poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Z Heiligenhafen do... (o rejsie część 2)

Heiligenhafen
W Heiligenhafen trafiliśmy akurat na trzydniowy festiwal wina. Pani, od której odbieraliśmy jacht, zdziwiła się, że nie chcemy zostać tam aż do niedzieli. Ale my przecież przyjechaliśmy popływać!
W każdym razie, w sobotę poszliśmy na rynek. Występy kapel lokalnych grających przeboje światowe, tańczący ludzie (w każdym wieku) oraz wino i kiełbasa. Cóż, jak dla mnie połączenie oryginalne, ale wszystko jest dla ludzi. Napiliśmy się więc po kieliszku wina (jakieś lokalne, ale całkiem dobre) oraz zjedliśmy sobie Bratwurstwa. Mogliśmy zamówić sobie Krakauerwurst, ale przecież nie po to jechaliśmy tysiąc kilometrów z Krakowa, żeby jeść kiełbasę krakowską! Ale później, coby kiełbasa dobrze się trawiła, poszliśmy na piwo.

Heiligenhafen-Holtenau
W końcu w sobotę koło południa wypłynęliśmy. Piękna pogoda, Słoneczke grzeje... A my płyniemy sobie spokojnie. Prawdę mówiąc, słabo pamiętam ten przelot. Primo - krótki był. Secundo - jakoś nie działo się wtedy specjalnie wiele. Wiało spokojnie, płynęło się równo... Jednym słowem - sielanka.
Wpływając do samej Kilonii zobaczyliśmy za to łódź podwodną. Stojącą na brzegu. Na szczęście podczas powrotu mogliśmy sobie obejrzeć ją z bliska.
Zacumowaliśmy w Holtenau , tuż przy śluzie, tuż przy początku Kanału Kilońskiego (po niemiecku: Nord-Ostsee-Kanal). Niesamowicie wyglądało w nocy, gdy szło się na przykład do ubikacji i widziąło się, jak kilkadziesiąt metrów obok przesuwa się statek, wielkości kilkupiętrowego bloku. Jeszcze w nocy, gdy widać praktycznie tylko jego światełka...
W Holtenau spotkaliśmy pewnego Niemca. Zapytaliśmy się go, gdzie możemy dostać mapy. Powiedział nam. Ale po chwili przyszedł też ze swoim laptopem i bardzo ciekawym programem. Program (jak to mówili u mnie w poprzedniej robocie - z promocju) zawierał mapy morskie całego świata wraz z podejściówkami niemal wszystkich portów. Okazał się niesamowicie przydatny, zwłaszcza że pomocy nawigacyjnych mieliśmy pod dostatkiem.
Niemca, oczywiście, podjęliśmy tym, co mieliśmy najlepsze (za wyjątkiem kobiet, oczywiście). Tak więc zmarudził u nas co najmniej ze dwie godziny. Przez prawie cały ten czas na kei stała jego matka (!), rzucająca cięte spojrzenia to jemu, to nam. Na szczęście Smirnoffa mieliśmy na pokładzie na tyle dużo, że Niemiec wychodząc od nas z jachtu absolutnie nie miał ochoty zajmować się tym, co też powie jego mama. Dużo większym problemem było zejście na keję (udane) i wzięcie ze sobą komórki (udane, ale dopiero po mojej interwencji).

Kanał Kiloński - Holtenau-Brunsbuettel
Następnego dnia rano wyruszyliśmy w ekscytującą wręcz podróż Kanałem Kilońskim. Najpierw śluza (tu i tu). Śluza absolutnie nie przypomina Guzianki, bo różnicy poziomów było może kilkadziesiąt centymetrów, poza tym brzegi równe, a nie zwężające się, no i jakoś kultura tako trochę wyższa...
A później kanał. Minęliśmy w sumie kilka (albo nawet kilkanaście) mostów; każdy miał około 40 metrów wysokości (takich jak ten albo ten). Zastanawialiśmy się, czy niektóre statki zmieszczą się pod nimi... I czy sami się tam zmieścimy.
Mijaliśmy trochę dużych statków (takich jak ten). Okazało się jednak, że te "duże" statki wcale nie są takie duże. Te naprawdę duże pływają po kanale tylko nocą, kiedy to zakaz pływania mają jachty. Niemniej jednak, te mniejsze również robiły porażające wrażenie.
Po drodze minęliśmy kilkanaście promów. O bardzo rewizjonistycznych nazwach, takich jak Stettin, Danzig, Swinemuende, Kolberg czy Breslau. Jeden prom zwrócił moją szczególną uwagę (niestety, nie mam jego zdjęcia). Był to prom podwieszony do mostu i poruszający się kilka metrów nad poziomem kanału! Szkoda, że nie widzieliśmy go w ruchu... Co ciekawe, taki niby-prom miał wszystkie oznaczenia statku wodnego!
W Brunsbuettel znów przeprawiliśmy się przez śluzę i w ten magiczny sposób znaleźliśmy się na Morzu Północnym. Ale o tym - w następnym odcinku.

Brak komentarzy: