środa, 7 maja 2008

Auto a fé!

Byliśmy wczoraj w teatrze. Dobrym teatrze. Krakowskim Starym. Na kiepskiej sztuce. Na bardzo kiepskiej sztuce. Auto da .

Na złych sztukach byłem w Krakowie tylko dwa razy. O ile podczas "Elektry" w Teatrze Słowackiego, sztuki o normalnej długości (ok. 1,5 godziny) dało się jeszcze wytrzymać, to podczas drugiego aktu "Auto da fé" (w sumie 3,5 godziny samej sztuki plus przerwa) miałem przemożną chęć wyjścia z teatru. Okazało się, że nie ja jedyny.

Nie czytałem powieści Eliasa Canettiego. Nie wiedziałem więc, czego się spodziewać. A oto, co nastąpiło:

  • połowa aktorów na scenie w pewnym momencie pojawiła się bez spodni (spódnicy); jedna postać była rozebrana całkowicie (po co? nie wiem)
  • patetyczne tyrady, których nie rozumiałem
  • absurdy, które śmieszne były przez pierwszą godzinę; później zaczęły być zwyczajnie nudne
Co mi się podobało? Jan Peszek i Iwona Bielska w rolach głównych (zwłaszcza Peszek). Ciekawe eksperymenty ze zmianą czasu i miejsca akcji. I ostatnie trzy minuty spektaklu, kiedy Peszek siada na krześle i czyta z książki - zapewne zakończenie powieści - o tym, jak grana przez niego postać podpala swoją bibliotekę. A gdy skończył czytać, zapłonęła trzymana przez niego książka.

Recenzentka w Rzeczpospolitej napisała, że
Miśkiewiczowi udała się całkiem niezła komedia obyczajowa. Ale ambicje reżysera dotyczyły chyba innego gatunku.
I trudno się z nią nie zgodzić.

Ja cieszę się tylko, że Iza dostała bilety na ten spektakl w prezencie, bo gdybym miał wydać na tę sztukę 27 zł (bilety ulgowe), albo nawet 43 zł (normalne), to gorzko bym tego żałował.

Brak komentarzy: