poniedziałek, 30 lipca 2007

Harry Potter

Byliśmy wczoraj w kinie na "Harrym Potterze i Zakonie Feniksa". Zanim cokolwiek o filmie - kino.

Tytułem wstępu. Zarezerwowaliśmy bilety w Cinema City w Galerii Kazimierz. Stwierdziliśmy, że przy okazji kupimy sobie w Almie kawę (serdecznie polecam! 250 gramów kosztuje 20 zł, a jest o klasę lepsza od Lavazzy!). Za sprawą jednak Kasi i Piotrka, którzy odwiedzili nas wcześniej, i od których dostaliśmy w prezencie młynek do kawy (łiii!), zweryfikowaliśmy listę zakupów - postanowiliśmy kupić kawę, ale ziarnistą.

Tak więc z półkilowym opakowaniem kawy ziarnistej udajemy się do kina. Idę pierwszy dzierżąc w ręku sześć biletów, podaję je panu przy wejściu...
- Z chipsami nie może pan wejść - rzecze.
Rozglądam się, czy ktoś ze znajomych kupował sobie chipsy. Kasia, Bartek, Iza?...
- Proszę?
- Nie może pan wejść na salę z rzeczami kupionymi gdzie indziej, niż w naszym bufecie.
- Słucham?
- Nie może pan wejść z chipsami kupionymi poza naszym bufetem.
Wreszcie załapałem jego spojrzenie wycelowane w reklamówkę w mojej ręce.
- Ale to jest kawa!
- Nie może pan wejść, jeżeli nie kupił jej pan w naszym bufecie.
- Proszę pana, to jest kawa ziarnista i na pewno nie będę jej spożywać podczas seansu!
Jakoś się udało. Zastanawiam się, co by było, gdybym próbował wnieść na salę butelkę Domestosu...

W każdym razie - film. Aha, jeszcze nie, jeszcze o samym kinie. Lubię chodzić do kina oglądać filmy. Ale nie znoszę chodzić do kina wąchać gorący popcorn, pikantne chipsy czy tacosy czy jak to tam nazywają i słuchać siorbania colą. No!

A film... Szczerze mówiąc - nudny! Jeszcze nigdy na żadnych "Harrym Potterze" nie spoglądałem na zegarek i nie ziewałem tak szeroko! Zrobiony jakoś tak... pusto. Przejścia między ważnymi scenami, kiedy można było wykorzystać nastrój wytworzony przez zwycięstwo czy klęskę - zaprzepaszczone za sprawą nagłówków gazet, które w tym czasie pojawiały się na ekranie. Brakowało mi tam - atmosfery. Czy to atmosfery trochę dziedzinnej magii, jak w pierwszych częściach, czy też wylewającego się z ekranu mroku, jak w "Czarze ognia". I jeszcze jedno - gdybym nie znał wcześniejszych tomów, gdybym nie przeczytał również piątego z nich - nie bardzo wiedziałbym, o co w tym filmie chodzi. Przykro mi bardzo, ale dla mnie film - nawet jeżeli jest to piąta czy siódma część - powinien być zamkniętą całością. Jak każdy z filmów o Jamesie Bondzie. A nie jak druga część "Piratów z Karaibów".

Najlepszym momentem filmu dla mnie była niewinna odpowiedź Snape'a do Umbridge: "No idea". Nie sposób się doczekać kolejnej części, kiedy to on będzie dużo bardziej w centrum uwagi.

PS Nasze tymczasowe koty nadal są chętne na znalezienie domu na stałe! Proszę nie bać się toksoplazmozy ani żadnych innych dziwnych chorób i przynajmniej przyjść je pogłaskać. No już!

5 komentarzy:

veevaa pisze...

Bartek, no, czy ty musisz mnie krytykowac tak niespodziewanie? Mi sie ow film podobal, na dodatek jadlam sobie popkorn i pilam kole...

Bartek pisze...

Ej, veevaa, nie Ty siedziałaś obok mnie i to nie Ty siorbałaś:)
Nie lubię popcornu, po prostu.
A film się nie podobał. I tyle. No.

veevaa pisze...

No bo ja z reguły nie siorbę, co to za podejrzenia w ogóle są:)

Bartek pisze...

w sumie - nigdy nie słyszałem. Korzystając z zasady indukcji możemy wywnioskować, że rzeczywiście nigdy tego nie robisz ;)

eXistenZ pisze...

O samym Harrym pisalem juz gdzie indziej, wiec nie bede sie powtarzal, tylko przypomne, ze jesli ten film byl wg. Ciebie pusty, to co powiesz o poprzednim...

Ale nie o tym chcialem. Ja w kwestii samego kina. Bartki, believe you me, ze i tak macie kolosalne szczescie, bo Cinema City z tym tlumem ludzi i ich popcornami to niebo, do ktorego tesknilem, gdy sam bylem na HP w tutejszym Odeonie.

Wyobrazcie sobie, ze w tym niezwykle kulturalnym kinie (polozone w centrum, ma 'tylko' trzy sale) reklamy przed filmem trwaly bite POL GODZINY z zegarkiem w reku. POL GODZINY, nie przesadzam! Nawet w CC nie trwaja dluzej niz kwadrans.

A po reklamach, wyobrazcie sobie, zapalily sie swiatla, ekran schowal sie znow za zaslonka i ludzie poszli do bufetu nakupowac tych swinstw, ktore wlasnie zostaly zareklamowane. I tak czekalismy na rozpoczecie seansu nastepnych 10 minut.

Naprawde karygodne jest traktowanie widza kinowego w UK. Tesknie za Cinema City.

eX