wtorek, 21 sierpnia 2007

O nie, nie byliśmy tam dla przyjemności! (o rejsie część 1)

Posłuchajcie opowieści, hej-heja-ho!
Co ładunek grozy mieści, hej-heja-ho!

Rejs 2007 - Bałtyk i Morze Północne
A wyglądało to tak:

Trasa rejsu
Miejsca, które odwiedziliśmy, zostały zaznaczone na tej mapie.

Dojazd
Wypływaliśmy z portu w Holsztynie - Heiligenhafen. Dojazd tam okazał się nad wyraz prosty - i wykorzystaliśmy do niego chyba 3/4 autostrad istniejących w Polsce. Czyli - w Balicach na autostradę, a zjazd z niej tuż przed samym Heiligenhafen. Czegóż chcieć więcej?
Jechaliśmy w sumie trzema samochodami. Ja zostałem przydzielony do Burasa i jego Kangoo - najcenniejszego samochodu całej eskadry - to my wieźliśmy wszystkie zapasy jedzenia oraz - co ważniejsze - picia. Okazało się, że taki samochód prowadzi się zaskakująco lekko i przyjemnie. I że osiąga normalne prędkości przelotowe na niemieckich autostradach.

Jacht
Praktycznie od razu po przyjeździe zaczęliśmy odbierać jacht. Jacht "Tubbs", typu Rhodos 390, 11,85 m długości. Formalnie na 9 osób. 3 kabiny + 3 koje w mesie.
Od zewnątrz wygląda tak, tak albo na przykład tak.
W środku za to tak (mesa) albo tak (nasza koja rufowa).
Wygodny to był jacht. Z tymże... przystosowany do żeglugi w stylu niemieckim albo holenderskim, gdzie na jachcie tej wielkości płynie para emerytów albo co najwyżej małżeństwo z dziećmi. A nie aż osiem osób!
No i Niemcy pływają raczej tylko za dnia. My wprawdzie na wodzie spędziliśmy ledwie dwie noce, ale i tak możemy stwierdzić, że jacht nie jest przystosowany do długotrwałej żeglugi w trudnych warunkach. Tak więc na przykład nie było sztormdesek do koj w mesie, co ładnie ilustruje to zdjęcie. Widoczny na nim Buras miał problemy z chorobą morską, które - jak wiadomo - zawsze nasilają się po wejściu do kabiny. Z tego powodu nie miał ochoty tracić cennego czasu spędzonego pod dekiem na rozbieranie się (a później ubieranie). Z drugiej strony gdyby położył się na wolnej koi (w mesie na prawej burcie) niechybnie i tak spadłby z niej na podłogę. Ale cóż, nie byliśmy tam dla przyjemności :)
Jacht za to całkiem solidnie był wyposażony w pomoce nawigacyjne. Mieliśmy ładnego GPS-a i nawet pokładowego laptopa z zestawem map i odbiornikiem GPS - dzięki temu w Laboe widzieliśmy dokładnie miejsce przy kei, przy którym stanęliśmy! Zabrakło jednak... dobrych map papierowych. Owszem, mieliśmy zestaw na cały zachodni Bałtyk, ale, niestety, nie na wschodnie Morze Północne oraz Jutlandię. Mimo wyraźnej prośby podczas załatwienia czarteru z Polski. Oczywiście, Andrzej nie zgodziłby się na żeglowanie po jakimkolwiek akwenie bez map, tak więc odpowiednie arkusze zostały zakupione (częściowo na koszt armatora) w Holtenau.

ciąg dalszy nastąpi...

Ale zanim nastąpi, krótki opis przygody z dwóch ostatnich dni.

MikroSzkop
W środę (15 sierpnia) wypłynęliśmy z Laboe w kierunku na duńską wyspę Langeland. Prognozy były przyjemne, bodajże 4 do 6. Po przepłynięciu dobrych kilku mil zobaczyliśmy na morzu maleńką motorówkę a na niej faceta machającego do nas - wyraźnie wzywał pomocy. Andrzej oczywiście natychmiast przystąpił do akcji ratunkowej. Motorówka została wzięta na hol, a Śrubka próbował dokrzyczeć się do człowieka znajdującego się na niej. Okazało się, że jego silnik ist kaputt. Na nasze pytanie, dokąd mamy go zabrać, odpowiedział - gdziekolwiek! Jak usłyszał od nas, że wybieramy się do Danii, powiedział, że też może być.
W pewnym momencie - w zasadzie znikąd - przywiał potężny szkwał. Rozdzierając nam foka na długości ponad metra. Musiało to wyglądać naprawdę ciekawie - 12-metrowy jacht walczący bez foka z silnym wiatrem, a za nim, na coraz większych falach, maleńka 4,5-metrowa motorówka z jedną osobą na pokładzie.
Po dopłynięciu na Langeland zaprosiliśmy naszego uratowanego Niemca na pokład. Okazało się, że chciał z Kilonii przepłynąć wzdłuż brzegu do Heiligenhafen. Jednak akurat w tym rejonie odbywały się manewry Kriegsmarine; polecono mu więc oddalić się od brzegu. Niestety, na otwartym morzu fala była znacznie większa niż przy lądzie i jego nieduży silnik - co rusz wyskakując z wody - zapowietrzył się i nie dawał się uruchomić. W każdym razie, na Langelandzie udało mu się już go uruchomić.
Niemiec został ochrzczony "naszym mikroszkopem", a jego łódka "naszym bączkiem". Dlaczego - zobaczcie tu albo tu.
Nasz prawie 70-letni niedoszły rozbitek został z nami na podwieczorku. Był niezmiernie wdzięczny za pomoc i pokazywał nam nawet zdjęcia swojej żony, która prosiła, aby podziękował też w jej imieniu. Niestety, nie zapisaliśmy sobie ani jego imienia, ani numeru telefonu...
Następnego dnia Niemiec miał zdecydować, co będzie robić. Ponieważ prognoza na ten dzień była bardzo dobra (3-5B), postanowił popłynąć z nami do Heiligenhafen. Mieliśmy być w zasięgu wzroku, żeby w razie czego móc mu znowu pomóc.
Wyszedł z portu około 1200 (my jakieś 15 minut później). Na żaglach płynęliśmy około 3,5 węzła, on na swoim silniczku spokojnie wyciągał powyżej pięciu. Widzieliśmy go, jak opływał Langeland. Niestety, my musieliśmy ominąć płyciznę (przez którą on mógł swobodnie przepłynąć) i trochę się pohalsować. Kiedy wyszliśmy za cypelek, jego już nie było widać.
Morze było spokojne, a wiatr umiarkowany. Do pewnego momentu. Znowu, w jednej sekundzie nagle przywiało. Wiatr i deszcz siekący dosłownie w policzki. Nic nie widać, słychać tylko wiatr i deszcz. Później powiedziano nam, że wiało 10 B.
Chwilę zajęło mi opanowanie jachtu. Nie było to łatwe, co widać na przykład tu. Ale udało się i już po kilkunastu minutach byliśmy z powrotem na kursie. Z pewnymi problemi, ale pod wieczór dotarliśmy bezpiecznie do Heiligenhafen.
Andrzej ze Śrubką poszli do Hafenmeistra zgłosić nasze przybycie i dowiedzieć się o Mikroszkopa. Niestety, nie słyszał o jachcie Spes. Polecił im natychmiast udać się na policję.
Zgłosili to, że wyszliśmy razem z Langelandu i że on miał dopłynąć do Heiligenhafen. Policja zaczęła telefonicznie wyszukiwać jachtu o takiej nazwie we wszystkich marinach w tym mieście, a później dalej na wybrzeżu niemieckim i duńskim. Bez rezultatu.
Wieczorem ruszyła akcja poszukiwawcza.
Dzisiaj koło południa została wstrzymana.
Niemca nie znaleziono.
Liczymy na to, że dotarł bezpiecznie do jakiegoś portu i że na przykład nie zgłosił swojego pobytu. Albo Hafenmeister nie spytał go o nazwę jachtu. (Zaczynam doceniać polską wodną biurokrację).
Albo że - ostatecznie - został gdzieś wysztrandowany.
Ale póki co - nie ma oficjalnego śladu jego jachtu, a my nie wiemy nawet, jak nasz Niemiec się nazywa, ani nawet skąd pochodzi.
Cały czas jesteśmy w kontakcie z policją z Heiligenhafen.

Brak komentarzy: