wtorek, 22 maja 2007

Shirley Valentine

Na tej właśnie sztuce byliśmy w niedzielę wieczorem Pod Ratuszem. Jak dostaje się już darmowe bilety, grzechem byłoby nie skorzystać z możliwości obcowania z Kulturą Wyższą.

Sztuka jest monodramem. Trochę wstyd się przyznać, ale nigdy do tej pory nie widziałem żadnego monodramu. Czy to oznacza, że cham jestem i prostak?

Shirley – czyli Agnieszka Schimscheiner – to zwyczajna, za przeproszeniem, kura domowa. Która w pewnym momencie odkrywa, przy udziale znajomej feministki (tfu tfu), że może jednak nie musi być tą kurą do końca swojego życia. I, jak to w życiu i bajkach bywa, odmienia swój los, na przekór wszystkim dokoła.

Sztuka jest bardzo dobrze zagrana. Pani Schimscheiner wypełnia sobą całą scenę, a sposób, w jaki naśladuje inne postaci, jest fantastyczny (dziewczynki jako aniołki!). I świetnie wyraża emocje. Grymasem, głosem… Potrafi w ciągu kilku sekund przejść z euforii do rozpaczy. (Ja wiem, że każda kobieta to potrafi, ale nie każda na scenie). A jak krzyczy!

W każdym razie, przedstawienie bardzo ładne. W pewnym stopniu na pewno dlatego, że życiowe. I każdy jest w stanie odnaleźć swoje cechy w choć jednej postaci przywoływanej na scenie. Chociażby w mężu Shirley, który uważa, że wszystko mu wolno, wymagać, poniżać, narzucać – bo przecież kocha.

Sztuka ma 15 lat, ale w Polsce chyba dopiero niedawno pojawiła się moda na tego typu treści – idealne dla kobiet w okolicy pięćdziesiątki, najlepiej po rozwodzie. Popyt jest, to i produkuje się podaż. Ale dla pani Schimscheiner chyba warto ten popyt wzmocnić. Nawet jak nie jest się rozwódką, ani nawet rozwodnikiem.

Brak komentarzy: