czwartek, 30 sierpnia 2007

Morze Północne (o rejsie część 3)

Brunsbuettel - Cuxhaven

Jednego dnia taka pogoda. A dzień później - trzeba było szykować sztormiaki. Po przepłynięciu śluzy w Brunsbuettel ujrzeliśmy Morze Północne.

Pierwsze wrażenie - morze jak morze. Ale dość szybko, zwłaszcza przy bajdewindach i dużych falach i bryzgach wpadających na pokład, odkryliśmy organoleptycznie, że jest dużo bardziej słone od Bałtyku. Mimo mokrych ust, oblizywanie warg wcale nie przynosiło ulgi - przenosiło tylko sól na język...

No i pływy. Pamiętam moment, kiedy nasz log pokazywał nam prędkość względem wody wynoszącą około 6 węzłów. W tym samym czasie GPS pokazywał prędkość względem Ziemi - 10 węzłów. Czyli 4 węzły dla prądu. Dobrze, że płynęliśmy wtedy wraz z nim, a nie podeń. 6 - 4 = 2 węzły to jednak nie byłaby duża prędkość.

Cuxhaven

Cuxhaven - wbrew nazwie - leży w Niemczech. Uważane jest za awanport Hamburga. I jest pierwszym portem na morzu pływowym, w którym byłem. Różnica poziomów między wysoką a niską wodą wynosi kilka metrów. Oczywiście, nie widać gołym okiem, że woda podnosi się czy opada. Ale wyraźnie widać, że wieczorem przejście z pływającego pomostu na stały było prawie po płaskim, a rano trzeba pokonać wzniesienie o niemal 30-stopniowym spadku.

W Cuxhaven - podobnie jak zresztą podczas całego naszego pobytu na Morzu Północnym - wiało. I to tak, że zdmuchnęło mi bitą śmietanę z lodów :)

Cuxhaven - Helgoland

Z Cuxhaven udaliśmy się w kierunku na Helgoland. Był to tak naprawdę pierwszy pełnomorski przelot podczas tego rejsu. Niemniej jednak był na tyle krótki, że choroba morska dopiero zabierała się za część naszej załogi. Ostateczne spustoszenie miała poczynić dopiero dwa dni później.

Helgoland

I znaleźliśmy się na Helgolandzie. Pięknej i malowniczej wysepce, którą można obejść całą w ciągu dwóch godzin. I której - oprócz wyglądu - głównym atutem jest fakt istnienia strefy wolnocłowej.

Pierwsze primo - port. W porcie jest zaledwie kilka stanowisk, gdzie można przycumować jacht do kei. Jeżeli jest więcej jachtów niż miejsc - zaczyna się cumowanie longside do innych jachtów. Nic strasznego, gdy jest się drugim czy trzecim jachtem w takim "słupku". Ale my w pewnym momencie byliśmy zacumowani jako ósmy (!) jacht. Tak właśnie wyglądają owe słupki... A tak my na ich tle. Po przypłynięciu na Helgoland mieliśmy strasznie dużo mokrych rzeczy. Okazało się, że w kibelkach w porcie jest magiczna Trocknermaschine. Wzięliśmy więc z Łosiem pełen worek naszych rzeczy do suszenie. I przez te siedem jachtów dotargaliśmy go jakoś na brzeg. Niestety, dziadek klozetowy przywitał nas słowami "Trocknermaschine ist kaputt". Ech. Znowu worek na plecy i znowu przez siedem jachtów...

Wieczorem poszliśmy zwiedzać Helgoland. Wyspa ma piękne klifowe brzegi. Kiedyś była ważnym ośrodkiem wojskowym, więc gdzieniegdzie w tych klifach widać jeszcze umocnienia. A tymczasem gnieżdżą się tam mewy i kormorany.

Wyspa jest jedną wielką zieloną łąką. Bardzo podziurowaną łąką - Brytyjczycy po II wojnie światowej detonowali tam pozostały im proch...

Obeszliśmy więc sobie tę wyspę, a następnego dnia nawet ją opłynęliśmy. Zrobiliśmy sobie jedyne chyba wspólne zdjęcie, Obfotografowaliśmy Długą Anię (tę samotną skałę), zrobiliśmy sobie zdjęcia na tle wyspy, zdjęcia parami, trójkami, a nawet pojedyncze. Obejrzeliśmy też latarnię morską i dziwną instalację wojskową (tajną przez poufną).

A następnego dnia dziwiliśmy, czemu na spokojnej wyspie czujemy się jak na Floriańskiej w samo południe. A to wszystko przez promy widoczne w tle. Cóż, tani alkohol, tytoń i perfumy. I po to tylko ludzie tam jeżdżą? Nigdy nie potrafiłem tego zrozumieć...

Na marginesie - wróciliśmy do domu z zapasem Queen Anne, Campari, W. O. Larsena i Fahrenheita.

Brak komentarzy: