piątek, 27 czerwca 2008

Policja - po

Po koncercie. Wrażenia - niesamowite. To naprawdę wciąż jest zespół z klasą.

Ale od początku. Ponieważ nie spodziewaliśmy się na koncercie aż takich tłumów, jak na U2, wybraliśmy się z Krakowa tak, że przy wejściu na stadion byliśmy paręnaście minut po 16. Niestety, kiedy przechodziliśmy przez bramki, dopadła nas konfiskata majątku. Okazało się, że karimata, którą usiłowaliśmy wnieść, jest materiałem niebezpiecznym. Ochroniarz był jednak skłonny wyjaśnić nam, dlaczego - jest zrobiona z materiału łatwopalnego. Cóż, trudno. Ja bym jednak zakazał wnoszenia zapalniczek, które tę łatwopalność mogłyby wykorzystać. A przy okazji atmosfera na koncercie byłaby trochę czystsza...

Tym razem, w przeciwieństwie do koncertu U2, udało nam się wejść do wewnętrznego kręgu, zamkniętego barierkami fragmentu płyty stadionu tuż pod samą sceną. Tam rozbiliśmy obóz i czekaliśmy na koncert.

O 1930 wyszli przedgrajkowie - Counting Crows. Nie słyszałem wcześniej o tym zespole, mimo że poznałem kilka ich piosenek. Występ bardzo interesujący, głównie za sprawą niesamowitego wokalisty, który przeżywał każdą piosenkę, jakby napisał ją pięć minut wcześniej, a powód do jej napisania pojawił się tylko odrobinę wcześniej. A poza tym skakał po scenie, po całym wyposażeniu i ogólnie robił dobrą atmosferę.

Równo o 2100 zza perkusji wynurzył się gong i Copeland uderzył weń, dając sygnał, by po chwili dołączyli do niego obaj panowie z gitarami. I zaczęli od razu z grubej rury - od "Message in a Bottle". Chociaż trzeba stwierdzić, że "z grubej rury" to było przez cały czas. Zagrali prawie 20 kawałków, z których każdy jest niesamowitym hitem.

Świetne nagłośnienie, basy przechodzące po kręgosłupie i dający z siebie naprawdę wszystko muzycy. Solówki gitarowe, "prawie-solówki" perkusyjne i wciąż doskonały głos Stinga. I tak przez niecałe dwie godziny.

Nie zaskoczyli pod względem muzyki. Oczywiście, później w Trójce Kaczkowski odbierał telefony od słuchaczy, którym brakowało którejś piosenki, ale gdyby chcieli zagrać wszystko, to byśmy tam do teraz siedzieli. Co mogłoby być, swoją drogą, również bardzo interesujące.

Bardzo podobała mi się oprawa graficzna. Duże ekrany świetlne wyświetlające ładne animacje i trzy, niezbyt duże ekrany. Ale za to realizator i montażysta (czy jak się tam oni nazywają) odwalili kawał świetnej roboty. Dynamiczne cięcia ujęć z czterech chyba kamer, delikatne przejścia między ujęciami - to wszystko robiło naprawdę świetne wrażenie.

Bodajże dwa lata byliśmy na darmowym koncercie Stinga organizowanym przez PTK Centertel z okazji wprowadzenia marki Orange. Ale to był koncert darmowy, z przypadkową publicznością. Poza tym - wczoraj nie było delikatnych Stingowych piosenek - wczoraj było prawdziwie rockowe The Police.

Po koncercie bardzo szybko udało nam się dojechać do domu. Policja (ale już ta polska, przez małe "p") sprawnie pomagała wyjechać z parkingu, a na "autostradzie" zdziwiło mnie, że wszystkie bramki były otwarte, przez co setki samochodów nie musiały stać w korku, żeby zapłacić za przejazd.

A powrót umilował wspomniany wcześniej Kaczkowski, który grał wszystkie piosenki, które pojawiły się na koncercie. I powiedział, że nie wierzy w ostateczne rozejście się zespołu, które zapowiedziane jest na sierpień. Wspomniał The Eagles, którzy ostatnią trasę koncertową zorganizowali bodajże cztery razy...

Brak komentarzy: