sobota, 13 grudnia 2008

Alior Bank i User Experience

Jakieś dwa miesiące temu dostałem albo zobaczyłem gdzieś reklamę Alior Banku. Postanowiłem dowiedzieć się więcej na jego temat - wcześniej wiedziałem tylko, że taki bank powstaje i kto jest jego właścicielem. Okazało się, że bank organizuje konkurs - wystarczy odpowiedzieć na 10 pytań opisujących, jak powinien wyglądać idealny bank; w zamian, po otwarciu u nich konta, miało się na nim pojawić 100 zł. Wypełniłem więc formularz zgłoszeniowy i odpowiadałem na pytania, a w ubiegłym tygodniu założyłem konto (prowadzenie jest bezpłatne, karta debetowa kosztuje 3 zł miesięcznie).

Chciałem jednak podzielić się moimi spostrzeżeniami odnośnie obsługi klienta w tym banku i szeroko pojętego User Experience. Po pierwsze, na stronie nie jest napisane, jakie przeglądarki są zalecane do korzystania z ich serwisu transakcyjnego. Niestety, okazało się, że dwie przeglądarki, których używam na co dzień (Google Chrome 1 oraz Internet Explorer 8 beta 2) nie są. Co więcej, strona serwisu w ogóle w nich nie działa (JavaScripty...). Udało mi się skorzystać ze strony przy pomocy Opery 9.6.

W innych bankach, z których korzystam (mBank i Multibank) logowanie wygląda tak, że na jednej stronie podaję zarówno identyfikator klienta, jak i hasło. W Aliorze te dane wpisuje się na dwóch kolejnych stronach. Dzięki temu na drugiej stronie, gdzie podaję hasło, bank wyświetla mi obrazek antyphishingowy, który mogę sobie sam wybrać z kilkunastu propozycji. Ciekawe i proste zabezpieczenie - jeżeli klient znajdzie się na podrobionej stronie, prawdopodobieństwo, że zobaczy właściwy obrazek, jest małe. A wyłudzony zostanie tylko identyfikator. Plus.

Ustaliłem sobie hasło do serwisu. Ma mieć co najmniej 10 znaków, które muszą należeć do co najmniej 3 grup: małych liter, wielkich liter, cyfr i znaków specjalnych. Mocno obostrzenie, standardowe hasła wielu ludzi zapewne nie spełniają tych wymogów. Moje akurat spełniało.

Hasła nie podaje się wprost. Wyświetlane jest kilka kratek (5-9), w które należy wpisać znaki swojego hasła. Niektóre są jednak wyszarzone, tak więc podaje się tylko kilka znaków (innych za każdym razem). Bardzo mnie to zmyliło za pierwszym razem - wyświetliły mi się rzeczone kratki wypełnione tak, że między innymi dwie ostatnio należało uzupełnić. Wpisałem tam więc dwa ostatnie znaki swojego hasła, a nie znak 8. i 9. - nie zauważyłem, że kratki ponumerowane są od 1 do 9 i nie pamiętałem, że moje hasło ma 10 znaków. Trochę niejasne.

Z samego serwisu transakcyjnego jeszcze nie korzystałem w zbyt dużym stopniu, więc nie będę się wypowiadał. Niemniej jednak, w odróżnieniu od bardzo statycznego interfejsu mBanku i Multibanku ten jest pełny JavaScriptów, zakładki się rozsuwają i przesuwają, wyświetlają się ładne kółeczka oczekiwania (AJAX) - na szczęście efekty nie przytłaczają.

Jeszcze tylko dwie uwagi na temat serwisu telefonicznego. Za pierwszym razem, gdy tam zadzwoniłem, konsultant po tym, jak już się uwierzytelniłem, powiedział, że muszę wymyślić sobie dwa hasła - jedno do uwierzytalniania się w serwisie transakcyjnym (6 cyfr), drugie - do potwierdzania transakcji (5 cyfr). Później te hasła miałem podać (oczywiście automatowi, nie konsultantowi). Miałem pewien problem, żeby nagle wymyślić sobie dwa hasła w taki sposób, żeby szybko je zapamiętać. Przyznam się szczerze, że nie różnią się one między sobą - podejrzewam, że wielu innych klientów zrobiło dokładnie tak samo. Może należało więc po prostu ustalić, aby istniało jedno hasło?

I jeszcze jeden minus dotyczący telefonowania do banku - w mBanku i w Multibanku, aby się uwierzytelnić, muszę wpisać numer klienta, po czym lektor prosi mnie o wpisanie i-tej cyfry telekodu - i ja ją wpisuję; następnie o wpisanie j-tej cyfry telekodu - i ja ją wpisuję; po czym chce, aby wpisał k-tą cyfrę telekodu - i tym sposobem kończę uwierzytelnienie. W Aliorze jest podobnie, ale różnica jest znacząca - tam lektor prosi mnie o wpisanie i-tej, j-tej i k-tej cyfry, po czym mam wpisać wszystkie trzy naraz. Problem, bo muszę zapamiętać, o które cyfry mnie prosił, po czym znaleźć w swoim haśle odpowiednie pozycje. Myślę, że klienci będą mogli się mylić podczas tego procesu.

W każdym razie - 100 zł na konto dostałem, więc jestem zadowolony. Nie zamierzam korzystać z tego banku jako mojego najważniejszego banku, ale posiadanie konta nic mnie tam nie kosztuje. W najbliższym czasie zamierzam potestować, jak wygodnie i intuicyjnie działa ich interfejs serwisu transakcyjnego. Wnioski mogą być ciekawe...

środa, 10 grudnia 2008

Życzenia świąteczne

Jakbym powiedział, że dostałem od swojego banku, to i tak nikt by mi nie uwierzył :)

wtorek, 25 listopada 2008

Znowu kwiatki na gazeta.pl

Przed chwilą na głównej stronie gazeta.pl cytowali Mistrza Yodę. Naprawdę:

Nie podpisali wprawdzie, że to on powiedział, ale ja i tak wiem swoje. Niestety, w tekście artykułu ten cytat więcej się nie pojawił.

W temacie korekty — Iza kupiła dzisiaj fantastyczną książkę: „Edycja tekstów” Adama Wolańskiego. Książka traktuje o tekstach w różnych ujęciach — od ortograficznego aż po typograficzne (zagadnienia DTP). Czyta się ją naprawdę jak dobrą powieść. Zaczynam żałować, że rzeczywiście nie zacząłem studiować tego korektorstwa…

Jeszcze jedno — bardzo ciekawe narzędzie — sprawia, że tekst wpisywany na stronie internetowej będzie poprawny pod względem typograficznym.

niedziela, 23 listopada 2008

Znowu trochę o GMailu

GMail działa i ma się dobrze, mimo że formalnie jest to wciąż wersja beta. Ja mam tę przyjemność, że GMaila używam poprzez Google Applications for Domain - czyli że adres e-mailowy mam w swojej domenie. Ma to swoje oczywiste plusy, ma też, niestety, parę wad. Wady spowodowane są tym, że Google nowe możliwości swoich aplikacji najpierw wdraża w usługach, pod którymi się w pełni podpisuje, czyli na przykład w ogólnodostępnym GMailu.


Po tym, jak wprowadzona została obsługa IMAP dla wszystkich użytkowników GMaila, ja musiałem poczekać jakiś czas, aby ta funkcjonalność była dostępna również dla mnie. Tak samo jest teraz, gdy wielkim echem po całym Internecie (przynajmniej po tym fragmencie, który regularnie przeglądam) przetoczyła się informacja, że można będzie użyć różnych kompozycji wizualnych. W mojej domenie to jest jeszcze niedostępne.

Natomiast ciekawa jest kwestia funkcji, które i tak nie zostały jeszcze dodane do normalnego GMaila, czyli "Labs". Pod tą zbiorczą nazwą kryją się drobne rozszerzenia, spośród których jednak niektóre okazują się być bardzo przydatnymi. Włączenie rzeczonych rozszerzeń w ogóle jest niedostępne poprzez polski interfejs. Wystarczy jednak ustawić sobie język GMaila na "English (US)", uruchomić wybrane rozszerzenia i wrócić do języka ojczystego. Rozszerzenia będą działały. Warte uwagi są:
  • rozszerzene ustawienia dla protokołu IMAP,
  • domyślne odpowiadanie wszystkim, nie tylko nadawcy,
  • dodanie małych okienek wyświetlających kalendarz użytkownika (Google Calendar) oraz ostatnio edytowane przezeń dokumenty (Google Docs).
Podsumowując - dostęp do nowych funkcjonalności tworzonych przez Google zawsze najpóźniej uzyskają używający Google Apps for Domain oraz ci, którzy wyświetlają aplikacje w języku innym niż polski. Niestety, zaliczam się do obu tych grup.

sobota, 15 listopada 2008

Smak Ameryki o poranku

Przed chwilą w sklepie:

- Dzień dobry, poproszę dwa Beverly Hills.

I pani bez żadnego pytania wyjmuje spod lady... dwa piwa marki "Brewery".

Na zdrowie!

niedziela, 19 października 2008

Piwo Żywe, post scriptum

Za moje ulubione Żywe płacę zazwyczaj 3,80 zł. Tak jest w sklepie przy Poczcie, tak jest na Lea. Wczoraj znalazłem Żywe w Carrefourze w Galerii Krakowskiej. Za 5,60! Kreują ekskluzywną markę?

niedziela, 12 października 2008

Po MTS-ie

Środa i czwartek - to był dla Microsoft Technology Summit 2008. Nie chce mi się pisać o każdej sesji, w której uczestniczyłem, dlatego tylko krótkie podsumowanie.

Organizacja. Słaba. Tłok, tłok i jeszcze raz tłok. Konferencja odbywała się w Pałacu Kultury, ale uczestników było na tyle dużo, że nie korytarzami trzeba było się przeciskać, zwłaszcza wzdłuż stołów z jedzeniem. Aha, i koszmarnie nie lubię jeść obiadu z papierowego talerza plastikowymi sztućcami, siedząc na schodach. Na MTS-ie tak właśnie było.

Sesje. Wziąłem udział w ośmiu sesjach tematycznych. Nie liczę do tego sesji generalnej, czyli słodzenia sobie nawzajem szefów Microsoftu, Intela i Della i licytacji o tym, która firma zmusiła swoich pracowników do zasadzenia większej ilości drzew. Na sesji generalnej była przedstawiona jeszcze historia wstążki (ribbon) i to było ciekawe.

Co do sesji tematycznych. Tylko dwie z ośmiu nazwałbym słabymi, co moim zdaniem jest świetnym wynikiem. Bardzo dobre były natomiast sesje Bartka Pampucha i Tomka Kopacza. Bartek pokazał, że świetnie czuje się na scenie i potrafi podporządkować sobie wszelkie narzędzia prezentacyjne (więcej o fajnych narzędziach używających różnego rodzaju kamer można znaleźć tu i tu). Poza tym doskonale sprawdza się jego pomysł na nagrywanie pisania kodu i odtwarzania tego na ekranie. Pokazuje przy okazji, jak wspaniałą wykonał pracę, że mógł ten kod komentować nie patrząc nawet na ekran.

Tomek Kopacz - to wulkan entuzjazmu. W godzinę i piętnaście minut potrafi powiedzieć bardzo wiele na dany temat, wchodząc tylko na poziom koniecznych szczegółów - doskonale zarysowuje obszar. Dlatego nie czułem żadnych oporów przed zapisaniem się na aż dwie sesje w jego wykonaniu.

Bardzo interesująca była też dla mnie sesja poświęcona nowemu Visual Studio (nazwa kodowa Rosario), które ma mieć mnóstwo dodatkowych funkcjonalności wspierających raczej inne elementy cyklu wytwarzania oprogramowania niż tylko kodowanie. Na mnie potężne wrażenie zrobiło narzędzie rysujące diagram sekwencji na podstawie kodu metody. Nie została pokazana funkcjonalność (acz ma się znaleźć się VS 2010) umożliwiająca zmianę metody poprzez klikanie na diagramie sekwencji.

Co można było wynieść z tego typu konferencji? Pomysły i inspiracje. Wynotowałem sobie szereg haseł - technologii i narzędzi - którymi chciałbym się przyjrzeć znacznie bliżej. Podejrzewam, że będzie to robota nawet na kilka miesięcy. Ale zespół rozwoju powinien zajmować się właśnie takimi rzeczami.

wtorek, 7 października 2008

Orędzie prezydenta

Zacznie się dopiero za 5 minut. Ale wchodzę sobie już teraz na stronę iTVP, widzę tam taki baner:

No to klikam. No i co?
No i nic.Widocznie Telewizja Polska na terenie Polski nie działa najlepiej. Niestety, p. Kaczyński nie jest dla mnie wystarczająco atrakcyjny, abym zaczął szukać odpowiedniego proxy, za pomocą którego obejrzałbym transmisję. Pytanie tylko, w którym kraju taki serwer powinien się znajdować?...

poniedziałek, 22 września 2008

Kraftwerk

Udało mi się być wczoraj na koncercie Kraftwerk. Wszystko dzięki Katii, od której dostaliśmy bilety na finał festiwalu Sacrum Profanum. Dla mnie było to pierwsze uczestnictwo w tym festiwalu, a przy okazji i pierwsza wizyta w dawnej Hucie im. Tadeusza Sendzimira (d. W.I. Lenina). Nocna jazda autobusem przez dużą część terenu huty - naprawdę ciekawe uczucie. Przystanek przy oświetonej na fioletowo ocynowni. I wnętrze wielkiej hali (choć jest to jedna z mniejszych na terenie kombinatu), omiatane różnymi światłami.


Ale - koncert. Dźwięki "Die Mensch-Maschine". Rozsunęła się kurtyna. Cztery konsole, a za nimi czterech ubranych na czarno trochę już starszych panów z laptopami. I tyle. Nic więcej. Oprócz ekranu za ich plecami. I grali (odtwarzali?) większość ze swoich największych przebojów. Czyli "Autobahn", "Das Modell", "Tour de France", "Trans-Europe Express", "Neon Licht"... Wszystko w bardzo prostej, ale niezwykle silnie oddziałującej oprawie graficznej - duże, proste litery, filmy sprzed kilkudziesięciu lat, symbole...

Teksty. Wydawałoby się, że są banalne. W dowolnym języku. No bo jak to brzmi:
Jestem operator i mam mini-kalkulator.
Ja dodaję, odejmuję, kontroluję, komponuję.
Brzmi banalnie i infantylnie. Ale jeżeli do tych słów dodać głośną, rytmicznę muzykę, która - jak to muzyka elektroniczna wchodząca w techno - wprowadza słuchaczy w trans, można otrzymać coś, co po prostu jest niezwykle efektowne. 

Przerwa. Po przerwie "Die Roboter". Ale za pulpitami nie ma już zespołu. Są - zgodnie z nazwą utworu - roboty. Korpusy na chudziutkich nóżkach, z mechanicznymi ramionami i z głowami z manekinów. I ruszają się tak, jakby to one tworzyły muzykę. Świetne wrażenie.

Z utworów Kraftwerk zabrakło mi jedynie "Metropolis". Ale nic to. Koncert naprawdę był bardzo interesujący. I jakże inny od tych, na których byłem, gdzie wykonawcy przynajmniej próbowali nawiązać kontakt z widownią. Tutaj tego nie było - zespół sobie, publiczność sobie. Co nie przeszkadzało jednak nam bawić się doskonale.

czwartek, 18 września 2008

Gdzie oni są?

Ci wszyscy dobrzy korektorzy?...

wtorek, 16 września 2008

Ween - The Prophecy

Czy ktoś pamięta taką grę? Dla mnie stanowiła hit wczesnej podstawówki (chyba IV klasa). Spotykaliśmy się po parę osób i czasami nawet przez kilka godzin myśleliśmy, jak przejść bieżącą planszę. I te błyskotliwe pomysły, zwłaszcza, że wtedy z naszym angielskim nie było doskonale.
Ale nic - znalazłem wczoraj tę grę do ściągnięcia. Potrzebny jest do tego emulator, ale działa, nawet na Viście. O tym, jak to zainstalować, można przeczytać tutaj.
A tak wygląda gra w całej okazałości:

Miłego grania!
Aha, przypomniałem sobie - ja w to grałem jeszcze na swojej pięknej Amidze 600... I tamta wersja nie miała takiego fajnego intra jak wersja PC.

piątek, 5 września 2008

ASP .NET MVC Preview 5 i problemy z tym związane

Zainstalowałem sobie dzisiaj ASP .NET MVC Preview 5. Aby to zrobić, musiałem odinstalować Preview 4. Chciałem również dokonać migracji mojego projektu, który pisać zacząłem w Preview 4.

Pominę milczeniem fakt, że nie udało mi się wcześniej zainstalować MS SQL 2008 Express, bo straszliwie gryzł się z wersją 2005. Ale to nie ta bajka.

Pozmieniałem sobie wszystkie referencję, rozwiązałem wszelkie problemy. Jeszcze coś mi się nie kompilowało... Okazało się, że jest to w pliku typu View Content Page. Radośnie więc klikam sobie dwa razy na tym pliku aspx i czekam, aż włączy mi się graficzny edytor. Czekam, czekam i... nic. Dosłownie. Visual Studio zdecydował się wyjść po angielsku. Wyłączył się bez żadnego słowa, bez najmniejszego komunikatu.

Spróbowałem więc sprawdzić, o co w ogóle chodzi. Próbowałem dodać nowy plik tego samego typu i go otworzyć, ale VS twardy był - w żaden sposób nie mogłem tego pliku edytować edytorem VS.

Na szczęście Google moim przyjacielem jest i znalazłem rozwiązanie - wystarczyło odinstalować PowerCommands for Visual Studio 2008. To nic, że to narzędzie oficjalne, stworzone przez Microsoft. Z wersją alfa innego ich oprogramowania nie działa. I tyle.

Podsumowując - jeżeli Visual Studio zamyka się przy otwieraniu pliku View Content Page w projekcie ASP .NET MVC Preview 5 - należy odinstalować PowerCommands.

Proste i genialne.

czwartek, 4 września 2008

Zmężniały

No i w sobotę stało się. Iza została moją żoną i w ten sposób - oficjalnie i zgodnie ze wszystkimi zwyczajami - rozpoczęliśmy życie jako nowa rodzina.
Ślub udał się doskonale. Byliśmy straszliwie zdenerwowani, ale ksiądz Tomek, który prowadził mszę, poradził sobie i z ceremonią, i z naszym stresem.

Z pewnymi problemami, ale udało nam się trafić obrączkami na właściwe palce.
I podpisaliśmy oficjalne dokumenty, które stwierdzają, że zawarliśmy wyznaniowy związek małżeński ze skutkiem cywilno-prawnym.
A po ceremonii przyjęliśmy masę życzeń.
 
Serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy wtedy się zjawili! Było nam ogromnie miło zobaczyć kilka osób, co do których przybycia mieliśmy wątpliwości - dziękuję, że nas zaskoczyliście. Niestety, paru osób, które spodziewaliśmy się zobaczyć, nie mogło się pojawić. Cóż, następnego razu nie będzie.

Po wszystkim pojechaliśmy do zamku w Przegorzałach, żeby tam świętować.
Tam w gronie najbliższej rodziny spędziliśmy kilka bardzo miłych godzin.
Bawiliśmy się doskonale - mam nadzieję, że nasi goście również byli zadowoleni.
Niemniej jednak, po całym dniu stresów, zdenerwowania i - co tu ukrywać - wzruszenia z przyjemnością wdrapaliśmy się do apartamentu w baszcie, którą wynajmowaliśmy i po prostu padliśmy ze zmęczenia.
Nie są to, oczywiście, wszystkie zdjęcia, jakie posiadamy. Nie chcemy jednak podawać linka do galerii, w której znajdzie się 700 zdjęć - chcemy najpierw wybrać te najładniejsze i najciekawsze. Oczywiście, jak tylko to zrobimy, podzielimy się efektem tej pracy.

sobota, 19 lipca 2008

Wakacje

Jutro skoro świt wyjeżdżamy na zasłużone wakacje. Spędzimy tydzień w Tatrach słowackich, przechodząc od schroniska do schroniska. Cóż, wypoczynek na pewno będzie aktywny.

Martwię się tym, że wzięliśmy zbyt wiele rzeczy i że będzie nam ciężko z naszymi plecakami. Pierwszy raz idę w góry na tydzień, i to tydzień spędzony w marszu. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku. A jak nie będzie - to trzeba będzie zmienić plany. I nawet na to jestem gotowy :)

Służba celna

Widzieliśmy dzisiaj z naszych okien ciekawy obrazek. Otóż przy stadionie Wawelu, na rogu Podchorążych i Głowackiego ustawił się radiowóz Służby celnej. Wysiadło z niego dwóch celników oraz jeden policjant. Z lizakami...

I zaczęli zatrzymywać samochody!

Tak po prostu, w środku miasta, zatrzymywali losowo wybrane pojazdy. Tak przynajmniej mi się wydaje, bo nie potrafię powiedzieć, jakim kluczem mogli się kierować.

Kilka pierwszych zatrzymanych aut zostało zwolnione bardzo szybko. Ale zatrzymali srebrne coś (Hyundai?). Wysiadło z niego dość wesoło towarzystwo w sile osób pięciu. Dokumenty, alkomat, te sprawy - standard. Ale po jakimś czasie zobaczyłem, że każde z nich miało wyjąć wszystko z kieszeni, położyć na masce samochodu i dać się obmacać.

Po jakimś czasie pojawił się jeszcze jeden radiowóz Służby celnej. Później jeszcze policja. W szczytowym okresie tego wydarzenia naprzeciwko naszego okna zaparkowane były cztery samochody mundurowych.

Nie wiem, co tam się dalej działo. Niemniej jednak cała akcja rozpoczęła się około 19. Około 22 zobaczyłem, że srebrny samochód nadal tam stoi, ale już bez pasażerów. W tym momencie tak jest nadal - a obok tego auta stoją dwa radiowozy (tym razem już tylko policyjne) i policjanci wyglądają, jakby po prostu go pilnowali.

O co może chodzić? Czemu Służba celna zaczęła dzisiaj zatrzymywać samochody w centrum Krakowa? I co było nie tak z zatrzymanym autem, że na noc zostaje tutaj na parkingu?

Zżera mnie zwykła ciekawość podglądacza...

środa, 16 lipca 2008

Koniec

studiów. Od godziny jestem magistrem i inżynierem.
Na razie czekam, aż zejdzie ze mnie stres. No. Uff.

poniedziałek, 7 lipca 2008

Released not deployed

Nasza praca magisterska z wersji Release Candidate osiągnęła status Ready to Manufacture. Właściwie, to już została wyprodukowana - w całym jednym egzemplarzu. Sama produkcja trwała kilkanaście minut i kosztowała kilkadziesiąt złotych. Ale jest. Zwieńczenie pięciu lat studiów. Ukoronowanie ponad stu zaliczeń.

Oto i ona:

P1010381

P1010379

Jutro ten jedyny egzemplarz powędruje do dziekanatu. Wraz ze stertą innych dokumentów. Dziwne uczucie. Radosny koniec. Nic więcej do zrobienia. Zamknięcie etapu. Ale... Każde zakończenie to odcięcie się od czegoś. Te głupie niecałe sto kartek to symbol pięciu lat, kilku przyjaźni, kilkudziesięciu znajomości. Mam nadzieję, że wraz ze złożeniem pracy nie wszystko odejdzie w zapomnienie.

piątek, 27 czerwca 2008

Piosenka programisty

Bez komentarza. Uwaga - ja ledwo wytrzymałem na krześle.

Link

A tutaj tekst piosenki (wykonawcą jest Martin Lechowicz, niestety nie wiem, czy również jest autorem słów):

Piosenka o smutnym programiście

Po co mi był ZX Spectrum?
Na co mi była Amiga?
Wybrałem sobie karierę
Starego, nudnego grzyba.
A mogłem być hydraulikiem,
Klientów miałbym bez liku,
Ale mnie się zachciało
Pisać programy w Basicu.

Programuję w .NET-cie już trzecie stulecie,
Bo kto się w PHP-ie połapie,
I zmierzam do celu z użyciem SQL-u
Pod Microsoft Windows Vista.
A kiedy mi smutno statyczny konstruktor
Utworzę w edytorze,
Bo wewnątrz mej głowy mam świat obiektowy -
Ja, smutny programista.

Za oknem ptaki śpiewają
I tyle jest piękna na świecie,
Lecz nic nie widzę pięknego
W pisaniu programów w .NET-cie.
Ach, gdzie te wózki widłowe?
Ach, gdzie te miotły i szmaty?
Ja nie chcę być programistą,
Ja chcę iść do łopaty.

Programuję w .NET-cie...

Gdy widzę szczęśliwych roboli
Pijanych w cztery litery,
Wiem wtedy, że wybrałem
Błędną ścieżkę kariery.
Też chcę być na budowie,
Tam pić mi nikt nie zabroni.
Chcę tyle, co oni pracować,
Chcę tyle zarabiać, co oni.

Programuję w .NET-cie...

Policja - po

Po koncercie. Wrażenia - niesamowite. To naprawdę wciąż jest zespół z klasą.

Ale od początku. Ponieważ nie spodziewaliśmy się na koncercie aż takich tłumów, jak na U2, wybraliśmy się z Krakowa tak, że przy wejściu na stadion byliśmy paręnaście minut po 16. Niestety, kiedy przechodziliśmy przez bramki, dopadła nas konfiskata majątku. Okazało się, że karimata, którą usiłowaliśmy wnieść, jest materiałem niebezpiecznym. Ochroniarz był jednak skłonny wyjaśnić nam, dlaczego - jest zrobiona z materiału łatwopalnego. Cóż, trudno. Ja bym jednak zakazał wnoszenia zapalniczek, które tę łatwopalność mogłyby wykorzystać. A przy okazji atmosfera na koncercie byłaby trochę czystsza...

Tym razem, w przeciwieństwie do koncertu U2, udało nam się wejść do wewnętrznego kręgu, zamkniętego barierkami fragmentu płyty stadionu tuż pod samą sceną. Tam rozbiliśmy obóz i czekaliśmy na koncert.

O 1930 wyszli przedgrajkowie - Counting Crows. Nie słyszałem wcześniej o tym zespole, mimo że poznałem kilka ich piosenek. Występ bardzo interesujący, głównie za sprawą niesamowitego wokalisty, który przeżywał każdą piosenkę, jakby napisał ją pięć minut wcześniej, a powód do jej napisania pojawił się tylko odrobinę wcześniej. A poza tym skakał po scenie, po całym wyposażeniu i ogólnie robił dobrą atmosferę.

Równo o 2100 zza perkusji wynurzył się gong i Copeland uderzył weń, dając sygnał, by po chwili dołączyli do niego obaj panowie z gitarami. I zaczęli od razu z grubej rury - od "Message in a Bottle". Chociaż trzeba stwierdzić, że "z grubej rury" to było przez cały czas. Zagrali prawie 20 kawałków, z których każdy jest niesamowitym hitem.

Świetne nagłośnienie, basy przechodzące po kręgosłupie i dający z siebie naprawdę wszystko muzycy. Solówki gitarowe, "prawie-solówki" perkusyjne i wciąż doskonały głos Stinga. I tak przez niecałe dwie godziny.

Nie zaskoczyli pod względem muzyki. Oczywiście, później w Trójce Kaczkowski odbierał telefony od słuchaczy, którym brakowało którejś piosenki, ale gdyby chcieli zagrać wszystko, to byśmy tam do teraz siedzieli. Co mogłoby być, swoją drogą, również bardzo interesujące.

Bardzo podobała mi się oprawa graficzna. Duże ekrany świetlne wyświetlające ładne animacje i trzy, niezbyt duże ekrany. Ale za to realizator i montażysta (czy jak się tam oni nazywają) odwalili kawał świetnej roboty. Dynamiczne cięcia ujęć z czterech chyba kamer, delikatne przejścia między ujęciami - to wszystko robiło naprawdę świetne wrażenie.

Bodajże dwa lata byliśmy na darmowym koncercie Stinga organizowanym przez PTK Centertel z okazji wprowadzenia marki Orange. Ale to był koncert darmowy, z przypadkową publicznością. Poza tym - wczoraj nie było delikatnych Stingowych piosenek - wczoraj było prawdziwie rockowe The Police.

Po koncercie bardzo szybko udało nam się dojechać do domu. Policja (ale już ta polska, przez małe "p") sprawnie pomagała wyjechać z parkingu, a na "autostradzie" zdziwiło mnie, że wszystkie bramki były otwarte, przez co setki samochodów nie musiały stać w korku, żeby zapłacić za przejazd.

A powrót umilował wspomniany wcześniej Kaczkowski, który grał wszystkie piosenki, które pojawiły się na koncercie. I powiedział, że nie wierzy w ostateczne rozejście się zespołu, które zapowiedziane jest na sierpień. Wspomniał The Eagles, którzy ostatnią trasę koncertową zorganizowali bodajże cztery razy...

czwartek, 26 czerwca 2008

Policja - przed

Dzisiaj koncert The Police!
Od rana w pracy na słuchawkach "Greatest Hits". Zobaczymy, co pokażą wieczorem. Ufny jestem w prognozę pogody, która mówi, że padać nie będzie.
Co ciekawe, wczoraj przeczytałem, że The Police w sierpniu ma się znów ostatecznie rozwiązać i nie będą pokazywać się już pełnym składzie. Czyżby więc była to ostatnia okazja na obejrzenie The Police ze Stingiem?

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Iza jest masta haka!

Siedzę sobie nad moją pracą magisterską. Powstaje ona (nie bić, proszę!) przy pomocy Microsoft Office Word 2007 (uff, długa nazwa, ale taka jest oficjalna). No i mam ja tam taki problem, że wstawiłem sobie spis tabel, spis wykresów i spis sam-nie-wiem-czego. No i na przykład taki spis tabel rozpoczyna się od tabeli o numerze 2. I kombinuje, i pocę się, i w ogóle, i nic...

Iza przyszła. Bo coś mieliśmy razem zrobić na moim komputerze. I ja jej pokazuje, co się dzieje się. A Iza tylko:

  • A masz wersjonowanie tego dokumentu?
  • Mam.
  • A zaakceptowałeś zmiany?
  • ???
  • To zaakceptuj i odśwież.

Zaakceptowałem. Odświeżyłem. Działa.

Rispekt.

niedziela, 22 czerwca 2008

Piwo Żywe

Wczorajszy dzień trudno było mi zaliczyć do udanych. Ten blog nie jest jednak miejscem na opis tego przyczyny.

Wieczorem pojechaliśmy ze znajomymi na ognisko do Jerzmanowic. Ja, chcąc w jakiś sposób odreagować nieprzyjemny dzień, poszedłem kupić piwo. W delikatesach przy Poczcie Głównej znalazłem coś, czego szukałem już jakiś czas - piwo Żywe.

Piwo Żywe, produkowane przez browar Amber, zostało nagodzone w plebiscycie na piwo roku 2007 zorganizowanym na portalu browar.biz. Piwo to zdobyło pierwsze miejsce w kategorii piw jasnych mocnych (lagerów). I rzeczywiście, trudno się dziwić. Bo było - rewelacyjne!

Wcześniej miałem okazję pić Koźlaka z tego samego browaru (to jest mocne piwo ciemne dolnej fermentacji), które w swojej kategorii również zwyciężyło.

Jednym zdaniem - staję się fanem browaru Amber. NIech ktoś mi powie, gdzie w Krakowie w moich okolicach można regularnie kupować ich produkty...

DOPISEK: Póki co znalazłem dwa sklepy z "Żywym": całodobowe delikatesy przy Poczcie Głównej oraz sklep z alkoholem na Lea (pomiędzy Piastowską a wypożyczalnią wideo).

W sobotę nie ma korków? Stwórzmy je!

Wczoraj krakowskie MPK z jakiejś okazji (pierwszy dzień lata?) postanowiło zorganizować specjalną paradę tramwajową. Wszystko dobrze, zawsze bardzo podobały mi się tego typu imprezy, jako że zawsze na taką okazję wyciągano z zajezdni kilka zabytkowych wagonów i wysyłano gdzieś na miasto, żeby każdy mógł się nimi przejechać.

Ale nie! W tym roku plan był inny. W tym roku należało zabrać z normalnych kursów wszystkie 24 najnowsze bombardiery, ustawić je w jeden rządek, i taką kolumną specjalną przejechać przez pół miasta - nie zabierając po drodze żadnych pasażerów.

Dlaczego o tym piszę? Jechałem sobie wczoraj grzecznie ósemką od siebie do Borku. Liczyłem, że zajmie mi to rozkładowe 36 minut. Nie spodziewałem się jednak, że tuż za Bagatelę trafię w sam środek parady i przed każdymi światłami, począwszy od skrzyżowania przy Filharmonii, aż do Ronda Matecznego, przyjdzie mi widzieć mały korek, złożony z 3-4 tramwajów. Przez co moja podróż była o jakiś kwadrans dłuższa.

Dziękuję MPK za niepowtarzalną okazję ujrzenia 24 najnowszych tramwajów na raz i za rozłożenie rozkładów tramwajowych na trasie Cichy Kącik - Łagiewniki wczoraj koło 13. Rzeczywiście, przędsiębiorstwo Fair Play.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Visual Studio - malutki ficzerek

Dzisiaj gdzieś na jakimś blogu znalazłem taką małą poradę do Visual Studio.

Bardzo często podczas pisania kodu okienko IntelliSense zasłania nam część kodu (zazwyczaj tę, która akurat jest nam potrzebna):
Wystarczy jednak przytrzymać klawisz Ctrl, żeby okienko IntelliSense stało się prawie przezroczyste:
Proste? Banalne. A nie trzeba wciskać Esc, żeby zamknąć okienko, a później Ctrl+Space, żeby je otworzyć ponownie.

sobota, 14 czerwca 2008

Brak higieny akustycznej

Dzisiaj na stadione Wawelu (czyli jakieś 100 metrów ode mnie) odbywa się Awayday, czyli piknik firmy Capgemini. Przynajmniej taką informację znalazłem w Internecie zastanawiając się, co to za koncert dzisiaj będzie.

I wszystko fajnie. Nie mam nic przeciwko koncertom, które odbywają się na stadionie. Nie mam nic przeciwko takim imprezom tuż obok mnie. Ale karaoke z takim nagłośnieniem, że wydaje mi się, że śpiewająca osoba jest u mnie na balkonie, uważam za grubą przesadę. Ja rozumiem imprezę integracyjną za miastem, niech będzie i karaoke, niech będą zapasy w błocie i darcie ryja na czas. Ale w środku miasta?!

PS Pozdrawiam Anię z Capgemini - tę od brawurowego wykonania "Szklanej pogody". Ani ja, ani nasze koty, długo Cię nie zapomnimy.

PPS Wodzirej przed chwilą powiedział, że życzy uczestnikom wspaniałej zabawy co najmniej do rany. Niech tylko spróbują!

wtorek, 10 czerwca 2008

Lao Che - Powstanie warszawskie

Odkryłem tę płytę dopiero po trzech latach od jej wydania, a sam zespół dopiero po tym, gdy jego piosenki "Drogi panie" oraz "Hydropiekłowstąpienie" z płyty "Gospel" zaczęły pojawiać się w radiu. Żałuję. Bo ta płyta przez niektóre instytucje (takie jak Gazeta Wyborcza czy III Program Polskiego Radia) została uznana za najlepszy polski album roku 2005.

Kiedy usłyszałem tę płytę po raz pierwszy, nie bardzo mogłem skupić się na słowach - trafiały do mnie wyłącznie dźwięki oraz ogólne wrażenie. Bo, w moim subiektywnym odczuciu, to nie jest płyta wybitna muzycznie. Ale muzyka jest na niej bardzo umiejętnie wykorzystana do wywarcia naprawdę wielkiego wrażenia.

Płyta to dziesięć utworów opisujących chronologicznie powstanie warszawskie. Każdy z nich jest inny, każdy z nich opowiada inną historię, każdy operuje na innych uczuciach.

Bo dla mnie to jest płyta nagrana z uczuciem. I powodująca ogromne uczucia. Po każdym przesłuchaniu i podczas każdej z piosenek czuję olbrzymi ładunek emocjonalny. I nie potrafię słuchać tego albumu w tle, nie zwracając na niego uwagi.

Poza tym to wydawnictwo jest dla mnie niezbitym dowodem na to, że można nagrać w Polsce płytę o rzeczach naprawdę ważnych, ale z polotem, a nie bez niepotrzebnego patosu.

Serdecznie tę płytę polecam. Nawet, jeżeli komuś się nie spodoba, to uważam, że powinno się ją choć raz przesłuchać. Choćby dla wykrzyczanych fragmentów poezji Baczyńskiego.

sobota, 7 czerwca 2008

Koncert Sąsiadów

Byliśmy wczoraj na koncercie Sąsiadów w Starym Porcie. Na początku wielka wpadka - koncert miał rozpocząć się o 1930, zaczął się tak naprawdę koło 2100. Brakowało kabli, wtyczki były niekompatybilne, zaczęli w końcu grać na osobistych kablach Boskiego Marcina... No, ale nic to.

Zostaliśmy tylko na dwóch setach (dla uściślenia - w liczbie pojedynczej "ten set", nie "ta seta"), ale i tak koncert był niezwykle udany. Byłem strasznie zaskoczony liczbą widzów - w dobrych czasach na koncertach Psiej Wachty było trzy razy tyle ludzi. Ale dzięki temu było w miarę luźno.

Pierwszy raz - oprócz finału Shanties, gdzie wykonali tylko jedną piosenkę - mieliśmy okazję usłyszeć ich na żywo. Grali naprawdę bardzo przyjemnie, mieli dobry kontakt z publicznością. Ciekawy dobór instrumentów - Dominika gra na co najmniej sześciu różnych rodzajach fujarek!

Dawno nie byliśmy na tak dobrym koncercie szantowym, który był tak żywiołowy i ciekawy muzycznie. Wnioski są dwa - będziemy wybierać się na ich kolejne koncerty, a przy najbliższej okazji trzeba będzie zakupić ich płyty.

piątek, 6 czerwca 2008

Marże

Przedwczoraj dotarł do nas w końcu zakupiony w Stanach ultramobilny laptop HP 2133 Mini-Note (więcej o nim napiszę w osobnej notce, bo na pewno na to zasługuje). Niestety, zapomniałem o jednym - trzeba kupić adapter do wtyczki sieciowej. Uświadomiłem to sobie trochę późno, bo w momencie, kiedy kurier zadzwonił, że za 1,5 godziny będzie u mnie w domu.

Nic to. Więc zakupy na allegro odpadają. Ale sprawdziłem - tam taka przejściówka kosztuje jakieś 5-6 zł. Zaopatrzony w wiedzę o cenach udałem się do Saturna. Ku mojemu wielkiemu, ale to naprawdę wielkiemu zdziwieniu zobaczyłem, że taka sama przejściówka, jak na allegro, kosztuje tam dokładnie 29,99 zł! Pięciokrotne przebicie to dla mnie stanowczo za dużo.

Na szczęście wiedziałem, że całkiem niedaleko (na Wrocławskiej) jest sklep z artykułami elektrycznymi i elektronicznymi. Sklep znam jeszcze z tym pięknych czasów, kiedy walczyliśmy o zaliczenie z Techniki mikroprocesorowej i kupowaliśmy tam jakieś odbiorniki na podczerwień i inne dziwne rzeczy. W każdym razie - tam taki adapter kosztował dokładnie 8 zł. Trochę drożej, niż na allegro, ale z taką różnicą się liczyłem.

Podsumowując - Saturn i Media Markt są w porządku, czasami można natknąć się na naprawdę porządną obniżkę ceny, ale czasem można tam nieziemsko przepłacić.

czwartek, 5 czerwca 2008

Synchronizacja Google'a od... Google'a!

Jakoś nie zauważyłem tego radosnego momentu, gdy Google ogłosiło, że wprowadza własne narzędzie do synchronizacji kalendarza Google z Outlookiem. Więcej informacji tutaj.

W każdym razie - dzisiaj się o tym dowiedziałem i od razu sobie zainstalowałem tę małą aplikację. Co tu dużo mówić - po prostu działa! Bez żadnych niemożliwych haków, bez zakładania dodatkowych kont na różnych serwisach, bez wielkiego wysiłku. Jedyne, co musiałem zrobić przed pierwszą synchronizacją, to wyczyścić całkowicie kalendarz Google, żeby wydarzenia nie zaczęły się dublować. Ale to wszystko opisane jest w pomocy do tego programu.

Ta aplikacja jest niezwykle prosta i umożliwia jedynie synchronizację jednego kalendarza Outlooka z jednym (głównym) kalendarzem Google. Ze wszystkich programów do synchronizacji, których używałem, ten jest jednak najprostszy i działa najlepiej. Nie próbowałem jeszcze rozwiązań płatnych (umożliwiających synchronizację wielu kalendarzy z obu stron), ale najtańsze kosztują około dwudziestu paru dolarów. A nie chce mi się tyle wydawać.

Przy okazji - zainspirowałem się Piotrkiem - i ten post (podobnie jak już kilka wcześniejszych) został napisany przy użyciu Windows Live Writer. I również jestem bardzo z tego zadowolony. Niestety, zwracam również uwagę na tę samą niedogodność - brak sprawdzania pisowni. Uważam, że piszę bardzo dobrze pod względem ortografii, ale zawsze mogę nie trafić w odpowiedni klawisz albo wyprodukować czeski błąd...

niedziela, 1 czerwca 2008

Opowieści z Narni

Krótko, bo nie chce mi się teraz pisać. Byliśmy w kinie i widzieliśmy "Księcia Kaspiana". Żenada. Muszę jak najszybciej przeczytać kilka razy tę powieść kilka razy, żeby zetrzeć fatalne wrażenie.

Aha, specjalnie w tytule napisałem "Narni", a nie "Narnii". Wyjaśnienie tutaj.

wtorek, 27 maja 2008

O mowie ciała

Robimy sobie szkolenie przedmałżeńskie. Przeszliśmy już szczęśliwie przez pierwszy etap, czyli cztery dwugodzinne spotkania u Dominikanów. Nie o tym chcę pisać, powiem tylko, że tamte wykłady (bo tak to wyglądało - troje prowadzących i półtorej setki słuchaczy) były bardzo spokojne, lekko nudnawe i mało ewangelizujące. O ile prowadzący je ojciec nie bardzo wiedział, co chce powiedzieć, przez co zazwyczaj kręcił się dookoła jednej myśli, to inni prelegenci - małżeństwo - byli skoncentrowani na tym, co chcą przekazać. To, co bardzo mi się spodobało, to ich wykład na temat antykoncepcji. Wprawdzie nie dowiedziałem się nic ponad to, co już wiem, ale metoda naturalna nie została przedstawiona w kontraście do innych - jakie te inne są złe. Zostały przedstawione zalety metody naturalnej. I tyle. I za to duży plus.

Tyle tytułem przydługiego wstępu. Tydzień temu poszliśmy za to na spotkanie, które miało zastąpić nam dwie wizyty w poradni małżeńskiej. Spotkanie miało zasadniczy minus - zaczynało się w sobotę o 9 rano, podczas gdy ja tego samego dnia położyłem się do łóżka o czwartej. Cóż, takie uroki nasiadówy z dawno nie widzianym przyjacielem.

Kiedy już udało mi się dotrzeć na miejsce, ku swojemu przerażeniu odkryłem, że w spotkaniu będzie uczestniczyło zaledwie dwadzieścia osób! Co gorsza, krzesła były ułożone w półokrąg, tak więc szansa schowania się za kimś była już w zasadzie równa zeru.

Natomiast samo spotkanie - olbrzymie zaskoczenie na plus! To miały być warsztaty komunikacji małżeńskiej. Okazało się, że odbywają się raz w miesiącu i za każdym razem temat sesji jest inny. Nie wiedzieliśmy więc, na co się wybieramy. Prowadzący powiedział nam, że zgłębiać będziemy tajniki mowy ciała. I bardzo dobrze - ten temat już wcześniej bardzo nam się podobał.

Spotkanie prowadził trener osobisty (nazywający się modnym słowem coach), wynajęty zapewne przez Duszpasterstwo Rodzin. Prowadził zajęcia bardzo sprawnie. Uczestniczył w nich każdy. Na szczęście - dzięki rozsądnemu moderowaniu - można było wziąć udział bardziej aktywny (odgrywając różnego rodzaju scenki), lub mniej (tylko rozmawiając w parach).

Spotkanie było bardzo spokojne i prowadzone z wyczuciem. Gdybym nie wiedział, że jest prowadzone przez organizację katolicką, nie miałbym szans, żeby się tego domyśleć.

Nie byliśmy w poradni małżeńskiej, więc trudno nam cokolwiek porównywać. Wiem za to, że tego typu warsztaty mogę zarekomendować z czystym sercem.

czwartek, 22 maja 2008

100 dni do...

Posiadam taki fajny Vistowy gadżet - CTControl. Jedną z jego opcji jest pokazywanie czasu do zapisanej daty. Ja, oczywiście, ustawiłem, aby pokazywał, za ile dni mam się spodziewać swojego ślubu. I dzisiaj zobaczyłem, że to już za 100 dni!

Zaawansowanie przygotowań na wszystkich frontach stale się powiększa. Chociaż ostatnio Marek, gdy opowiadałem mu o naszych przygotowaniach, powiedział, że on to myślał, że wystarczy porwać jakiegoś mnicha i tyle... Cóż, obecnie mnisi posiadają wysoce rozbudowaną biurokrację i administrację.

My jednak postanowiliśmy, że warto przez nie przejść. I nawet jeśli nasz związek jest stawiany jako przykład głębokiej niemoralności :), to całkiem nam w nim dobrze i szczęśliwie.

sobota, 17 maja 2008

Dieta, ach dieta...

Zbierałem się już chwilę, żeby napisać posta o diecie. Teraz mam możliwość - wyniki do pracy magisterskiej właśnie się generują w tle, nowy odcinek Battlestar Galactica się ściąga, a ja mam chwilę dla bloga.

No więc tak - parę lat temu ważyłem tyle, ile chciałem, ruszałem się wystarczająco i wszystko było wspaniale. Niestety, dopadło mnie zgnuśnienie, brak ruchu, nieodpowiednie jedzenie, siedząca praca i parę innych katastrofalnych czynników. Tym sposobem moja waga bardzo szybko zaczęła odchodzić z optimum.

W momencie, kiedy moja waga niebezpiecznie zbliżyła się do wartości trzycyfrowej (naprawdę!), postanowiłem działać. Ponieważ działa to się pod koniec marca, postanowiłem przeczekać święta wielkanocne oraz wesele znajomych. 31 marca grzecznie i karnie przeszedłem na dietę.

Zdecydowałem się, że w odchudzaniu pomoże mi pan Montignac oraz jego metoda. Bardzo krótko przedstawię, na czym ona polega:

  • Najważniejszy jest indeks glikemiczny potraw (składników), czyli wpływ na poziom glukozy we krwi. Należy jeść te potrawy, których IG jest niskie.
  • Nie można jeść:
    • cukru i wszelkich słodyczy (z wyjątkiem czekolady gorzkiej o zawartości kakao co najmniej 60%)
    • białej mąki i jej przetworów (w tym pieczywa)
    • białego ryżu
    • ziemniaków
    • niektórych owoców i warzyw - ananasów, winogron, kukurydzy
    • piwa
  • Nie należy łączyć ze sobą niektórych produktów
  • Czasami istotna jest pora (a raczej kolejność) jedzenia, np. owoce powinno się jeść tylko przed śniadaniem
  • I trzeba jeść dużo błonnika
Standardowym pytaniem, jakie słyszę, jest: "To co w takim razie jesz?". Spieszę z odpowiedzią. Chleb Wasa pełnoziarnisty, dżemy słodzone fruktozą, ryż ciemny albo basmati, chiński makaron z fasoli. Mięso. Warzywa. Nabiał. Wszystko inne.

Z mojego punktu widzenia na tej diecie najważniejsze jest jedno: nie limituje ona ilości jedzenia! Czyli mogę na obiad zjeść górę kotletów z michą sałatki, na deser wziąć olbrzymią deskę serów i wszystko będzie w porządku! Gdybym miał jeść mniej, niż potrzebuję, a potem chodzić głodnym, zrezygnowałbym z tej diety po paru dniach. A tak - przestrzegam jej w miarę ściśle i obserwuję efekty.

No właśnie, co z efektami. Wszyscy, którym o nich opowiadam, są pod wrażeniem. W ciągu półtora miesiąca schudłem 9 kilogramów. Tak po prostu. Bez wielkich wyrzeczeń, bez niedojadania, bez strasznych ciągot do czegoś zakazanego. Owszem, zdarza mi się mieć ochotę na coś, czego według diety nie powinien zjeść. I zazwyczaj tego nie jem. Ale nie odmówię kawałka tortu podanego z ważnej okazji czy jednego piwa raz na jakiś czas. Stwierdziłem po prostu, że będę trzymać się ogólnych wytycznych i nie dam się przez dietę zwariować.

Podobno ta dieta działa w ten sposób, że po dojściu do swojej optymalnej masy przestaje się chudnąć. Ja wiem, że moje optimum jest jeszcze dobre kilka kilogramów przede mną, ale wiem, że dojście doń nie będzie bardzo trudne. Póki co cieszę się z efektów - takie schudnięcie naprawdę poprawia samopoczucie i samoocenę.

Jeżeli ktoś byłby zainteresowany, posiadamy książkę opisującą tę dietę. Możemy udostępnić i życzyć powodzenia :)

sobota, 10 maja 2008

Sobótki

Przed chwilą jeszcze w ogóle nie wiedziałem, co to jest. A Sobótki to używana w południowej Polsce nazwa święta Zesłania Ducha Świętego. Święto to przez Wikipedię zostało opisano tak:

Ludowe obyczaje związane z Zielonymi Świątkami mają swe źródła w obrzędowości pogańskiej. Wpisane są w rytm przyrody, oczekiwanie nadejścia lata. Ich archetypem są magiczne praktyki, które miały oczyścić ziemię z demonów wodnych, odpowiedzialnych wiosną za proces wegetacji. Działania te miały zapewnić obfite plony. W tym celu palono ognie, domy przyozdabiano zielonymi gałązkami, tatarakiem, kwiatami. W ludowej tradycji ziemi dobrzyńskiej - choć już w sposób cząstkowy - zachowały się zwyczaje związane z kultem drzew i zielonych gałęzi. Bydło okadzano dymem ze spalonych święconych ziół, przystrajano wieńcami i kwiatami, a po grzbietach i bokach toczono jajka. W okresie późniejszym zasiane pola obchodziły procesje, niesiono chorągwie i obrazy święte, śpiewano przy tym pieśni nabożne.
Niestety, nie wiem dlaczego Sobótki zostały przez polski parlament uznane za jedno z najważniejszych świąt państwowych, podczas których ciemiężeni pracownicy hipermarketów, ale również na przykład małych sklepików z ubraniami, mają zgodnie odpoczywać i leżeć do góry brzuchem przed telewizorem. I podczas których wysokie kary grożą tym sklepom, w których pracować będzie ktoś oprócz właściciela.

Dobrze, że o tym fakcie dowiedziałem się dzisiaj. Zdecydowanie gorzej by było, gdybym dowiedział się o tym jutro, stojąc przed drzwiami do sklepu, w którym umówiłem się z rodzicami.

Nie chcę narzekać na fakt stworzenia ustawy zakazującej handlowania w określone dni. Szkoda tylko, że nie ograniczono się do świąt powszechnie obchodzonych i powszechnie zapamiętanych, jako dni wolne od pracy - jak Wielkanoc, Boże narodzenie, 1 i 3 maja czy 11 listopada.

No. Powiedziałem. Wrrrr.

środa, 7 maja 2008

Auto a fé!

Byliśmy wczoraj w teatrze. Dobrym teatrze. Krakowskim Starym. Na kiepskiej sztuce. Na bardzo kiepskiej sztuce. Auto da .

Na złych sztukach byłem w Krakowie tylko dwa razy. O ile podczas "Elektry" w Teatrze Słowackiego, sztuki o normalnej długości (ok. 1,5 godziny) dało się jeszcze wytrzymać, to podczas drugiego aktu "Auto da fé" (w sumie 3,5 godziny samej sztuki plus przerwa) miałem przemożną chęć wyjścia z teatru. Okazało się, że nie ja jedyny.

Nie czytałem powieści Eliasa Canettiego. Nie wiedziałem więc, czego się spodziewać. A oto, co nastąpiło:

  • połowa aktorów na scenie w pewnym momencie pojawiła się bez spodni (spódnicy); jedna postać była rozebrana całkowicie (po co? nie wiem)
  • patetyczne tyrady, których nie rozumiałem
  • absurdy, które śmieszne były przez pierwszą godzinę; później zaczęły być zwyczajnie nudne
Co mi się podobało? Jan Peszek i Iwona Bielska w rolach głównych (zwłaszcza Peszek). Ciekawe eksperymenty ze zmianą czasu i miejsca akcji. I ostatnie trzy minuty spektaklu, kiedy Peszek siada na krześle i czyta z książki - zapewne zakończenie powieści - o tym, jak grana przez niego postać podpala swoją bibliotekę. A gdy skończył czytać, zapłonęła trzymana przez niego książka.

Recenzentka w Rzeczpospolitej napisała, że
Miśkiewiczowi udała się całkiem niezła komedia obyczajowa. Ale ambicje reżysera dotyczyły chyba innego gatunku.
I trudno się z nią nie zgodzić.

Ja cieszę się tylko, że Iza dostała bilety na ten spektakl w prezencie, bo gdybym miał wydać na tę sztukę 27 zł (bilety ulgowe), albo nawet 43 zł (normalne), to gorzko bym tego żałował.

piątek, 25 kwietnia 2008

Neither rock, neither folk, nor nothing interesting

Dzisiaj w Starym Porcie miał odbyć się koncert grupy Norfolk. Od ponad tygodnia ostrzyliśmy sobie na niego zęby, jako że zespół ten kontynuuje tradycje znanej i lubianej Psiej Wachty. Jakoś nie mogłem wcześniej nigdy trafić na ich koncert po zmianie nazwy i nastawienia, a mając w pamięci ich fantastyczne koncerty pod poprzednią nazwą, gdy na sali nie było centymetra wolnego miejsca, a cała publiczność śpiewała i świetnie się bawiła, żałowałem bardzo.

A dzisiaj żałuję, że poszliśmy na koncert Norfolk.

Spędziliśmy w Starym Porcie w sumie około 1,5 godziny. Dotarliśmy tam już długo po czasie, kiedy koncert miał się zacząć. I w ciągu całego naszego tam pobytu zespół zagrał może przez pół godziny. To raz...

Dwa - byli fatalnie nagłośnieni. Jedyne, co tak naprawdę było słychać, to gitara Axela i flet Oli. Ale głosów - prawie w ogóle. Aha - no i nie wiedziałem, że Bartek już z nimi nie śpiewa. Nie jest w ogóle wymieniony na liście członków zespołu. Cóż, dla mnie to on był osobowością w tej grupie i to on tworzył koncerty. On porywał za sobą tłum i on nadawał brzmienie całego występowi. Bo miał czym. Niestety, Szymon, który obecnie śpiewa, nie ma ani silnego głosu, ani dostatecznej charyzmy.

Trzy - nie było dzisiaj skrzypaczki Kasi, ale skoro figuruje jako członek zespołu, to traktuję to jako jednorazową nieobecność.

I jeszcze krótka uwaga o piosenkach, właściwie jednej. "24 lutego" w wersji pop absolutnie mi się nie podoba. O ile lubię ichniejszą wersję "Gdzie ta keja", to tej piosenki nie uznaję za udaną.

Trudno mi ocenić, czy to zespół Norfolk nie jest już Psią Wachtą i nie potrafi dawać takich koncertów, jak dawniej, czy to tylko dzisiejszy występ był tak zupełnie nieudany. W każdym razie - wyszedłem ze Starego Portu szybko i zniesmaczony.

Viśta wio!

Wczoraj wieczorem pomyślałem sobie - hmm, Service Pack 1 do Visty powinien mi się już automatycznie ściągać przez Windows Update. Sprawdziłem - nie ściąga się. Spróbowałem ręcznie - też nie. Poszperałem chwilę w necie - już wiem!

Otóż okazało się, że dopadła mnie przyczyna nr 5 uniemożliwiająca pobranie SP1. Co to znaczy? Tylko to, że mój sprzęt ma zbyt stare sterowniki. Microsoftowe Knowledge Base podaje zaledwie 11 urządzeń, których stare sterowniki nie pozwalają na aktualizację systemu. Niestety, mnie udało się posiadać aż 2 z tych 11 urządzeń - oba z niewspieranymi wersjami sterowników: kartę dźwiękową ze sterownikami Realtek AC'97 oraz czytnik odcisków palca Authentec AES1610. O ile nowy sterownik do Realteka udało mi się zlokalizować bardzo szybko (choć ściągał się z prędkością 10kB/s), to na stronie Authenteka nie mogłem znaleźć działu, skąd mógłbym pobrać nową wersję. Na szczęście po paru minutach udało mi się ją znaleźć gdzie indziej.

Po ściągnięciu i zainstalowaniu - w Windows Update pojawiła się informacja, że czeka na mnie 1 ważna aktualizacja. Postanowiłem poczekać z jej instalacją do dzisiaj.

Tak więc dziś włączyłem komputer i uruchomiłem ściąganie Service Packa - chwilę się ściągał, choć to tylko jakieś 65 MB. Zaczął się instalować. Stworzył grzecznie punkt przywracania. Poinformował mnie, że zaraz zacznie ciężką pracę i że ja w tym czasie nie będę mógł korzystać z komputera, a potrwać to może nawet z godzinę lub dłużej. No dobra. Dalej. Komputer zaczął coś mielić, a ja poszedłem zrobić sobie śniadanie. Gdy kończyłem jeść, okazało się, że właściwie już po sprawie - wystarczy tylko uruchomić ponownie komputer. To potrwało jakieś kolejne 10 minut, niemniej jednak po niecałej pół godzinie dowiedziałem się, że posiadam Microsoft Windows Vista Home Premium Service Pack 1.

No i co? No i nic. Nic się nie zepsuło, dźwięk działa, jak działał, czytnik odcisków palca też. Czyli wszystko w porządku. A co się poprawiło? Na razie nie wiem :) Zobaczy się podczas używania. Niemniej jednak bardzo chętnie sprawdzę, czy krytyczna kwestia kopiowania plików choć trochę się poprawiła :)

środa, 23 kwietnia 2008

Banki a poczta

Załatwiam pewną sprawę ze swoim bankiem tradycyjną drogą pocztową. Jakiś tydzień przed świętami wielkanocnymi zadzwoniłem tam, aby przysłali mi pewne dokumenty. Tak 1 kwietnia zadzwoniłem zapytać, kiedy mogę dostać te dokumenty. Pani zaczęła odpowiadać, że to święta były, że ludzie kartki wysyłają, że poczta wolno działa... No w porządku - mówię. To proszę mi powiedzieć, kiedy dokładnie te dokumenty zostały wysłane. Chwileczkę... Jeszcze nie zostały wysłane.
Aha.

Dostałem je w końcu. Wypełniłem, włożyłem do koperty, którą też mi przysłali i odesłałem - do Łodzi bodajże. Wysłałem, z tego co pamiętam, 8 albo 9 kwietnia, czyli dwa tygodnie temu. Dzwonię do banku dzisiaj. Czy dostaliście moje dokumenty? Jeszcze nie - poczta czasami dostarcza nam listy w ciągu 14 dni. Roboczych.

No to ja dziękuję. W ciągu 14 dni roboczych to ja jestem w stanie dojechać w każde miejsce Polski rowerem. No, ale jak to powiedział dzisiaj Piotrek, list jest wieziony, nawet przez pięć dni, ale na weekend musi w końcu wrócić do Krakowa. I co - tak będzie każdego tygodnia?

wtorek, 15 kwietnia 2008

Dziennikarze


Już od dłuższego czasu noszę się z zamiarem napisania posta pomstującego na jakość artykułów, które pojawiają się ostatnio w prasie internetowej (i to tej bardziej renomowanej). Niestety, dziś na to nie mam czasu. Ale ten zrzut ze strony IDG dał mi dużo do myślenia...

niedziela, 6 kwietnia 2008

Kokos

Tak, zrobię tu reklamę pewnego serwisu. Otóż od niedawna w Polsce działają trzy serwisy będące platformami pożyczania społecznego (social lending). Jak tylko pierwszy z nich - kokos.pl - rozpoczął działalność, założyłem w nim konto.

Przedwczoraj na mój formalny adres dotarła dziwna przesyłka. Kurierem... Dość duża - na pewno nie były to tylko papiery. Po rozmowie z mamą udało mi się ustalić, że nadawcą jest właśnie operator serwisu kokos.pl. Myślałem, że to jakaś umowa czy coś... Dzisiaj dostałem tę paczkę i jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy w środku znalazłem... karton soku kokosowego!

Nie potrafię jeszcze wypowiedzieć się na temat jakości usług świadczonych przez ten portal. Wiem, że stoi za nim znana i lubiana spółka BlueMedia, będąca operatorem doładowań dla telefonów pre-paid. W każdym razie - sposób reklamy, czy też tylko budowania świadomości marku - mają doskonały.

Z mocnymi winami przygód ciąg dalszy...


Od rodziców na urodziny dostałem butelkę prawdziwego porto (Osborne). Mocne (19,5%), nie powiem, ale smakowało wybornie. Jak dla mnie chyba najlepsze z mocnych leżakowanych białych win. Mimo tego, że jest słodkie, to w moim odczuciu najmniej słodkie ze wszystkich, których próbowałem.

Oprócz tego porto, mieliśmy okazję spróbować również białego Bursztynu Krymu (Amber of Crimea). Do kupienia chociażby w Carrefourze - widziałem je na Witosa. Wino dostaliśmy od Szymonów i Pawłów z okazji naszej rocznicy, wraz z Ballantine'sem, który jeszcze się ostał. Bo Bursztyn poszedł szybciutko. To jest z kolei wino, które Izie przypadło do gustu najbardziej. Nieco słabsze (17,5%), wg mnie nieco słodsze, ale stosunek jakości do ceny - wprost wspaniały! Wczoraj, będąc przez przypadek w Carrefourze, nie mogłem się opanować. Czekało już całe 3 lata (tyle leżakuje w beczkach), ale na półce na pewno tyle czasu nie zagrzeje. Za tydzień będzie wyśmienita okazja, by je spożytkować. Może wtedy?

czwartek, 3 kwietnia 2008

Reklamy - nawet w tramwajach

Dzisiaj jechałem tramwajem. Jednym z najnowszych bombardierów. Wsiadłszy doń przy Dworcu Głównym, usłyszałem, że przystanki zapowiada Anna Dymna. No i dobrze - ładnie czyta, dokąd jedziemy, lepiej akcentuje wyrazy, niż pan, który do tej pory występował w tramwajach. Chociaż - ponieważ jest to nowy głos - przykuwał znad gazety moją uwagę dwa razy na każdy przystanek. Choć to pewnie kwestia przyzwyczajenia.

Ale przeraziłem się naprawdę, gdy przy Bagateli pani Dymna zawezwała wszystkich pasażerów, ażeby podzielić się z jej fundacją podatkiem dochodowym. To nie jest akcja społeczna. To jest najzwyklejsza reklama! Plakatów mogę nie oglądać, mogę odwracać wzrok - przed reklamą głosową w komunikacji publicznej już jednak nie ucieknę. Jak dla mnie jest to porażka MPK. Być może ZDiT (czy ten nowy twór - ZIKiT) powinien jednak jakoś interweniować? Wszak to jemu płacimy za bilety...

czwartek, 27 marca 2008

To JA powiedziałem ostatnie słowo

No więc o co w ogóle chodziło?

Otóż chodziło o to, że razu pewnego zadzwoniła do mnie pani z agencji rekrutacyjnej, aby mnie poinformować, że firma S...-V... poszukuje pracowników i czy może ja bym nie chciał... Spotkaliśmy się więc i zostałem poinformowany, że firma zajmuje się automatyzacją i informatyzacją procesów hutniczych. I że miałbym dostawać n kPLN brutto plus 15% premii. I że praca związana jest z licznymi wyjazdami po całym świecie. Po czym poprosiła mnie o wypełnienie testu, który okazał się być testem osobowościowym, psychologicznym oraz na inteligencję w jednym. Ale mniejsza z testem.

Tydzień później ta sami pani zadzwoniła do mnie z informacją, że przedstawiła moją osobę tejże firmie i że dyrektor tej firmy do spraw technicznych chciałby się ze mną spotkać. Fajnie. Na tym spotkaniu, jak się okazało, obecna była również ta pani, która poinformowała mnie, że rozmowa będzie bardzo stresująca. I była. Bo na początku okazało się, że to nie są liczne podróże po całym świecie, tylko częste i długie. Czyli że na przykład podczas pierwszego roku pracy sześć miesięcy spędzam w Niemczech. Albo w Chinach. Bez przerwy. Hmm... W tym momencie pan dyrektor wyraził wielkie zdziwienie, że będę musiał na przykład wrócić i obronić pracę magisterską. Bo widocznie, gdy wcześniej przeglądał mój życiorys, umknęło mu, że ja to tak naprawdę jeszcze studiuję.

No ale ad rem. Porażony wybitną uprzejmością pana dyrektora i jego dogłębnym przekonaniem, że to jemu na mnie zależy, nie zdziwiłem się zbytnio, gdy z pensji, o której rozmawialiśmy, nagle znikła premia. Trudno mi dokładnie teraz powtórzyć, jak dokładnie toczyła się rozmowa, ale wyszedłem z niej z poczuciem, że zostałem wyprany, odwirowany i odciśnięty.

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu po kolejnym tygodniu ta sama pani z tej samej agencji zadzwoniła do mnie z radosną nowiną, że ta firma chce zatrudnić właśnie mnie. Szybko przypomniała warunki finansowe (nagle z n kPLN pensji zrobiło się n-1 kPLN) i zapytała się, czy nadal jestem zainteresowany.

Jakże radośnie musiał brzmieć mój głos, gdy powiedziałem jej, że NIE i w kilku słowach wytłumaczyłem, dlaczego...

czwartek, 20 marca 2008

Wyznanie miłości a nauki ścisłe

Znalezione dzisiaj na Wykopie.



A po dokładny tekst zmienionej piosenki odsyłam do Wikipedii.

środa, 12 marca 2008

Heroes Happen Here (w sensie, że w Krakowie)

Tuż po konferencji. Ogólnie rzecz ujmując - było całkiem udanie. Oczywiście, trudno było, aby wszystkie sesje były równie interesujące i wszystkie dotyczyły tematów, które były dla mnie ciekawie. Ale po kolei:

Bartek Zass z Microsoftu mówił ogólnie o Visual Studio 2008, a raczej o .NET 3.5 (w ujęciu C#). Bardzo szybko, bardzo w skrócie, bardzo ogólnie. Ale przynajmniej dobrze zaprezentowane.

Następna sesja zupełnie inna - opowieść o LINQ dla SQL Server - bardzo, bardzo głęboko wchodząca w kod opowieść. Ja rozumiem, że prelegent chciał opowiedzieć o istniejącym i wykorzystywanym w swojej firmie rozwiązaniu, ale ten wykład nie był najbardziej udany. Najlepszy był początek, gdy mówił w ogóle o notacji lambda i założeniach LINQ.

Później o VSTO. Prezentacja poprowadzona z pasją, całkiem ciekawe przykłady. Jako że nigdy nie zajmowałem się programowaniem dla Office'a, to wszystko było dla mnie zupełnie nowe, ale całkiem zrozumiałe. Plus interesująca (krótka) prezentacja pana z firmy Enova odnośnie ich produktu.

Bartek Pampuch o WCF i WF. Najciekawsza z sesji. Nie tyle prosty opis poszczególnych technologii, ale opis wad i zalet, rozważenia za i przeciw oraz różnych aspektów w zależności od warunków. Plus nauczenie słuchaczy, że dobry architekt na każde pytanie odpowiada "To zależy".

A na końcu był dramat w trzech aktach. Dosłownie. Na początku mowa o wdrożeniach Windows Server 2008. I rzucanie tysiącem mądrych skrótów oznaczających usługi i serwisy, które zna każdy administrator Windowsa. No właśnie - administrator. A sesja była dla programistów. Druga odsłona była najciekawsza, bo traktowała o hostingu Windows i o tym, jak wdrażali hosting na IIS7. OK. Ale ostatnie wystąpienie, dotyczące pozyskiwania pieniędzy z funduszy europejskich, odpisu od podatku wydatków na licencje - normalnie ziew na sali. Ja nie wiem, jak taka prezentacja mogła w ogóle trafić na ścieżkę dla programistów!

Jeszcze dwa słowa o organizacji. Spotkanie miało miejsce w krakowskim hotelu Qubus. Pierwsze primo - bardzo ciasne salki, w których można było napić się kawy i zapoznać z ofertą partnerów; naprawdę trzeba było się przeciskać. I drugie primo - nie wiem, czy w tym hotelu znajduje się kręgielnia, eksperymentalna linia piętra przebiegająca na III piętrze czy też odbywały się międzynarodowe mistrzostwa w toczeniu szaf pancernych na czas - na sali, gdzie odbywały się prelekcje, było koszmarnie głośno! Mnie to przeszkadzało bardzo, ale prelegenci musieli być naprawdę wkurzeni... Tak więc miejsce ma u mnie dużego minusa.

A podsumowując - całkiem ciekawie, chociaż do zachwytu dużo brakowało.

środa, 5 marca 2008

Vista a WAMP

W ubiegłym tygodniu próbowałem zainstalować u siebie na komputerze dość standardowy zestaw aplikacji: Apache'a, MySQLa oraz PHP. Stwierdziłem, że skoro lubię mieć kontrolę nad wszystkim, co robię, zainstaluję każdy z tych składników zupełnie osobno i niezależnie.

Apache - poszedł od kopa. PHP - też nie było problemów.
Natomiast MySQL stwierdził, że nie będzie współpracować.
Na początku próbowałem zainstalować wersję bieżącą, czyli 5.0.51a. Cały instalator przeszedł bezproblemowo aż do momentu, gdy należało skonfigurować swój serwer. Wtedy właśnie aplikacja wypisała, co mnie o myśli i nie pozwoliła sobie odpowiedzieć (w okienku dialogowym było tylko "OK"). Po paru chwilach doszedłem, o co chodzi - nie zainstalował się serwis (w sensie usługi Windows).
Próbowałem kilka razy. Próbowałem też zainstalować najnowszą wersję - 5.1.23 Release Candidate Development Release. Też nic. To samo. Nie pomogły nawet ręczne próby zainstalowania serwisu. Ponieważ nie chciałem nawet próbować instalować wersji starszej (4.1) - zrezygnowałem.

Później jednak przeczytałem na pewnym forum, że ktoś poradził sobie z tym problemem instalując AppServ. Jest to bardzo fajny zbiór podobny w założeniach do XAMPP-a czy Krasnala. Instaluje Apache'a (obecnie 2.2.4), PHP (5.2.3), MySQL-a (5.0.45) oraz phpMyAdmina (2.10.2). Ku mojemu zaskoczeniu użycie AppServa pomogło i teraz wszystkie z tych składników działają bez zarzutu.

A jaka była przyczyna problemów? Nie mam zielonego pojęcia.

środa, 27 lutego 2008

Deszcz

A dzisiaj rano był ciepły deszcz i pachniało ciepłą wiosną.
Czy to znaczy, że już po zimie?

poniedziałek, 25 lutego 2008

Po Shanties

Byliśmy wczoraj na koncercie finałowym Shanties 2008. Niestety, udało nam się być tylko na jednym koncercie całego festiwalu... Cóż, szkoda. Za rok spróbujemy się poprawić :)

Nie wiem, czy to tylko moje odczucie, ale wyjątkowo fatalne było w tym roku nagłośnienie. Na różnych koncertach w Rotundzie bywałem, ale wczoraj było wyjątkowo kiepsko. Nie wiem też, czy to wina Szurawskiego, czy nagłośnienia, ale prawie nie można było zrozumieć, co mówił. Chociaż, Muzaj przy nim mówił bardzo wyraźnie :)

Grand Prix zdobył zespół Sąsiedzi za fenomenalne wykonanie piosenki "Johnny I hardly knew ya". Z całego serca polecam obejrzenie - wprawdzie nie z Shanties, ale wykonanie podobne.




Czekam na ich płytę - jeżeli całość jest choć w połowie tak dobra, to warto będzie kupić.

czwartek, 14 lutego 2008

Google Reader po polsku

Loguję się dzisiaj, jak każdego dnia, do Google Reader, żeby przeczytać RSS-y. I szok! Nie ma już Google Reader. Jest Czytnik Google. A w nim wszystko po polsku!

piątek, 8 lutego 2008

Rocznica

Dzisiaj nasza rocznica. Mija pięć lat, odkąd zaczęliśmy się spotykać.
A poza tym jest to ostatnia taka rocznica przed ślubem :)

Wycieczki panny W.

Kupiliśmy ostatnio szczypiorek. Taki w doniczce. Okazało się, że Pani Walewska wprost za szczypiorkiem przepada. I przychodzi do doniczki stojącej na blacie i obgryza go... Z tej przyczyny doniczka wylądowała na górnych szafkach w kuchni - tam, gdzie nawet ja mam problemy z dostępem.

Ale ja nie jestem kotem. O czym przekonaliśmy się dzisiaj rano. Wala bez żadnego problemu dostała się na lodówkę. A potem zaczęła myśleć, jak doskoczyć jeszcze wyżej. Stała więc na skraju lodówki i patrzyła się na szafki. I skoczyła. Ale nie udało jej się do końca. Zawisła na krawędzi szafek. Trzymając się tej krawędzi tylko jedną łapą! Niczym nie dotykając niczego innego! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. W końcu udało jej się dołożyć do tego drugą łapę. I ostatecznie wciągnąć całego kota na górę. A tam wyglądała tak:



(to zielone to kocia trawka, nie szczypiorek)

Udało się ściągnąć kota na ziemię podając normalne kocie jedzenie. Ale nie na długo. Po zjedzeniu połowy miski Walewska uznała, że na śniadanie lepiej jednak nadaje się szczypiorek. I wróciła znów na szafki... Przy okazji oddając pół miski Yerbie.

wtorek, 29 stycznia 2008

O moim powołaniu

Jakiś czas temu podczas rozmowy z Izą:

Iza: Bo ty masz delikatne palce. Takie stworzone wprost do makulatury. E... Klawiatury.

czwartek, 24 stycznia 2008

Kolejny czarny okres na portalach

Już raz poruszałem ten temat (w tym miejscu). A było to dokładnie pół roku i jeden dzień temu. Znowu zagęszcza się nam okres żałoby w Polsce.

Więc jeszcze raz krótki rys historyczny:

  • II RP: dwie (słownie: 2) żałoby narodowe - po śmierci Marszałka i po upadku Powstania Warszawskiego. Nawet tragiczna śmierć Narutowicza nie była wystarczającym powodem. Dla mnie trochę dziwne...
  • PRL: 4 razy. Z powodu śmierci ważnych osób w kraju i za Bugiem.
  • III RP:
    • za prezydentury Wałęsy: 0.
    • za prezydentury Kwaśniewskiego: 6 razy.
    • za prezydentury Kaczyńskiego: 4 razy (co daje średnio jedną żałobę na 9 miesięcy)
Nie będę powtarzać tego, co napisałem pół roku temu. Nie podobają mi się tego typu sytuację. Nie podoba mi się nakazywanie uczuć. Rozumiem żałobę z okazji śmierci ważnej osoby jako wyrażenie wyjątkowego szacunku. Nie rozumiem natomiast wartościowania śmierci normalnych, zwykłych osób.

I nie rozumiem, dlaczego gazeta.pl czy onet.pl są całe czarne. Mnie się to niewygodnie czyta. I tyle. Niech sobie dodadzą czarną wstążkę czy co tam chcą innego, ale wyłączając kolor z całej strony głównej wyłączają też funkcjonalność. Na 3 dni.

No i od razu podniosło się larum, że studniówki zagrożone, że konkurs skoków w Zakopanem zagrożony. Na miejscu organizatorów i jednych, i drugiego, nie przejmowałbym się sytuacją. Ale to ja - zawsze wierny założonemu planowi :)

Aha - byliśmy dzisiaj w kinie. Seans się odbył, a my nie byliśmy jedynymi widzami. Więc może nie jestem jedyną osobą, która ma takie właśnie poglądy?

niedziela, 20 stycznia 2008

Odnośnie poprzedniego posta

Wczoraj napisałem, czego brakuje mi w aplikacjach Google. Napisałem tam między innymi, że brakuje mi czegoś takiego:

Do niektórych aplikacji (np. Google Reader) nie można się zalogować kontem stworzonym w Aplikacjach Google
Otóż od dzisiaj (jak donosi dzisiaj blog Google Operating System) do swojego konta Google można dodać dowolny adres i za pomocą tego adresu logować się na swoje konto - na przykład do Readera.

sobota, 19 stycznia 2008

Google - czego brakuje

Postanowiłem zrobić sobie listę spraw, których, moim zdaniem, brakuje w usługach Google, a których wprowadzenie znacznie ułatwiłoby mi (i nie tylko mnie) pracę.
Zachęcam do komentowania i ewentualnie dopisywania własnych.

  • Kalendarz Google dla urządzeń mobilnych nie obsługuje użytkowników Aplikacji Google. Czyli ja nie mogę zalogować się przez komórkę do swojego kalendarza (w domenie wasielak.eu).
  • GMail 2.0, czyli nowy interfejs poczty Google. W tym momencie dostępny jest wyłącznie po angielsku, wyłącznie poprzez Internet Explorer 7 lub Firefox 2, no i nie dla użytkowników Aplikacji Google.
  • Trudna synchronizacja Kalendarza Google z Outlookiem. Próbowałem ostatnio zmienić sposób, w jaki to robię. Niestety:
    • jedna aplikacja (Remote Calendars) w ogóle nie chciała się zainstalować
    • inna (gSyncit), którą byłem skłonny zakupić (kosztuje tylko 10 dolarów) dla każdego wydarzenia z Outlooka tworzyła średnio 6 (!) wydarzeń w Kalendarzu Google (dwa na daną godzinę, dwa na godzinę wcześniej, dwa na godzinę później)
    • jeszcze inna (Calgoo Connect) może i działa, ale kosztuje 30 dolarów (rocznie)
  • Do niektórych aplikacji (np. Google Reader) nie można się zalogować kontem stworzonym w Aplikacjach Google.
  • Dokumenty Google przyjmują dokumenty MS Office, ale tylko z wersji 97-2003. Nie można przesłać tam plików docx, xlsx i pptx.
  • Miałem jeszcze napisać o tym, że Notatnik Google pod Firefoksem nie działa na Windows Vista, ale w ciągu paru ostatnich dni to akurat się zmieniło!
  • No i fakt, że wiele, wiele aplikacji Google nie działa pod Operą, albo działa, ale w sposób upośledzony, albo trzeba dodać odpowiedni JavaScript. Niestety, jest to wina Google, a nie Opery, bo Opera akurat jest tą przeglądarką, która najlepiej i w sposób najbardziej zgodny ze standardami radzi sobie ze wszelkimi specyfikacjami.
Ciekawy jestem, ile z tych minusów zostanie zmienionych w ciągu roku... Trzeba jednak przyznać Google'owi, że kilka innych niedogodności zostało w ubiegłym roku naprawione (np. dostęp do GMaila z komórki dla użytkowników Aplikacji Google).

poniedziałek, 14 stycznia 2008

Cytaty IT

101 cytatów dotyczących komputerów, programowania i oprogramowania. Zacne :)

sobota, 5 stycznia 2008

Aplikacje Google

Zaraz po tym, jak kupiłem sobie swoją własną domenę, postanowiłem, że w tej domenie zainstaluję sobie Aplikacje Google. Aplikacje te to nic innego, niż zestaw kilku produktów Google'a, ale dostępnych przez moją własną domenę i którymi mogę samodzielnie zarządzać. Szczerze mówiąc, najbardziej zależało mi na tym, aby uzyskać konto pocztowe z odpowiednim adresem i żeby to konto było normalnym kontem GMail - z dużą pojemnością i wszystkimi innymi bajerami z tego faktu wynikającymi.

Okazało się, że takie proste to nie będzie. Aby uaktywnić Aplikacje należy udowodnić, że jest się właścicielem domeny. Można to zrobić albo wrzucając odpowiedni plik pod odpowiedni adres w swojej domenie albo zmieniając jej rekordy MX. Ha, ale żeby zroby którąkolwiek z tych rzeczy muszę najpierw gdzieś tę swoją domeną podpiąć. Domenę kupiłem poprzez serwis nazwa.pl (akurat promocja była). Niestety, nic to nie dało, bo nie posiadam tam wykupionego hostingu. Hosting posiadam natomiast w domenomania.pl. Tego dostawcy ogólnie nie polecam, ale po intensywnym kontakcie z ich obsługą techniczną w sprawie Aplikacji zmieniam zdanie. Kontakt z nimi był naprawdę przyjemny, a całą operację zakończyłem dość szybko. Ale - po kolei:

Najpierw zaparkowałem swoją domenę na domenomanii. Niestety, była to chyba jedyna operacja, którą mogłem wykonać samodzielnie. Wysłałem więc maila prosząc o ustawienie rekordów CNAME (dla kalendarza, dokumentów, strony startowej, bloga, itd.) oraz MX. Oczywiście, trzeba było chwilę poczekać, aż zmiany zostaną rozpropagowane, ale już następnego dnia rano wszystko działało doskonale. Mogłem się więc spokojnie zająć konfigurowaniem wszystkiego.

Problem wystąpił jeszcze tylko dla Jabbera. Do tej pory używałem swojego konta na GMailu jako konta jabberowego. To samo chciałem zrobić z nowym kontem. Aby było to możliwe, musiałem wysłać jeszcze jednego maila - tym razem z prośbą o zmianę wpisów w rekordach SRV (muszę wspomnieć, że wszystkie dane, które trzeba wprowadzić, są w prosty sposób podane na stronie z pomocą do Aplikacji). Jeszcze jeden dzień czekania - i już wszystko hula.

Przy okazji - również przeniosłem swojego bloga (z Bloggera) do własnej domeny.

Niestety, jest kilka minusów.
Po pierwsze, w sumie dobrze, że nie miałem możliwości konfiguracji ustawień domeny samodzielnie, bo jeszcze bym coś zepsuł. Niemniej jednak, konfiguracja za pomocą maili wymagała trochę czasu i cierpliwości (plus czas na propagację).

Po drugie - przez długi czas nie można było dostać się do konta GMail we własnej domenie za pomocą specjalnej aplikacji na komórki. Ta podstawowa dla mnie funkcjonalność została udostępniona dopiero w nowej wersji, wydanej jakoś w grudniu 2007.

Po trzecie - nie jest możliwy dostęp z komórki do mojego kalendarza.

Po czwarte - wiele innych aplikacji Google (np. Google Reader) nie pozwala mi się zalogować za pomocą mojego nowego adresu pocztowego, bo nie jest to adres Google'owy.

Po piąte - na moim zwykłym koncie GMail mogę już uzyskać dostęp do tak zwanego GMail 2.0 (oczywiście, po ustawieniu języka na angielski (US)). Na moim koncie we własnej domenie jest to niemożliwe.

I jeszcze jedno - z absolutnie dla mnie niezrozumiałego powodu, Opera u mnie w domu nie jest w stanie wyświetlić mojej strony startowej (iGoogle) z mojej domeny, podczas gdy Opera u mnie w pracy, albo dowolna inna przeglądarka w domu robi to doskonale. Dlaczego?