prawdziwe tłumy - ale cóż, to przecież dolina wybitnie spacerowa. Niemniej Wielicki Ogród, w którym nigdy nie byłem, naprawdę wart odwiedzenia.

Powiem jeszcze tylko, że od Śląskiego Domu schodziłem żółtym szlakiem do Starego Smokowca. Ostatni raz szedłem tamtędy dobre kilka lat temu i pamiętałem, że szlak wiedzie przez gęsty i przyjemnie zacieniony las. Teraz też tak jest - przez pierwszą połowę trasy. Później jednak wchodzi się w wiatrołom - strasznie jest iść lasem, gdzie prawie nie ma drzew, a te, które ostały, posiadają zaledwie po parę gałęzi.

Sam Smokowiec ewidentnie po sezonie. Jedna restauracja nieczynna, w drugiej kartą można zapłacić dopiero od 10 euro (czyli musiałbym wypić cztery piwa, żebym mógł tak płacić), pusto i jakoś tak smutno. I autobusy na Łysą Polanę jeżdżą strasznie rzadko.

Mimo problemów komunikacyjnych (w Zakopanem znowu nie zmieściłem się do autobusu) i noclegowych (ta noc w Zbójnickiej będzie niezapomniana) uważam ten wypad za niezwykle udany. Przede wszystkim pogoda - około 15 stopni, prawie bezchmurne niebo, a widoczność już piękna jesienna. Jeżeli tylko utrzyma się dodatnia temperatura i nie będzie opadów - każdemu polecam wypad w Tatry. Jesienią są wspaniałe.

Więcej zdjęć tutaj:


Tatry wrzesień 2009

wtorek, 15 września 2009

Kasy automatyczne

Jakiś czas temu, robiąc zakupy w czyżyńskim Carrefourze, zobaczyłem, że znajduje się tam kilka kas automatycznych. Oczywiście, zainteresowało mnie to, i co najmniej z dwóch powodów. Primo: jest to jakiegoś rodzaju gadżet, który chętnie bym zbadał; i secundo: User Experience - taka kasa jest przecież pewnego rodzaju kioskiem, gdzie łatwość użycia za pierwszym razem jest krytyczna. Niestety, udało mi się z takiej kasy skorzystać dopiero kilka tygodni później.


Jak to w ogóle wygląda? Kasa taka składa się z:
  • czytnika kodów kreskowych,
  • ekranu dotykowego,
  • koszyka na zeskanowane produkty.
Najistotniejszym elementem jest chyba ten koszyk - otóż każdy produkt sprzedawany w sklepie, ma przypisaną wagę. Dlatego kasa wie, czy zeskanowany i odłożony do koszyka produkt to ta sama rzecz. Oczywiście nic nie broni użytkownikowi - zamiast skanować produkt - włożyć go za pazuchę; nic z wyjątkiem ochroniarza, który stał obok wszystkich czterech kas i miał baczenie na klientów.

Oprócz tego do obsługi tych czterech kas oddelegowana była specjalna kasjerka, mająca pomagać klientom w obsłudze tych bezobsługowych kas. Dwie osoby do czterech kas? Może to rzeczywiście sporo, może wraz z upowszechnieniem się kas automatycznych osób do obsługi będzie potrzebne mniej? Nie wiadomo. W każdym razie - na tym etapie rozwoju tej technologii ta obsługa jednak jest konieczna.

W każdym razie - podchodzę do kasy, spotykam pierwsze ograniczenie - kasa obsługuje klientów chcących zapłacić za nie więcej niż 20 produktów. Dobrze, ja mam kilkanaście. Na ekranie instrukcja dużymi literami - weź produkt i go zeskanuj. Tak robię. Następnie: odłóż go do koszyka. Tak robię. Zeskanuj kolejny produkt. I tak dalej. Po każdym zeskanowaniu na ekranie rośnie mój rachunek z wyszczególnionymi wszystkimi produktami. Oprócz skanowania mam też do dyspozycji duży przycisk (dotykowy oczywiście), za pomocą którego mogę przejść do wyboru produktów, które nie mają kodów kreskowych (np. pieczywa). O ile skanowanie produktów szło mi bardzo szybko i sprawnie, to znalezienie odpowiedniego produktu w tej hierarchii już nie bardzo. Po pierwsze, nie znam tej hierarchii, czyli za każdym razem muszę czytać opisy lub patrzeć na obrazki. Po drugie - mogę nie pamiętać, czy te bułki, które wybrałem, to bułki zwykłe małe czy ciabatty czosnkowe. Przeciętna kasjerka w hipermarkecie takie różnice wychwytuje na pierwszy rzut oka.

Niestety miałem ze sobą produkt "trudny" - żarówkę. Kod kreskowy zeskanował się elegancko, jednak żarówka była zbyt lekka, by waga ją wykryła. System więc, nie wykrywszy włożenia do koszyka zeskanowanego produktu, wykrzyczał mi na cały ekran, że waga nieprawidłowa, i że terminal został zablokowany i że musi zostać wezwana obsługa. Okazało się więc, do czego potrzebna jest kasjerka krążąca wokół czterech kas automatycznych - do podchodzenia do trudnego klienta z trudnym towarem, patrzenia na rachunek, patrzenia na zawartość koszyka i - jeżeli wszystko jest w porządku - machania swoją specjalną kartą pozwalającą użytkownikowi na dokończenie transakcji. Z jej pomocą udało mi się to osiągnąć.

Płacić można gotówką albo kartą. Niestety nie miałem przy sobie wystarczającej ilości gotówki, a żałuję, bo chciałem zobaczyć, jak rozwiązano tam kwestię takiej płatności. Zapłaciłem więc kartą. Na ekranie wybrałem tę formę płatności, później poproszono mnie, abym przeciągnął swoją kartę przez terminal i postępował według jego instrukcji. Niestety gdy ja już dawno zakończyłem płatność kartą, na głównym ekranie kasy nadal wyświetlała się instrukcja odsyłająca mnie do terminala. Dopiero po kilku-kilkunastu sekundach do kasy dotarło, że już zapłaciłem i mogłem odebrać swój paragon.

Podsumowując plusy:
  • Prosta obsługa w przypadku skanowania produktów.
  • Łatwa płatność.
  • Mniejsza kolejka niż do kasy tradycyjnej.
Minusy:
  • Ludzie boją się tej technologii. Nieprzypadkowo średnia wieku przy kasach automatycznych nie przekraczała trzydziestki.
  • Limit 20 produktów (więcej nie zmieściłoby się w koszyku; swoją drogą, ciekawe, co by było, gdybym chciał kupić np. deskę do prasowania?).
  • Powolne wprowadzanie produktów nieoznaczonych kodami kreskowymi.
  • Błędy w działaniu (żarówka).
  • Słaba komunikacja kasy z terminalem do płatności kartą.
  • "Wtręty" w procesie obsługi - po zeskanowaniu chyba drugiego produktu na ekranie pojawił się komunikat "Czy masz kartę Carrefour Cośtam? Jeśli tak, zeskanuj ją teraz." Czy czas do obsługi tej karty nie mógłby być na samym początku lub końcu skanowania zamiast pojawiać się nagle podczas?
  • Wymagana obecność ochroniarza i kasjerki.
Moje wrażenie - technologia wygodna, której na pewno będę używać w przyszłości, ale która wymaga sporo dopracowania (i rozreklamowania).

wtorek, 8 września 2009

Dare to Dream Different

It was almost a year ago when Microsoft announced a programming challenge called Dare to Dream Different (website). It was because Microsoft had just released a new version of .Net Micro Framework - a subset of .Net Framework which main advantage was ability to run on embedded units, within very strict hardware limits.

We - me and my colleagues - decided to take part in this challenge. We had an idea. And it was not just an abstract idea - it was something our company found helpful, but there had been no time and resources to develop it.

The idea is quite simple. We have three training rooms located on three different floors. Of course, when we set up a meeting, we book a room, but later we often forget. Sometimes we just want to go into the nearest room without launching Outlook and verifing whether it is occupied or not. So we wanted to develop a device, which would have a big screen (touchscreen would be the best), would be located near the door, and which would display the room's agenda.

Of course we added some extra features - ability to view agendas of other rooms and for different days. We decided to connect the device with an RFID reader and let people to edit and remove their own meetings and to add some new ones.

It was everything in Microsoft's world - we already had running Exchange server and everyone had a badge with RFID antenna and there was connection between those badges and Active Directory accounts.

So we sent an application. And our idea was appreciated and we were chosen to take part in Round 2. We were provided with a fancy developer kit - ARM9 (100 MHz) with 8 MB RAM, accelerometer, keypad and - last but not least - 3,5 inch touch screen.

And the real fun began. If you have ever written an application for such a device, you know what I mean. But we had to write almost everything from scratch. It is great that there is .Net Micro Framework, but this framework does not have even String.IsNullOrEmpty function!

However, we managed to write an entire application, based on (written just then) MVC pattern framework. We managed to implement some kind of RPC protocol and to communicate with webservices. We managed to get through this weird WPF implementation and to provide an interesting and working GUI. And we managed to put it all together, with AD, with Exchange, with RFID reader - and made a movie.


(Remember - this is our first movie production ever.)

And we sent this movie and started waiting.

Unfortunately, there were many misunderstandings and delays and we were furious that the results still were not announced. We felt neglected because we had to wait for almost three months to get the results. Unfortunately, our team was not chosen to be in the Final Five.

We know we have done a lot of work and we are much smarter now. Yes, sure, we would have done some things in different way, but this is called an experience. We only feel sorry that Microsoft did not run this contest smoothly and that participants felt that they were forgotten.

For the end - this is a movie of a project that won in the Professional category. Feel free to compare.

piątek, 14 sierpnia 2009

Piwo Żywe lane w Krakowie

Dość dawno miałem już napisać tę wiadomość. Dzięki Szymonowi dowiedziałem się, gdzie w Krakowie można napić się lanego Żywego. Ponieważ nie jestem aż tak samolubny, na jakiego wyglądam, podzielę się tą informacją: w pubie Omerta, który mieści się przy ulicy Kupa.

Raz, kiedy tam byłem, oprócz Żywego natknąłem się na lanego Koźlaka, również z browaru Amber. Co ciekawe, beczkowany Koźlak, w przeciwieństwie do butelkowanego, nie jest pasteryzowany.

środa, 12 sierpnia 2009

czwartek, 23 lipca 2009

Cetelem - Signum temporis

Poprzedni post udało mi się zamieścić zanim zakończyłem rozmowę telefoniczną...

Cetelem

Dzwoniłem przed chwilą do banku Cetelem (kredytują mi mój aparat fotograficzny, a ostatnio przysłali mi kartę kredytową). No i wiszę na telefonie, bo "wszyscy konsultanci są zajęci". No i obok muzyczki puszczają mi reklamy. Jedna z nich:

Czekają Cię niespodziewane wydatki? Zamów naszą kartę...
Tak, specjalna oferta dla wróżek...

niedziela, 19 lipca 2009

Chcesz przeżyć? Kup voucher!

Byłem w sobotę w empiku. Stałem przy kasie, czekając, aż kasjerka wróci z zaplecza, na które się udała w celu rozmienienia moich pieniędzy. Wróciła po około dziesięciu minutach. Powiedziała: "Przepraszam, ale kierownik długo dochodził." Ledwo powstrzymałem się od riposty. Ale ja nie o tym.

Jak tak sobie czekałem przy kasie, moją uwagę zwrócił stojak firmy wyjatkowyprezent.pl. Można tam kupić prezenty w stylu przejazd Porsche, skok ze spadochronem, jazda quadem, i tak dalej. Wywieszona była instrukcja postępowania z takim prezentem. Zaintrygował mnie zwłaszcza punkt pierwszy:

środa, 8 lipca 2009

Pan Pospieszalski - tym razem krótko

Krótko, bo jestem w pracy i mam wystarczająco wiele powodów, żeby się denerwować. A skomentowanie tego na pewno podniosłoby mi ciśnienie.



Ja powiem tylko tyle, że osobiście czuję się urażony i obrażony tym tekstem.

sobota, 4 lipca 2009

O żydach i Żydach

Kontynuując wątek językowy - kolejne słowo, które wielu osobom sprawia problemy. A raczej dwa słowa, między którymi granica jest dość cienka: "Żyd" i "żyd". Dlaczego o tym piszę? Bo bardzo dawno w żadnej gazecie, na żadnym portalu, w żadnym miejscu nie spotkałem się z tym drugim słowem; wszędzie jest wyłącznie to pierwsze.


Definicja rzeczywiście jest kłopotliwa. Za Wikipedią:
Zgodnie z zasadami języka polskiego, w którym nazwy narodowości zapisywane są tzw. dużą literą, a nazwy wyznawców poszczególnych religii - małą, na określenie członka narodu żydowskiego, niezależnie od wyznania takiej osoby, używane jest słowo Żyd, natomiast wobec wyznawcy judaizmu stosuje się zapis żyd.
W rzeczywistości często istnieją Żydzi, niebędący żydami, zaś żydów niebędących Żydami w zasadzie nie ma, gdyż jednym z warunków bycia żydem jest posiadanie przodków Żydów.
Z drugiej strony, autorzy Słownika wyrazów kłopotliwych piszą, żeby w razie wątpliwości używać formy pisanej wielką literą.

Często jednak mam wrażenia, że redaktorzy ulegają zbytniej poprawności politycznej i - na wszelki wypadek - nie mają wątpliwości i zawsze to słową piszą przez wielkie Ż. Kilka tygodni temu czytałem w "Polityce" artykuł, gdzie o żydach pisano właśnie wyłącznie w kontekście ich religii, a nie narodowości.

Bardzo bym chciał, żeby oba słowa pozostały w języku polskim. Do tego jednak wymagane jest większa świadomość tych, którzy nim się posługują.

czwartek, 2 lipca 2009

O pedofilii pod kątem języka

Jak powszechnie wiadomo, lubię się czepiać szczegółów, zwłaszcza jeżeli szczegóły te dotyczą kwestii językowych. I jestem w tym temacie konserwatywny. Dlatego nie podoba mi się, że zostało dopuszczone użycie słowa "spolegliwy" w znaczeniu "taki, który łatwo ustępuje". Nie podoba mi się. Nie znoszę, gdy ktoś używa słowa "bynajmniej" w znaczeniu "przynajmniej". Nie znoszę.

A ostatnio zaczęło denerwować mnie używanie słowa "pedofilia" do określenia kontaktów płciowych z osobami poniżej 15. roku życia (bo o takiej granicy mówi artykuł chyba 200 kodeksu karnego). Tak więc ja powiem, że ja się z tym nie zgadzam. I wiem, że to będzie bardzo niepoprawne politycznie. Dlaczego? Bo dla mnie pedofilia jest określeniem na jedną z parafilii seksualnych. Pedofil osiąga satysfakcję seksualną wyłącznie przez kontakt z osobami w wieku przedpokwitaniowym (pokwitanie zaczyna się na ogół w wieku 9-14 lat).

O co mi chodzi? O to, że granicą między pedofilią a niepedofilią nie jest wiek; jest nią stopień dorosłości osoby, do której czuje się pociąg. Obawiam się jednak, że wielu osobom trudno będzie przestać nazywam pedofilem mężczyznę, który na przykład przespał się z trzynastolatką wyglądającą jak siedemnastolatka. Mnie nie będzie trudno. Ja takiego kogoś pedofilem nie nazwę.

sobota, 20 czerwca 2009

Uniwersytet Papieski? Co?

Przeczytałem właśnie na portalu gazeta.pl:

"Wyrażając naszą radość informujemy, że w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, 19 czerwca 2009 r., Ojciec Święty Benedykt XVI, pragnąc uhonorować pamięć swego umiłowanego Poprzednika Sługi Bożego Jana Pawła II, podniósł naszą Akademię do godności Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II" - napisał rektor uczelni ks. prof. Jan Maciej Dyduch.
Ja wiem, że imię Jana Pawła II nadaje się niemal co drugiej szkole (jeżeli ktoś dysponuje statystkami, to chętnie obejrzę), ulicy, lotnisku. Wiem, że protestuje się z powodu koncertu na krakowskich Błoniach (które przez przypadek jeszcze nie są imienia JPII).
Mam więc jedno pytanie. Na Wikipedii czytam:

Zgodnie z ustawą z dnia 27 lipca 2005 r. Prawo o szkolnictwie wyższym art. 3 ust. 1-3:
  • wyraz uniwersytet może być używany w nazwie uczelni, której jednostki organizacyjne posiadają uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora co najmniej w dwunastu dyscyplinach, w tym przynajmniej po dwa uprawnienia w dziedzinach nauk humanistycznych, społecznych lub teologicznych, matematycznych, fizycznych lub technicznych, przyrodniczych oraz prawnych lub ekonomicznych;
  • wyrazy uniwersytet techniczny mogą być używane w nazwie uczelni, której jednostki organizacyjne posiadają uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora co najmniej w dwunastu dyscyplinach, w tym co najmniej osiem uprawnień w zakresie nauk technicznych (inną kategorią są natomiast politechniki, które mają niższą rangę niż uniwersytet techniczny);
  • wyraz uniwersytet uzupełniony innym przymiotnikiem lub przymiotnikami w celu określenia profilu uczelni może być używany w nazwie uczelni, której jednostki organizacyjne posiadają co najmniej sześć uprawnień do nadawania stopnia naukowego doktora, w tym co najmniej cztery w zakresie nauk objętych profilem uczelni.
 Rozumiem, że UPJPII nie jest uniwerystetem bezprzymiotnikowym, nie jest uniwerystetem technicznym, zostaje więc uniwersytetem przymiotnikowym, w tym przypadku - papieski. To znaczy, że jego jednostki mogą nadawać stopień doktora w czterech dziedzinach objętych profilem uczelni - czyli papieskości? Szkoda tylko, że za moje (czytaj - państwowe) pieniądze. Jak to się ma do ustępu 2 artykułu 25 Konstytucji III RP?

wtorek, 16 czerwca 2009

Paczkomaty InPostu

Kilka dni temu natknąłem się gdzieś na informację, że firma InPost wprowadza na rynek usługę dostarczania paczek pocztowych do tzw. paczkomatów. Jako osoba żądna nowinek technicznych zapisałem się do ich programu pilotażowego. Rejestracja była bardzo prosta. Niestety, w pewnym momencie musiałem zdać test ze znajomości prowadzonej przez InPost akcji - ile trwa, gdzie są paczkomaty, co można wygrać, i tak dalej. Pytania były proste, odpowiedzi nie bardzo, ponieważ nie wszystkie dało się łatwo znaleźć na ich stronach internetowych. Ale chwilę się pomęczyłem i jest - zapisałem się do programu pilotażowego i żeby to potwierdzić, muszę wpisać kod, który przyjdzie do mnie pocztą (oczywiście via paczkomat).


W dwóch słowach powiem, o co chodzi. Paczkomaty to takie urządzenia, do których kurier wkłada przesyłkę - na przykład towar kupiony w sklepie internetowym. Klient dostaje zawiadomienie mailowo i SMS-owo i ma kilka dni, aby taką przesyłkę odebrać. Udaje się więc do paczkomatu, który wskazał (w Krakowie na razie jest ich sześć - wszystkie chyba przy stacjach benzynowych), wpisuje swój identyfikator (numer telefonu) i kod przesyłki i odbiera paczkę. O dowolnej godzinie, bez papierowego awiza, bez czekania w kolejce i bez "przyjdzie Pan po 18, bo listonosz jeszcze nie wrócił z rejonu".

W ten sposób więc odebrałem i swoją przesyłkę. Podsumowując - widzę w tym rozwiązaniu naprawdę duży potencjał i jeżeli tylko uda mi się znaleźć paczkomat, który będzie wystarczająco blisko trasy praca-dom, to będę z niego korzystać.

Dwie uwagi krytyczne:
1. Fatalnie zrobiona strona projektu - w okienku logowania, po tym, jak wpiszę login, zazwyczaj wciskam Tab, by móc wpisać hasło. Tutaj jest inaczej - Tab zaznacza mi mój login, więc kombinacja Tab + hasła powoduje, że wpisuję swoje hasło do niezakrytego pola loginu. To szczerze mówiąc żenujące.
2. W niedzielę o 16 dostałem SMS-a, że moja przesyłka będzie na mnie czekać jeszcze 24 godziny. O 17 w poniedziałek pojechałem do paczkomatu i odebrałem przesyłkę. Po powrocie do domu okazało się, że o 16 wysłano do mnie maila, że... paczka nie została odebrana.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Regaty IT Cup

Wczoraj wróciłem z XIV Międzynarodowych Żeglarskich Mistrzostw Polski Branży Teleinformatycznej IT Cup 2009. Udało się namówić prezesa naszej firmy, aby VSoft wystawił w końcu swoją załogę. I pojechaliśmy w cztery osoby, aby przez dwa dni pościgać się na Omegach na Jeziorze Mikołajskim.

Mikołajki i Mazury zaskoczyły nas pogodą. W sobotę było zimno. Temperatura nie przekraczała w zasadzie 10 stopni, słońca nie było widać. Wiatr też nie zaszczycił nas swoją obecnością. Umiarkowana jedynka to wszystko, na co mogliśmy liczyć. Po południu wiatr był nieco silniejszy, ale wiał za to z zupełnie innej strony. W niedzielę można było już zacząć osiągać bardziej przyzwoite prędkości; szkoda, że w deszczu.

Dobrze, pogoda to chyba jedyna rzecz, o jaką nie postarali się organizatorzy. Postarali się jednak, by zabawa dla 17 załóg była doskonała. A my bawiliśmy się całkiem nieźle. Cóż, był to nasz pierwszy występ jako załoga regatowa VSoftu, stąd cudów raczej nie można się było spodziewać. Niemniej jednak nawiązaliśmy walkę z innymi zespołami i ostatecznie wylądowaliśmy na 9. miejscu. Jak na debiut - całkiem nieźle.

Bezkonkurencyjna okazała się, jak zwykle, Telekomunikacja Polska, która na 7 wyścigów raz nie była pierwsza. My też byliśmy całkiem konsekwentni; zajęliśmy bowiem kolejno miejsca: 13, 9, 9, 9, 9, 7 i 8. Jak widać, nasze zgranie i umiejętność ścigania się z innymi rosły wraz z ilością rozegranych wyścigów.

Nie będę opisywać tutaj wszystkich naszych przypadków, zderzeń i kolizji (czasami wymuszonych - a co - jak regaty, to regaty), dramatycznych finiszów, pięknych manewrów na bojce i innych ciekawych momentów. Wróciliśmy zadowoleni i pełni nadziei na co najmniej tak dobry czas w przyszłym roku.

PS Zapraszam do posłuchania w wolnej chwili nagrań zespołu Strefa Mocnych Wiatrów (można znaleźć na YouTube'ie). Wystąpili w sobotę na koncercie dla uczestników regat i zagrali bardzo mocno rockowe kawałki o wikingach, marynarzach oraz własne aranżacje znanych szant. Można się nimi zachwycić lub patrzeć na nich z obrzydzeniem, ale trudno przejść obok nich obojętnie.

sobota, 30 maja 2009

Absurdy polskiej bankowości - część pierwsza...

...i na pewno nie ostatnia. Dlaczego? Ponieważ staramy się o kredyt hipoteczny. A oto co skłoniło mnie do napisania niniejszej notki. Przed chwilą w telewizji obejrzałem reklamę pewnego dużego polskiego banku (tego ze skarbonką), który chwali się, że z łatwoscią udziela kredytów nawet na 100% wartosci nieruchomosci. W nim również wystąpilismy z wnioskiem. I dostalismy decyzję odmowną.

No trudno. Jednak argumentacja banku była dla mnie totalnie niezrozumiała. Od początku mojej pracy w VSofcie podpisuję regularnie umowy o dzieło. Bankowi oczywiscie zostały one przedstawione. Niemniej jednak bank uznał, że nie dowodzą one ciągłosci moich usług swiadczonych firmie, ponieważ w poprzednim roku miałem cztery umowy i cztery rachunki (podpisuję umowy kwartalne), a w roku bieżącym - dwie umowy i tylko jeden rachunek. Problem jest jednak taki, że - z tego co się orientuję - wszędzie jest tak, że rachunek wystawia się po wykonanej pracy, po okresie obowiązywania umowy. Druga tegoroczna umowa kwartalna kończy się w czerwcu, więc chyba logiczne jest to, że w kwietniu takiego rachunku nie miałem. Dla mnie logiczne. Dla banku - widać nie.

Nie wierzcie reklamom. To nie ludzie od reklam podejmują decyzje w bankach...

czwartek, 28 maja 2009

Oszczędzanie baterii w Nokii E66

Od kilku miesięcy używam właśnie Nokii E66. Uważam ten telefon za naprawdę świetny, ale myślę, że mógłby dłużej wytrzymywać na baterii. Chociaż - pochwalę się - udało mi się znaleźć sposób, aby trochę wydłużyć jego żywotność.
Otóż za każdym razem, kiedy włączał się wygaszacz ekranu, główny przycisk telefonu powoli sobie migał - zupełnie inaczej niż wtedy, gdy mam nieodebrane połączenie czy nieprzeczytaną wiadomość. Nie wiedziałem, co z tym zrobić, a podejrzewałem, że zabiera to trochę energii z baterii. Otóż opcja wyłączałająca to miganie kryje się w Narzędzia->Profile->Profil->Przystosuj->Oświetlenie. I ta opcja powinna zostać wyłączona. Efekt - telefon wytrzymuje mi spokojnie o jeden dzień dłużej (co przy 2-3 dniach wytrzymałości jest znacznym rezultatem).
Polecam.

czwartek, 21 maja 2009

Wyborcza. Pierwsza wolna gazeta w Polsce. Szkoda, że już nie...

Tak naprawdę nie chodzi o samą gazetę, ale o jej portal internetowy wyborcza.pl. Przeczytaliśmy przedwczoraj artykuł, w części witryny o Krakowie, który dotyczył pewnej sprawy, a w obrębie tej sprawy - pewnej osoby. Tej osobie poświęcony był też pierwszy komentarz pod artykułem. Iza chciała tam dodać swoje dwa słowa. Zrobiła to jednak dopiero wczoraj.
Wczoraj jednak, ten pierwszy komentarz był usunięty:

Nie zrażając się tym jednak, Iza dodała swój komentarz poniżej. Czytałem go. Nie było w nim osobistego ataku, nie było insynuacji, gróźb karalnych i niekaralnych, obrażania kogokolwiek. Owszem, była tam ironia. Ale moim zdaniem nie było powodu, aby jej komentarz został usunięty bez słowa i bez śladu! Administrator tamtego forum nie pofatygował się, aby napisać, że wiadomość została usunięta. Wiadomość po prostu została usunięta.

Szczerze mówiąc, nie tego spodziewałem się po Gazecie Wyborczej, którą zawsze sobie bardzo ceniłem. Szkoda, że głoszonych przez siebie wartości nie potrafią zastosować na swoim portalu.

poniedziałek, 18 maja 2009

Żeby życie miało smaczek - raz kosówka, raz Ciemniaczek.

W końcu udało się. Tegoroczny letni sezon tatrzański uważam za otwarty. Mówię tak, ponieważ w ubiegły weekend wybraliśmy się z Markiem w Tatry Zachodnie. Planowaliśmy pierwotnie Tatry zagraniczne, ale brak samochodu w połączeniu z negatywnym stosunkiem Słowaków do turystów przed 15 czerwca sprawiły, że udaliśmy się do Zakopanego, aby stamtąd busem dostać się do Doliny Chochołowskiej.

Pogoda, jak widać, taka sobie, ale nie przejmując się tym zbytnio wyruszyliśmy w górę doliny, aby po pewnym czasie skręcić w lewo w Dolinę Starorobociańską w kierunku Siwej Przełęczy.
Droga była nawet w porządku. Dopiero 20-30 minut przed samą przełęczą natrafiliśmy na dość duże pole śnieżne, które jednak było mało nachylone, więc przejście nie należało do bardzo trudnych. Tym sposobem znaleźliśmy się na przełęczy.
Stamtąd postanowiliśmy udać się na Błyszcz (to jest to pierwsze wysokie).
Założyliśmy depozyt, wzięliśmy czekany, czapki i rękawiczki i poszliśmy w górę. Z Bystrego Karbu odchodzą w górę dwa szlaki - czerwony, graniczny, idący prosto na Błyszcz oraz niebieski, po stronie słowackiej, idący na Bystrą. Poszliśmy tym czerwonym. Po pewnym czasie zorientowaliśmy się jednak, że spotkaliśmy i szlak niebieski. Okazało się, że Błyszcz i Bystra połączone są doskonale widoczną ścieżką, która jednak nie jest oznakowana szlakiem. A tamten niebieski szlak... Relikt przeszłości i zamkniętych granic?
Wróciliśmy na przełęcz. Pogoda się pogorszyła.
Odnaleźliśmy plecaki (z pewnym trudem, przyznam) i udaliśmy się w stronę Ornaku.
Stamtąd już tylko człapanie na Iwaniacką Przełęcz i jeszcze człapanie do schroniska na Hali Ornak. Uff. Byliśmy naprawdę wyczerpani całym dniem marszu, a tu jeszcze okazało się, że akurat w schronisku zamykają bar. Na szczęście udało się uprosić piwo i fasolkę po bretońsku. Niestety, to były ostatnie rzeczy, na jakie mogliśmy tam liczyć. Późniejsze próby uzyskania piwa czy chociażby wrzątku okazały się daremne. Nie jest to koniec mojego narzekania na to schronisko. Ja wiem, że ładne i uroczo położone, ale jeden prysznic na wszystkich gości? I sala jadalniana otwierana dopiero o 8 rano? Nie mówię, że chciałbym dostać wrzątek czy coś do jedzenia, ale chciałbym zjeść normalnie przy stole, a nie na kolanie.
Nic to. Poranek. Piękna pogoda. Wychodzimy.
I wchodzimy w Dolinę Tomanową. Przy ujściu Czerwonego Żlebu mijamy potężne lawinisko. Oj, działo się... Skręcamy w lewo, żeby przejść przez Tomanowy i Wysoki Grzbiet. Na tabliczce coś napisane, że szlak zamknięty do końca maja, ale w pełnym słońcu nie było widać. Idziemy. Znów wchodzimy w Czerwony Żleb i przechodzimy przez lawinisko. Tym razem już nie jest tak łatwo. Duże pole śnieżne to dla nas i dla czekanów niezbyt wielkie wyzwanie. Gorzej jest, że po przejściu takiego pola gubimy szlak. Ale znajdujemy ślady ludzi, którzy szli przed nami. Więc po śladach. Które w pewnym momencie urywają się całkowicie. I nie mamy ani śladów, ani szlaku. Szybka wymiana zdań i decyzja - lecimy przez kosówkę. Szlaku nie widać, ale dajemy twardo. Na szczęście po około 10 minutach przedzierania się przez zarośla widzimy szlak. Jeszcze parę minut walki z gałęziami - i jesteśmy. Straciliśmy na błądzeniu po lawinisku chyba z godzinę. Więc szybko do przodu.
Samo podejście na Ciemniak było już proste.
Stamtąd skok na Małołączniak:
I w dół. Czerwony Grzbiet to czysta przyjemność. Natomiast Kobylarzowy Żleb... No, tego nie wspominam dobrze. Najpierw skały. Później piarg. Później łańcuchy w skałach. Później piarg. Później masa śniegu (ale do przejechania nawet na butach). Później znowu piarg. No, namęczyliśmy się. Ale tym sposobem dość szybko udało nam się dotrzeć do wylotu Doliny Małej Łąki, skąd już do domu prosty transport.
Podsumowując - bardzo, bardzo męczące trasy. Cały czas dość trudne warunki. Spotkanych na szlakach ludzi można policzyć na palcach. I jeden morał. Nieważne, jak bardzo pada, jak wyjeżdżasz z Krakowa, zawsze weź ze sobą krem do opalania. Trzydziestkę. Bo później będziesz żałować. Tak jak ja teraz. Bo poparzone ręce to nienajlepsze wspomnienie.
Reszta zdjęć tutaj.

poniedziałek, 11 maja 2009

Balon w Krakowie

Po ponad tygodniu odwlekania i czekania na dobrą pogodę - w końcu udało nam się wręczyć prezent urodzinowy mojemu bratu. Ponieważ stwierdziliśmy, że nie kupimy mu książki (już jedną przecież dostał), to zdecydowaliśmy się na zakup przygody. Katalog możliwych przygód nie jest zbyt bogaty tego roku, ale jedną udało nam się znaleźć - lot balonem.

Jak wiecie, od dłuższego czasu w Krakowie na Bulwarze Czerwieńskim stoi sobie balon. Więcej o nim można przeczytać sobie na stronie organizatora lotów. Ale my nie o organizacji.

Umówiliśmy się na lot całą rodziną. Ale zanim rodzina nadciągnęła, posiedzieliśmy sobie chwilą nad Wisłą i poobserwowaliśmy Skałkę z różnych perspektyw. Na przykład takiej:


Mogliśmy również obejrzeć sobie miejsce, dokąd właśnie się wybieraliśmy:

I wybraliśmy się. Przyjemność do najtańszych nie należy (35 zł za ok. 15 minut lotu), ale za to widoki - pierwsza klasa:


W tę stronę popatrzyliśmy z nadzieją i oczekiwaniem:

Dzisiaj natomiast widoki, które mieliśmy okazję podziwiać, były zgoła inne:

Zapraszam również do obejrzenia pozostałych zdjęć.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Serwisowi HP - duże brawa!

W ubiegłym tygodniu miałem nieprzyjemną przygodę z naszym małym komputerem HP 2133. Do zeszłego poniedziałku komputer sprawował się doskonale - nie było najmniejszego powodu, żeby nań narzekać. Niestety, w poniedziałek wziął i się zepsuł. Tak po prostu. W momencie instalowania aktualizacji Windowsa zawiesił się. Pomyślałem sobie, że po czymś takim to komputer może mieć problemy z prawidłowym załadowaniem Windowsa i trzeba będzie to przeinstalować. Myliłem się. Komputer nie uruchamiał się w ogóle.


Następnego dnia więc zadzwoniłem do serwisu HP. Przy okazji - na stronie hp.pl strasznie trudno znajduje się właściwy numer. Zadzwoniłem, podałem numer seryjny komputera (jedyne, czego ode mnie wymagano) i opis usterki. Pan spisał moje dane, przełączył mnie jeszcze do kogoś z działu technicznego, abym szczegółowo opisał, co jest nie tak, i powiedział, że po komputer zostanie wysłany kurier.

Kurier przybył do mnie do pracy już następnego dnia. Przywiózł ze sobą ogromne pudło, w które spokojnie dałoby się zapakować monitor 22-calowy. Zapakował komputer w taki sposób, że nie stykał się z żadną ze ścian pudła i pojechał. Zaznaczę jeszcze raz - nie chciano ode mnie żadnej gwarancji, paragonu, dowodu zakupu, niczego. Numer seryjny w pełni wystarczał!

Komputer pojechał w środę, natomiast wczoraj (w poniedziałek) dostałem od UPS maila, że jest już w drodze powrotnej. I rzeczywiście - dzisiaj w pracy dostałem komputer, do którego załączona była kartka, że zgłoszenie było jak najbardziej zasadne i że została wymieniona płyta główna laptopa.

I tyle. Czemu o tym piszę? Bo w ciągu 6 dni od wysłania komputera do serwisu otrzymałem z powrotem działający komputer. Bo nie musiałem tłumaczyć się z tego, co robiłem z komputerem. Bo nie wymagano ode mnie żadnych dokumentów. Bo naprawdę jestem bardzo zadowolony z obsługi.

Państwu z serwisu HP w Polsce - serdecznie dziękuję.

PS Ten komputer był kupowany w USA i gwarancję obejmującą cały świat otrzymałem na ich prawach. Nie wiem, czy ten sam komputer (albo inny marki HP) kupiony w Polsce posiada taki sam rodzaj gwarancji (door to door).

czwartek, 19 marca 2009

Konsekwencja, głupcze!

Ja wiem, że portalowi gazeta.pl nie można do końca ufać. Wiem, że nie można u nich liczyć na dobrą korektę tekstów. Wiem, że czasami publikują teksty po prostu głupie. Ale przeczyć sobie samemu na głównej stronie?


poniedziałek, 16 marca 2009

O synchronizacji Google'a ciąg dalszy

Jakiś czas temu pisałem o fajnym narzędziu od Google'a: Google Calendar Sync. Że fajne, że łatwe, i że po prostu działa. Ale już nie. Od paru dni nie działa.


Przestało działać... podstępnie. Niby wszystko było w porządku, ale w pewnym momencie zauważyłem, że ikonka tego narzędzia wskazuje, że ono cały czas działa. Patrzę: "syncing 370 of 521 events". No i dobrze. Ale po paru minutach nadal 370. No to już niedobrze. A okazało się, że przy okazji Outlook zażyczył sobie około 50% mocy przerobowej procesora (czyli cały jeden rdzeń!) i jedynym sposobem, żeby z niej zrezygnowałem, było ubicie go. Nie muszę chyba nadmieniać, że synchronizacja nie powiodła się.

Ponieważ moim głównym celem nie jest synchronizacja Outlooka z Google Calendarem, a Google'a z telefonem, postanowiłem zrezygnować z tego niepotrzebnego ogniwa. Tym sposobem zainteresowałem się GooSync. Serwis umożliwia synchronizację kalendarza Google'a i telefonu, który obsługuje SyncML. Czyli na przykład takiego z Symbianem. Skonfigurowałem wszystko, jak trzeba, połączyłem się przez telefon z tym serwisem (przez WiFi, więc bez dodatkowych opłat) i wszystko działa.

Wady: brak możliwości automatycznej okresowej synchronizacji - muszę pamiętać, żeby tak raz na dzień to uruchomić. Oczywiście, mogę to robić poza domem, ale wtedy już zarabia mój operator. Można też wykupić abonament, dzięki któremu synchronizować będą się też zadania i kontakty - ale taka przyjemność kosztuje już 20 funtów rocznie (albo 40 za abonament bez ograniczeń).

Idąc za ciosem postanowiłem też zsynchronizować swoje kontakty w telefonie z kontaktami na GMailu. Tutaj na pomoc przyszło oryginalne rozwiązanie Google'a - Google Sync. Dla Symbiana wspiera na razie tylko synchronizację kontaktów, ale ponieważ dla innych platform synchronizuje też i kalendarz, to myślę, że i dla tego systemu kiedyś taka możliwość się pojawi.

W każdym razie - tutaj ustawienie wszystkiego też poszło bardzo łatwo. Nie obyło się oczywiście bez zduplikowanych kontaktów (a bo kogoś mam na mailu wpisanego jako Sławomir, a w telefonie jako Sławek), ale usunięcie ich za pomocą interfejsu GMaila było łatwe i szybkie (zwłaszcza dzięki opcji "Scal kontakty").

Tak więc dzięki tym dwóm narzędziom mam na razie porządek ze swoimi kontaktami i kalendarzem. Od momentu, gdy GMail jest dostępny także offline, w zasadzie przestałem używać w domu Outlooka i korzystałem z niego tylko jako z ogniwa pośredniczącego w synchronizacji kalendarza; okazało się, że można sobie z powodzeniem poradzić też bez niego.

poniedziałek, 23 lutego 2009

Takie rzeczy tylko w Erze - dlatego ja już dziękuję

Po ośmiu latach mojego związku z Polską Telefonią Cyfrową czas zakończyć znajomość. Dlaczego?

  1. Dwa lata temu podpisałem aneks do umowy, na mocy którego otrzymałem taryfę Era Nowy Komfort, w której mogłem wykupić sobie (za 20 zł miesięcznie) pakiet 2000 minut na rozmowy z wybranym numerem w Erze, Heyah bądź sieciach stacjonarnych. Z czego skorzystałem, ponieważ Iza ma swój telefon w Heyah. Okazało się, że teraz mogę przedłużyć umowę i wybrać taryfę Nowa Era, która jest ogólnie korzystniejsza, tańsza i w ogóle. I też mogę wykupić sobie pakiet 2000 minut miesięcznie do wybranego numeru. Ale tylko w Erze lub sieciach stacjonarnych.
  2. Nie da się przenieść numeru z Heyah do Ery. Ponieważ ustawa nakazuje umożliwienie przenoszenia numerów nie pomiędzy sieciami, lecz pomiędzy operatorami. A Era i Heyah należą do tego samego operatora. A co nie jest nakazane, to... wiadomo.
    Precyzyjniej rzecz ujmując - możliwość przeniesienia była. Bodajże 16 czerwca 2008 Era pozwoliła na przeniesienie do siebie numerów z Heyah za chyba złotówkę. Po czym 20 czerwca odwołano tę promocję "z przyczyn technicznych".
    Aha - można, oczywiście, przenieść numer z Heyah do na przykład Orange'a, a później do Ery. Ale są to dodatkowe koszty, ewentualne braki działającego telefonu w momentach przeniesień oraz, hm... niesmak.
  3. Myślałem nad telefonem, który chciałbym kupić. I wybrałem sobie Nokię E66. Która to w ofercie dla stałych abonentów Ery, subsydiowana przez operatora, w umowie na 24 miesiące, w abonamencie za 45 złotych kosztuje 1399 złotych. Co ciekawe, ten sam telefon w sklepie Nokii kosztuje 1249 złotych. Czyli co najmniej 150 złotych to jest moja subwencja dla Ery, a nie odwrotnie.
  4. Ponieważ nie zdecydowałem się przedłużyć umowy, wynikła następująca sytuacja: w lutym 2007 roku podpisałem aneks do wcześniejszej umowy, który dawał mi prawo do promocyjnego abonamentu przez 24 miesiące oraz o 24 miesiące wydłużał czas trwania umowy z operatorem (uwaga - do kwietnia 2009). Teraz kończy się luty i otrzymałem od Ery rachunek za abonament za marzec, gdzie zapłacić muszę pełną kwotę, bez uwzględnienie promocji. Oczywiście, gdybym teraz podpisał aneks, otrzymałbym nową promocję. Tak, wiem, sam to podpisałem. Ale znowu - niesmak.
  5. Udałem się więc do sklepu Ery. Podchodzę do pani i mówię, że niedługo kończy mi się umowa. Ona na to: "To zapewne chce Pan dowiedzieć się o przedłużenie umowy?". "Nie, chcę dowiedzieć się, w jaki sposób przenieść numer do innej sieci." "Aha." I tu nastąpiły rzeczowe informacje, jak to zrobić. Żadnej próby zatrzymania klienta, żadnego pytania "dlaczego?". Czyżby sieci nie zależało na sprawdzonych klientach, którzy grzecznie płacą rachunki każdego miesiąca?
Od kwietnia prawdopodobnie mój numer będzie zarządzany przez operatora P4. Podpisując u nich umowę bez telefonu za 65 zł miesięcznie otrzymam abonament warty 95 złotych. Co więcej, takie zobowiązanie będę musiał podpisać na 18 miesięcy, nie 24. A dzięki temu, że przenoszę do nich numer z innej sieci, przez pierwsze pół roku zapłacę tylko połowę abonamentu.
I mam nadzieję, że gdy tamta umowa zacznie zbliżać się do końca swego trwania, nie będę musiał przechodzić przez podobne niedorzeczności. Czego życzę wszystkich komórkowym abonentom.

niedziela, 22 lutego 2009

Shanties 2009 - koncert urodzinowy Jurka Porębskiego oraz koncert finałowy

I koniec Shanties 2009.


Dzisiaj postanowiłem udać się na dwa koncerty. Pierwszy z nich odbył się z okazji 70. urodzin Jurka Porębskiego, żywej legendy polskiej sceny szantowej. Nie będę się rozpisywać - było wesoło, miejscami podniośle i uroczyście, śmiesznie i ironicznie, i w ogóle bardzo sympatycznie. Widać było, jak wielka zażyłość łączy Jubilata z wykonawcami (a szczególnie tymi płci żeńskiej).

Bardzo podobał mi się krótki występ p. Ani Sojki, która podobno 23 lata temu wystąpiła na Shanties jako pierwsza kobieta. Jeśli to rzeczywiście było wtedy, to ona nie wygląda na swój wiek.



A na końcu miał jeszcze miejsce kolorowy i żywy jak zwykle występ Starych Dzwonnic:



Drugi dzisiejszy koncert to koncert finałowy.
Zobaczyliśmy więc (ponownie) Orkiestrę Samanta wraz z Les dièses:


Bardzo żywy i energiczny występ z muzyką, która szantami może do końca nie jest, ale ma pełne prawo do pokazania na tym festiwalu.

No i nagrody, czyli najważniejsza część koncertu finałowego:
  • Najlepsza współczesna piosenka żeglarska: Andrzej Korycki "Plasterek cytryny i ja". Ładna piosenka, ale czy taka "współczesna"?
  • Debiut: Brasy. Jak pisałem już wcześniej, nie podobał mi się ich występ.
  • Autentyzm i wysoki poziom wykonania: Cztery Refy i Simon Spalding. Ładnie razem występowali i pokazali coś nowego.
  • Najlepszy tekst piosenki: Mirosław Kowalewski "A Anioł mój ma...".
  • Wierność szancie klasycznej: Qftry. Tak!
  • Najsympatyczniejsza wykonawczyni: Izabela Puklewicz. Nie! (Byłem na "tak!" do wczoraj do momentu, gdy usłyszałem ją we Flash Creep).
  • Największa przebyta ilość mil morskich: Simon Spalding.
  • Grand Prix: Qftry. Tak!
  • Wyróżnienie: Prawdziwe Perły. Zdecydowanie nie. Nie podobał mi się ich występ; w ogóle nie pasował do reszty...
  • Nagroda publiczności: Nor Folk. Czyżby więc weterani z Psiej Wachty jednak się poprawili? A może ich poprzedni występ to był tylko wypadek przy pracy? Chyba trzeba będize się przekonać naocznie i nausznie.
Tyle, jeśli chodzi o Shanties w tym roku. Bo mam nadzieję, że o szantach w ogóle jeszcze zdarzy mi się napisać.

Aha, więcej zdjęć jest tutaj.