środa, 30 maja 2007

Sprzed paru dni

Czyli – firmowy wyjazd impregnacyjny!


Pojechaliśmy do Piwnicznej, o czym dowiedziałem się w sumie w dniu wyjazdu, bo co mnie to niby obchodzi? Zawiozą na miejsce, zawiozą z powrotem, a samego miejsca i tak nie będę zbyt dobrze kojarzyć…


Pierwszego dnia: poszukiwanie skarbu, czyli bieg z przeszkodami po lesie. Skarbu wprawdzie nie znaleźliśmy, ale za to połaziliśmy po mostach linowych (w sensie: jedna lina na stopy, druga lina na ręce), postrzelaliśmy z łuków i z wiatrówek (nie powodując przy tym żadnych strat wśród osób trzecich), spociliśmy się chodząc po lesie (według wskazania GPSu, podczas gdy obok równolegle była droga asfaltowa), byliśmy na tyrolce (mój faworyt, zdecydowanie! patrz: poniższe zdjęcie) i, co chyba najważniejsze, poznaliśmy (w sensie ja poznałem), że w firmie pracują bardzo fajni ludzie, nie tylko informatycy (!) i nawet kobiety (!!). (Napisałbym jeszcze, że nawet ładne (!!!), ale tego mi chyba nie wolno, jeszcze Cenzura przeczyta i będzie nieprzyjemnie…).



Sobota – dzień pełen wrażeń i to od rana do… rana! Wyjazd nad Rożnów. Obserwowanie, jak czwórka facetów na Orionie próbuje odejść od jednego pomostu tylko po to, żeby zaraz wbić się w drugi. I żeby później z pomocą żagli, silnika i pagajów za wszelką cenę spróbować wpłynąć pod most. Gdyby nie kamienie, w które wpłynęli, uniemożliwiłby im to niezłożony maszt… W każdym razie, obserwowanie ich było przednią zabawą. Jak tylko uzyskam zgodę autora, wrzucę filmik ukazujący tę straszną Walkę z Żywiołem.


A potem – nurkowanie. Płytkie, bo tak do 5 metrów. No i bardzo niesamodzielne, bo wystarczyło tylko oddychać, machać nogami i nie denerwować się. I zupełnie na ślepo, bo widoczność w jeziorze około 30 cm. Ale jakie wrażenia! Pierwsze kilka oddechów przez automat – trudne. I uczucie, że jest za mało powietrza. I zanurzenie w wodę, gdzie nic nie widać, tylko bura woda, i oddechy, które jednak przynoszą wymaganą ilość tlenu. I bardzo fajne odczucie, kiedy na pewnej głębokości woda nagle, w jednym momencie, z bardzo ciepłej robi się chłodna. I rzeczywiście, pod wodą nie czuć czasu. Bo sam nie wiem, jak długo tam byłem. Ale i tak było niesamowicie. Polecam! Teraz tylko trzeba upolować jakiś kurs. Tylko, niestety, droga impreza – około 1200 złotych…


Spływ pontonem po Dunajcu. Nie wiedziałem, że ta spokojna rzeka momentami taka niespokojna… Od czasu do czasu rzuciło pontonem w górę i w dół, prąd okazał się na tyle wartki, że płynęliśmy z prędkością biegnącego człowieka… Tylko, niestety, na bitwę morską polegającą na chlapaniu wiosłami było trochę późno. Bo po schlapaniu okazało się, że słońce nie świeci już tak mocno, jak kilka godzin wcześniej, a noszenie mokrych wszystkich (dosłownie) ciuchów na dłuższą metę nie jest najwygodniejsze. No, ale w końcu człowiek przecież wysycha, a przeżycia pozostają.


I impreza. Która skończyła się podobno koło 0600, ale ja spać poszedłem dobrą godzinę wcześniej. Choć i tak już po świcie. Zbiorowe karaoke (dziwne, nikt nie był na tyle pijany, żeby odważyć się śpiewać całkiem samemu), tańce, hulanki, swawola. I naprawdę dobra zabawa. I nawet ja, osoba, która boi się ludzi i stara się ich unikać, bawiłem się wyśmienicie – i to wśród obcych. Nie spiwszy się, oczywiście. Nie wiem, jak wytłumaczyć sobie samemu ten fenomen…


Niestety, od poniedziałku już wszystko po staremu. W związku z tym obrazek (to co, że już pojawił się w x różnych źródłach, dzięki niemu ubawiłem się po pachy!):




2 komentarze:

Szymon Pobiega pisze...

Szkoda że mnie tam nie było...

Bartek pisze...

Szkoda :(
Z Tobą byłoby jeszcze lepiej i ciekawiej! Następnego razu Ci nie odpuścimy!