czwartek, 31 maja 2007

Teletubisie

O nich nie będzie. Bo już mi się niedobrze robi, jak słucham informacji na ten temat.

Będzie za to o absurdach Kraju w Którym Żyjemy. I o tym, że już robi się strasznie zamiast śmiesznie.

Primo – czyli o tym, że wojewoda może zakazać przemarszu, demonstracji, pochodu obok miejsca pamięci narodowej (a takie miejsca to np. pomnik, krzyż przydrożny, kapliczka czy tablica pamiątkowa), jeżeli to wydarzenie będzie naruszać powagę miejsca. Jednym słowem – w Krakowie czy w Warszawie nie będzie można zorganizować żadnego przemarszu, na który nie zgodzi się rząd (no bo wojewoda to przecież rząd); wszak w tych miastach co dwa kroki krzyż, kaplica, kościół, czy – nie daj Boże – pomnik. Nie mówiąc już o tablicach typu "w tym domu w nocy z … na … spał Goethe". Zapraszam na Kurdwanów – tu na razie nie ma żadnego pomnika, krzyża, tablicy; jest jeden (na razie, bo drugi ma niebawem powstać) kościół.

Secundo – czyli że Polskie Radio wywaliło p. Tadeusza Sznuka, bo pracował w stanie wojennym. Nie przeszkadza to jednak tej instytucji nadal wykorzystywać jego głosu w akcjach promocyjnych. P. Sznuk powiedział:

Jestem właśnie na tzw. wypowiedzeniu, ale zarząd zwolnił mnie z obowiązku świadczenia pracy, czyli nie życzył sobie, bym nadal był głosem obecny w radiu.

Dodał też, że gdyby ktoś go zapytał o zdanie, to oczywiście by się zgodził. Ale kto by się pytał…

Tertio – czyli o tym, że p. Giertych (tym razem Roman) i jego ministerstwo wyrzucają z listy lektur obowiązkowych Gombrowicza, Witkacego, Herlinga-Grudzińskiego, Goethego, Conrada, Dostojewskiego, Kafkę. Nie chcę pisać o tym, co wprowadzono w zamian, bo nie jestem w nastroju na dysputy światopoglądowo-religijno-dogmatyczno-klerykalno-świeckie. Ale jak można usunąć "Zbrodnię i karę"? Mnie się to w głowie po prostu nie mieści.

Z drugiej strony, przeczytałem komentarz, że może i dobrze, że się usuwa tych autorów. Może młodzież, jak zawsze na zasadzie przekory, sięgnie nawet nie po to, co zakazane, ale po to, co odradzane?

Quarto – dzisiejsza Wyborcza krzyczy dużym tytułem "Mengele". I to jest przerażające. Że sprawie przeciwko chirurgowi G. (najsłynniejszy lekarz w Polsce, chyba…) CBA nadaje taki właśnie kryptonim.

Najgorsze jest właśnie to, że od jakiegoś czasu obserwuję działania władzy w granicach prawa, ale poza granicami dobrych obyczajów i demokracji. Nie ma nigdzie przepisu, że przewodniczącym komisji sejmowej ds. służb specjalnych jest przedstawiciel opozycji i że zmienia się co pół roku, ale tak zawsze było i było to pewną gwarancją ich niezależności od władzy. Nie było nigdzie przepisu, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji ma za członków ludzi różnych opcji. Nie było nigdzie przepisu, że prezesem NBP ma zostać wybitny ekonomista. Ale takie były standardy. Niepisane.

Tak jak nigdzie nie jest napisane (zapewne), jaki kryptonim może nadać sprawie jakaś instytucja. Ale jeżeli to staje się jawne, to nie powinno być w złym guście. A "Mengele" nie jest w złym guście. Uwłacza godności niewinnego człowieka ; niewinnego – bo żadne wyrok w jego sprawie do tej pory nie zapadł.


 

Jeden dzień, a tyle wrażeń… Dobrze, że oprócz skrajnie negatywnej polityki i życia publicznego są jeszcze inne aspekty. Które dzisiaj wyglądają bardzo obiecująco. Ale to temat na zupełnie inną historię…

środa, 30 maja 2007

Sprzed paru dni

Czyli – firmowy wyjazd impregnacyjny!


Pojechaliśmy do Piwnicznej, o czym dowiedziałem się w sumie w dniu wyjazdu, bo co mnie to niby obchodzi? Zawiozą na miejsce, zawiozą z powrotem, a samego miejsca i tak nie będę zbyt dobrze kojarzyć…


Pierwszego dnia: poszukiwanie skarbu, czyli bieg z przeszkodami po lesie. Skarbu wprawdzie nie znaleźliśmy, ale za to połaziliśmy po mostach linowych (w sensie: jedna lina na stopy, druga lina na ręce), postrzelaliśmy z łuków i z wiatrówek (nie powodując przy tym żadnych strat wśród osób trzecich), spociliśmy się chodząc po lesie (według wskazania GPSu, podczas gdy obok równolegle była droga asfaltowa), byliśmy na tyrolce (mój faworyt, zdecydowanie! patrz: poniższe zdjęcie) i, co chyba najważniejsze, poznaliśmy (w sensie ja poznałem), że w firmie pracują bardzo fajni ludzie, nie tylko informatycy (!) i nawet kobiety (!!). (Napisałbym jeszcze, że nawet ładne (!!!), ale tego mi chyba nie wolno, jeszcze Cenzura przeczyta i będzie nieprzyjemnie…).



Sobota – dzień pełen wrażeń i to od rana do… rana! Wyjazd nad Rożnów. Obserwowanie, jak czwórka facetów na Orionie próbuje odejść od jednego pomostu tylko po to, żeby zaraz wbić się w drugi. I żeby później z pomocą żagli, silnika i pagajów za wszelką cenę spróbować wpłynąć pod most. Gdyby nie kamienie, w które wpłynęli, uniemożliwiłby im to niezłożony maszt… W każdym razie, obserwowanie ich było przednią zabawą. Jak tylko uzyskam zgodę autora, wrzucę filmik ukazujący tę straszną Walkę z Żywiołem.


A potem – nurkowanie. Płytkie, bo tak do 5 metrów. No i bardzo niesamodzielne, bo wystarczyło tylko oddychać, machać nogami i nie denerwować się. I zupełnie na ślepo, bo widoczność w jeziorze około 30 cm. Ale jakie wrażenia! Pierwsze kilka oddechów przez automat – trudne. I uczucie, że jest za mało powietrza. I zanurzenie w wodę, gdzie nic nie widać, tylko bura woda, i oddechy, które jednak przynoszą wymaganą ilość tlenu. I bardzo fajne odczucie, kiedy na pewnej głębokości woda nagle, w jednym momencie, z bardzo ciepłej robi się chłodna. I rzeczywiście, pod wodą nie czuć czasu. Bo sam nie wiem, jak długo tam byłem. Ale i tak było niesamowicie. Polecam! Teraz tylko trzeba upolować jakiś kurs. Tylko, niestety, droga impreza – około 1200 złotych…


Spływ pontonem po Dunajcu. Nie wiedziałem, że ta spokojna rzeka momentami taka niespokojna… Od czasu do czasu rzuciło pontonem w górę i w dół, prąd okazał się na tyle wartki, że płynęliśmy z prędkością biegnącego człowieka… Tylko, niestety, na bitwę morską polegającą na chlapaniu wiosłami było trochę późno. Bo po schlapaniu okazało się, że słońce nie świeci już tak mocno, jak kilka godzin wcześniej, a noszenie mokrych wszystkich (dosłownie) ciuchów na dłuższą metę nie jest najwygodniejsze. No, ale w końcu człowiek przecież wysycha, a przeżycia pozostają.


I impreza. Która skończyła się podobno koło 0600, ale ja spać poszedłem dobrą godzinę wcześniej. Choć i tak już po świcie. Zbiorowe karaoke (dziwne, nikt nie był na tyle pijany, żeby odważyć się śpiewać całkiem samemu), tańce, hulanki, swawola. I naprawdę dobra zabawa. I nawet ja, osoba, która boi się ludzi i stara się ich unikać, bawiłem się wyśmienicie – i to wśród obcych. Nie spiwszy się, oczywiście. Nie wiem, jak wytłumaczyć sobie samemu ten fenomen…


Niestety, od poniedziałku już wszystko po staremu. W związku z tym obrazek (to co, że już pojawił się w x różnych źródłach, dzięki niemu ubawiłem się po pachy!):




wtorek, 22 maja 2007

Shirley Valentine

Na tej właśnie sztuce byliśmy w niedzielę wieczorem Pod Ratuszem. Jak dostaje się już darmowe bilety, grzechem byłoby nie skorzystać z możliwości obcowania z Kulturą Wyższą.

Sztuka jest monodramem. Trochę wstyd się przyznać, ale nigdy do tej pory nie widziałem żadnego monodramu. Czy to oznacza, że cham jestem i prostak?

Shirley – czyli Agnieszka Schimscheiner – to zwyczajna, za przeproszeniem, kura domowa. Która w pewnym momencie odkrywa, przy udziale znajomej feministki (tfu tfu), że może jednak nie musi być tą kurą do końca swojego życia. I, jak to w życiu i bajkach bywa, odmienia swój los, na przekór wszystkim dokoła.

Sztuka jest bardzo dobrze zagrana. Pani Schimscheiner wypełnia sobą całą scenę, a sposób, w jaki naśladuje inne postaci, jest fantastyczny (dziewczynki jako aniołki!). I świetnie wyraża emocje. Grymasem, głosem… Potrafi w ciągu kilku sekund przejść z euforii do rozpaczy. (Ja wiem, że każda kobieta to potrafi, ale nie każda na scenie). A jak krzyczy!

W każdym razie, przedstawienie bardzo ładne. W pewnym stopniu na pewno dlatego, że życiowe. I każdy jest w stanie odnaleźć swoje cechy w choć jednej postaci przywoływanej na scenie. Chociażby w mężu Shirley, który uważa, że wszystko mu wolno, wymagać, poniżać, narzucać – bo przecież kocha.

Sztuka ma 15 lat, ale w Polsce chyba dopiero niedawno pojawiła się moda na tego typu treści – idealne dla kobiet w okolicy pięćdziesiątki, najlepiej po rozwodzie. Popyt jest, to i produkuje się podaż. Ale dla pani Schimscheiner chyba warto ten popyt wzmocnić. Nawet jak nie jest się rozwódką, ani nawet rozwodnikiem.

poniedziałek, 21 maja 2007

Cutty Sark spłonął

Dzisiaj rano spłonął jeden z najbardziej znanych i najpiękniejszych żaglowców na świecie.

Cutty Sark – herbaciany kliper zbudowany w 1869 roku. 64 metry po pokładzie. 3000 m kwadratowych żagli na 6 piętrach. Był w stanie przepłynąć 350 mil w ciągu doby.

Nie wiadomo, jaka była przyczyna pożaru. Statek – znajdujący się w suchym doku – był remontowany, więc duża część wyposażenia (w tym m.in. maszty) przechowywana była gdzie indziej.

Teraz po tym pięknym żaglowców zostanie nam tylko whisky marki Cutty Sark. I wiersz Roberta Burnsa o szkockiej wiedźmie Nannie (Annie), która ubrana była tylko w przykrótką lnianą koszulkę nocną (czyli właśnie sark):

Her cutty sark, o' Paisley harn,
That while a lassie she had worn,
In longtitude tho' sorely scanty,
It was her best, and she was vauntie.
Ah! little kend thy reverend grannie
That sark she coft for her wee Nannie
Wi' twa pund Scots ('twas a' her riches)
Wad ever graced a dance of witches!

Więcej informacji: na polskiej i angielskiej Wikipedii oraz stronie samego żaglowca. A o wypadku: tu lub tu. I jeszcze po polsku.


czwartek, 17 maja 2007

Minister Kalata

Cytat z dzisiejszych Faktów:

Minister Kalata jest jedyną osobą w rządzie realizującą program "Tanie państwo" – bo nie wydaje unijnych pieniędzy; przy okazji skutecznie walczy z bezrobociem – w szeregach Samoobrony.

Jej ministerstwo (Pracy i polityki społecznej) wydało 4,2% pieniędzy otrzymanych z UE. Co nie przeszkodziło tejże pani wydawać nasze pieniądze (tak, nasze) na swoją wizażystkę. I jednocześnie zatrudniać kuzynów, szwagrów, zięciów i nie wiadomo kogo jeszcze najważniejszych osobistości (khem, khem) z Samoobrony.

środa, 16 maja 2007

Łowcy głów

Wczoraj (a może przedwczoraj?) zadzwonił do mnie (do pracy!) pan z pewnej firmy. Jak się okazało, firma ta świadczy usługi w zakresie HR (bardzo modny skrót, którego nie znoszę). Chciał zaproponować mi pracę… Niestety, nie powiedział, dla kogo. Powiedział tylko, że w Warszawie.

A ja pytam, czy skoro ten pan postarał się znaleźć numer telefonu do mnie do pracy, to czy nie mógł sobie sprawdzić, czym ja się obecnie zajmuję? To nie jest takie trudne – mam swój profil i w LinkedIn, i w GoldenLine, i w obu tych miejscach jest wyraźnie napisane: studia na AGH od 2003. A że nie jest napisane "do", to chyba łatwo się domyślić, że trwają one nadal, nie? Poza tym, trochę to dziwnie dzwonić do kogoś w pracy i proponować mu inną pracę. I co, ja mam sobie z nim spokojnie rozmawiać w obecności mojego szefa? Trochę śmiesznie.

No ale. Żeby nie było, ma to w sobie pewne pozytywne cechy. Rynek informatyków jest w Polsce wysoce nienasycony. A to oznacza, że póki co, pracy nie zabraknie, a doświadczenie zbierane teraz w przyszłości zaprocentuje (ładnie to zabrzmiało).

sobota, 12 maja 2007

Budyń i whisky

Śmietankowy budyń dra Oetkera oraz whisky Ballantine's… Jak na samotny wieczór w domu to całkiem nieźle. Do tego oglądanie jednym okiem polskich seriali na TVN i pisanie na komputerze Mądrych Rzeczy. Nieźle. Ale w dalszym ciągu jest to, niestety, wieczór samotny. Na razie nic nie się na to poradzić. Ale może już niedługo?...

piątek, 11 maja 2007

Lustracja

Dzisiaj bardzo ważny wyrok Trybunału Konstytucyjnego. I, jak powiedział p. Waldemar Pawlak, "wielka lekcja prawa i sprawiedliwości dla PiS".

Przyznam się szczerze, że nie rozumiem tego całego szaleństwa lustracyjnego. A rzeczą, której najbardziej już nie rozumiem, jest to, że autorami tej ustawy i innych bardzo radykalnych projektów są ludzie młodzi, koło trzydziestki. Ale podobno (wedle sondaży) największymi zwolennikami lustracji są właśnie ludzie młodzi! Przykro mi bardzo, zaburzam statystyki.

Czekałem dzisiaj cierpliwie na ogłoszenie wyroku. Nie ukrywam, że nie podobają mi się rządy Prawa i Sprawiedliwości i że jestem przeciwnikiem tej ustawy w obecnym (zakwestionowanym) kształcie. Ale oczekiwałem od Trybunału sprawiedliwego wyroku w tej kwestii. Doczekałem się. Trybunał nie ugiął się przed atakami na siebie, przed nazywaniem go "trzecią izbą parlamentu", ba, podobało mi się zachowanie p. Marka Kotlinowskiego (z Ligi Polskich Rodzin!), który to samemu wycofał się ze składu orzekającego, jako że był jednym z autorów rozpatrywanej ustawy. I bardzo mi się podobało, że po wczorajszym ataku p. Mularczyka (o nim we wczorajszym wpisie), Trybunał nie wdał się w żadne dyskusje, tylko – poświęciwszy w danej chwili prawo dwóch sędziów do pełnego oczyszczenia się z zarzutów – stwierdził, że ważniejszy jest interes państwa i całej rzeszy obywateli czekających na werdykt.

Fragmenty orzeczenia, które uznałem za szczególnie ważne:

Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodne z konstytucją posłużenie się w preambule ustawy lustracyjnej pojęciem "osobowe źródło informacji".

Szalenie pojemne wyrażenie. Zwłaszcza, że w ustawie (z tego, co pamiętam), pada gdzieś wyrażenie, że sankcje (bodajże publikacja nazwisk) będzie dotyczyć osób "traktowanych jako OŹI". "Traktowanie" jest za bardzo subiektywnym określeniem…

Została uznana za konstytucyjną definicja współ pracy wyrażona w art.3a ust.1 pod warunkiem, że dla stwierdzenia tej współpracy nie wystarcza samo wyrażenie woli współdziałania z organami wymienionymi w tym przepisie, lecz konieczne są także faktyczne działania świadomie urzeczywistniające podjętą współpracę.

Czyli ocena faktów, a nie deklaracji.

Za niekonstytucyjne uznano pozbawienie osoby lustrowanej prawa wniesienia kasacji.

Trybunał uznał że prawomocne orzeczenie sądu stwierdzającego fakt złożenia przez osobę lustrowaną nieprawdziwego oświadczenia lustracyjnego nie może być obligatoryjną przesłanką pozbawienia tej osoby pełnionej przez nią każdej funkcji publicznej.

Dla mnie najważniejszymi słowami były słowa wypowiedziane chyba przez prof. Stępnia po odczytaniu sentencji. Mówił on, że najważniejszą kwestią jest to, że w żadnym wypadku nie można nikogo karać za coś, co w danym przypadku nie było zabronione. A w tym momencie zabronić kontaktów z prawnie umocowaną służbą bezpieczeństwa legalnie w końcu działającego państwa jest niemożliwe. Powiedział też, że "państwo nie może i nie powinno zaspokajać żądzy zemsty, lecz powinno służyć sprawiedliwości".

I to są chyba najważniejsze słowa. Nie są to formalne wytyczne dla tworzących prawo i rządzących, ale powinni te słowa mieć zawsze w pamięci.

Chociaż niektórzy rządzący już dziś wyrażają głębokie niezadowolenie z orzeczenia. I mówią, że powinno się udostępnić całe archiwum IPN. To już jest poroniony pomysł. Bo oprócz oczywistych kłopotów technicznych (86 km bieżących akt! – dalej niż z Krakowa do Katowic!), to przecież nie powinno w żadnym wypadku ujawniać się danych dotyczących życia prywatnego, czy to osób inwigilowanych, czy też kogokolwiek innego. To, że wybitny opozycjonista miał kochankę na boku to jest jego prywatna sprawa!

Ktoś powiedział, że najlepiej będzie zabetonować cały IPN. Ja wolę ogłosić zbiórkę na benzynę. Bo beton można skuć i cała zabawa zacznie się od nowa…

czwartek, 10 maja 2007

TK, lustracja i inne dziwne sprawy

Oglądałem dzisiaj przy obiedzie transmisję z obrad Trybunału Konstytucyjnego. I dopiero wtedy usłyszałem o wszystkich posłach Mularczykach, sędziach Jamrozach i Grzybowskich i tak dalej… Ale budzi to mój naprawdę głęboki niesmak. Bo jak to jest, że pewien poseł (działający z umocowania marszałka Sejmu wprawdzie) idzie dzień przed swoim wystąpieniem do IPN, a ten mu przez całą noc szuka haków na wybrane osoby? I znajduje. Przy czym poseł przekazuje Trybunałowi ich niepełną wersję. Bo jeden sędzia został wyrejestrowany, bo nie chciał współpracować. A drugi został zarejestrowany już praktycznie w III RP, a nie PRL.

Mularczyk w odpowiedzi stwierdził, że nie jest w stanie powiedzieć, czemu tak postąpił.

Tak napisali w Wyborczej. I co można na coś takiego odpowiedzieć? Mnie nie starcza słów. To tak, jakbym poszedł do sądu i powiedział, że kolega mnie pobił. Później okazałoby się, że tak, pobił – prawie 20 lat temu, w piaskownicy łopatką. Ale przecież liczą się fakty! Jak w tym dowcipie: nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie samochód, a rower…

Mam nadzieję, że nie przyjdzie mi nigdy składać żadnego oświadczenia o współpracy czy jej braku. Mam nadzieję, że jeżeli jednak dojdzie do takiej konieczności, zwłaszcza w sytuacji podobnej do dzisiejszej, będę potrafił odmówić. Mam nadzieję, że odmówię dlatego, że uznam to uwłaczające mojej godności, a nie dlatego, że miałbym coś do ukrycia.

Tak, jestem jawnym współpracownikiem

Firmy Microsoft. Ponieważ pracuję w firmie, która produkuje oprogramowanie bazujące prawie wyłącznie na produktach Microsoftu. Ponieważ sam zakupiłem kilka produktów tejże firmy, używam ich i jestem z nich bardzo zadowolony.

Dlaczego w ogóle to piszę? Na pewnym forum znów pączkuje dyskusja, która zazwyczaj sprowadza się do określenia Wyższości Świąt A nad B. W sensie Linux a Windows, Java a .NET.

Primo – dla większości ludzi Microsoft kojarzy się wyłącznie z Windows. Które, owszem, kiedyś nie były może najlepszej jakości. Ale odkąd używam Windows XP, nie zdarzyło mi się, żeby system się zawiesił, stał się niestabilny, czy zrobił coś absolutnie niezrozumiałego. Tak, różne aplikacje oczywiście działają w bardzo różny sposób, jednak z systemu jestem niezmiernie zadowolony. Tak, to oczywiście również wynika z tego, że ja ten system znam bardzo dobrze i potrafię zrobić w nim większość rzeczy nie szukając informacji o tym w Internecie. A tak, niestety, w Linuksie już nie jest. Ile ja się namęczyłem z zainstalowaniem Linuksa na moim laptopie! Fedora 4 po zainicjowaniu instalacji pokazuje mi ekran w przeróżnych kolorach i restartuje komputer. Mandrake (czy tam Mandriva) wyrzuca się w połowie instalacji, kiedy już zdąży nadpisać mi MBR (na szczęście pamiętam, jak łatwo za pomocą płytki z Windowsem przywrócić go do poprzedniej postaci). Jakiś inny w ogóle nie wystartował. Gentoo się zainstalował, ale KDE do niego kompilowało się przez kilkanaście godzin! Fedora 5 zainstalowała się bezproblemowo. I niech nikt mi mówi, że mój laptop nie wspiera Linuksa! Wiem, że mam układ graficzny firmy SiS, ale Windowsowi jakoś to nie przeszkadza.

Ale skonfigurowanie sieci bezprzewodowej pod Linuksem przekroczyło już jednak moje siły. Prób synchronizacji kontaktów i kalendarza przez Bluetooth z komórką w ogóle nie zaczynałem. Sorry, Windows robi to od razu i w prosty sposób.

Secundo – pakiety biurowe. Byłem wielkim fanem OpenOffice'a. Bo darmowa alternatywa do strasznie drogiego MS Office'a. I zapaliłem się do tego i zacząłem używać i czytałem tutoriale, jak łatwo przesiąść się z MS Office'a. Ale w pewnym momencie zacząłem wątpić. Bo kilku rzeczy nie da się zrobić. Bo czegoś się nie mogłem doklikać. Bo stworzenie dużego (kilkadziesiąt stron) dokumentu o spójnym stylu (te same tabulatory!) okazało się praktycznie niemożliwe. Tak, może ja nie umiem; ale nie mam zamiaru uczyć się czegoś całkowicie od nowa. Więc zakupiłem licencję studencką MS Office'a 2007 za naprawdę nieduże pieniądze (niecałe 300 złotych), który, szczerze mówiąc, zachwyca mnie. Świetny interfejs, zupełnie różny od poprzedniego; jednak przyzwyczajenie się do niego zajęło mi kilka godzin pracy! A dzięki niemu naprawdę łatwiej dostać się do różnych funkcji (co pozwoliło mi w ogóle dowiedzieć się, że niektóre istnieją!).

Tertio – tworzenie oprogramowania zostanie dopisane w czasie późniejszym, bo właśnie kończy się wykład :)

PS Artykuł w żadnej mierze nie jest przez nikogo nie jest sponsorowany.

poniedziałek, 7 maja 2007

Taki sobie dzień...

...kiedy wszystko szło nie tak, jak trzeba.

Po kolei:

  • zgubiłem okulary (przeciwsłoneczne na szczęście, ze zwykłymi byłoby dużo gorzej). Już mam nowe. Ale nie mam też kilkudziesięciu złotych...
  • gafa w pracy. Ale nie opiszę, bo się wstydam.
  • nie ma jak przyjść na przystanek na minutę po odjeździe autobusu, za to aż 19 przed następnym. No, ale cóż, życie.
  • i w ogóle jakoś tak niefajnie.
Ale jutro będzie lepiej. Bo jutro nie ma poniedziałku, i to podługoweekendowego!

sobota, 5 maja 2007

Notatka testowa

Ta notatka jest wstawiona przez program Microsoft Office Word 2007 i, ku mojemu olbrzymiemu zdziwieniu, to naprawdę działa.

Czyli rzeczywiście już jest tak, że powoli zanika różnica między oprogramowaniem lokalnym a Internetowym. Wszystko ze wszystkim się przenika. Ciekawe tylko, kiedy będę za stary, żeby się w tym wszystkim połapać. I kiedy zostanę wygryziony przez młodsze pokolenie, które będzie już pokoleniem wyłącznie Internetowym. Ale może za kilkanaście-kilkadziesiąt lat nadejdzie kolejna wersja problemu Y2K i starzy programiści znający przedpotopowe technologie znowu będą w cenie.

W każdym razie – oprogramowanie Microsoftu współpracuje dobrze z oprogramowaniem Google'a. Też fajnie.



po próbie zmiany tej notaki: jednak nie jest tak dobrze, jak myślałem. Edytować notki już nie można.

Word 2007’s new Blogger support does not currently work. We are working closely with the Microsoft Word team to fix this.

Tym, co bardziej mi się nie podoba, to fakt, że
We’re still working on the compatibility issues in browsers such as Safari, Opera, etc. At this time, you’ll get best results with Firefox or Internet Explorer 6.

Jeszcze raz. Od początku. Bo tak!

A tak. A zacznę jeszcze raz pisać bloga. Bo tak.

Może tą razą wypali? A może nie? A jeśli nawet nie, to co.

Chciałem zacząć tradycyjnie, jak to ja, od ponarzekania. Bo akurat mam bardzo konkretny powód. Ale nie. Jeżeli to ma być początek, to przecież tak nie wolno. Więc narzekanie zostawimy sobie na inny czas.

W każdym razie - dzień dobry!