poniedziałek, 17 grudnia 2007

Garstka statystyk

Nie ma to jak Google Analytics. Doskonałe narzędzie do oglądania statystyk odwiedzin na stronie. Więc kilka faktów odnośniego mojego bloga.

Słowa kluczowe, po których wchodzono na moją stronę (wybrane):

  • bartek wasielak (14) - to rozumiem i w pełni popieram
  • fondue czekoladowe (2) - rozumiem pociąg do tej potrawy :)
  • anie kalendarzem google z outlooka (1) - co ma jakaś Ania do synchronizacji?
  • dobry lekarz w krakowie (1) - dział poradnictwa domowego zaprasza
  • ftp visual studio 2008 (1) - ktoś myślał, że wystawiłem na ftp 3,5GB instalkę VS?
  • iza walewska (1) - :)
  • obtarcia na palcach (1) - napisz do Kasi z każdym problemem...
  • prezenty na 25-lecie małżeństwa (1) - na razie tworzymy listę na 0-lecie małżeństwa. Ale na 25-lecie też możemy w sumie zacząć...
  • veevaa irlandia (1) - Monika, to do Ciebie chyba...

Natomiast strony, z których ludzie wchodzą na mojego bloga to (w kolejności ilości odwiedzin):

Można jeszcze dodać, że:

  • poniżej 0,5% odwiedzających używa języków: hiszpańskiego (w tym jedna osoba języka o kodzie sv - Salwador), włoskiego, niemieckiego i brytyjskiego (en-gb).
  • prawie tyle samo osób używa Internet Explorera (15,5%) co Opery (14,8%). 1,5% używa Safari, a 0,1% - Mozilli (nie Firefoksa).
  • 8,2% używa Linuksa, a aż 1,6% - Maka.
  • 4 użytkowników ma rozdzielczość ekranu 800x600, a tylko jeden - 1920x1200.
  • Najwięcej odwiedzających wchodzi przez Neostradę, ale w pierwszej dziesiątce jest lokalizacja sieciowa "lea juliusza 112" :)
  • Spoza kontynentu miałem tylko 8 odwiedzin - wszystkie z USA (to skąd ten Salwador wczesniej?). Oczywiście, z Polski jest aż 97% odwiedzin, z czego 86% - z Krakowa.

(Wszystkie statystyki pochodzą z okresu 16.11 - 16.12)

niedziela, 16 grudnia 2007

Izy sukienka

No to najważniejszy etap przygotowań przed ślubem mamy już zakończony. W sensie - Iza zakupiła sukienkę.

Oczywiście Paskuda ta moja za żadne skarby świata nie chce mi jej pokazać. Zobaczy ją każdy - ale ja dopiero za 8 miesięcy. I w dodatku po zakupie sukienka ta znajdzie się w domu u jej mamy, a nie u nas. Zresztą, zobaczenie samej sukienki na wieszaku niewiele by mi dało.

W każdym razie - chyba teraz muszę ja pomyśleć o tym, w co mam się ubrać. Szczerze mówiąc, nie mam za bardzo na to pomysłu...

sobota, 8 grudnia 2007

Niesamowicie wciągająca gra

Nie ma to jak być dzieckiem geografów. Głupia zabawa we wskazywanie miejsc na mapie, a zajęła mi już kilka godzin. Dostępna w wielu odmianach. Co ciekawe, nawet całej Europy nie udaje mi się przejść. Nic dziwnego, skoro od pewnego etapu pojawiają się miasta, o których w życiu nie słyszałem, a poza tym bez podanego państwa. Aha - i wymięgam przy flagach w Azji :)

Powodzenia!

(Nie udało mi się osadzić gry, tak więc trzeba, niestety, kliknąć w linka)

czwartek, 6 grudnia 2007

Synchronizacja kalendarza Outlooka z Google Calendar

Niedawno założyłem sobie Aplikacje Google'a w swojej nowej domenie (o tym napiszę później). W związku z tym zacząłem korzystać (np. w pracy) z Kalendarza Google'a. O tym, że ten kalendarz jest fajny, przekonałem się już dość dawno temu. Tylko - co mi teraz po jego funkcjonalności, jeżeli nie będę mógł go sobie zsynchronizować z Outlookiem i moim telefonem.

Na Maku można skorzystać z absurdalnie prostej synchronizacji Kalendarza Google'a z iCalem. Niestety, Outlook 2007 nie oferuje domyślnie synchronizacji z Googlem.

Znalazłem kilka ciekawych rozwiązań tego problemu - niestety, każde z nich jest płatne. Wprawdzie najtańsze kosztowało ledwo 10 dolarów, niemniej jednak stwierdziłem, że ja taką funkcjonalność chcę za darmo.

Na pierwszy ogień poszedł plug-in do Outlooka RemoteCalendars. Na stronie tego plug-ina jest informacja o kilku znanych bugach. Niestety, przytrafiły się one i mnie. Na początku wprawdzie plug-in był aktywny i ładnie się wyświetlał na swoim pasku w Outlooku, ale już po ponownym uruchomieniu Outlooka pasek pozostał - ale bez przycisków. Bo odinstalowaniu i zainstalowaniu RemoteCalendars raz jeszcze - pasek nie pojawił się wcale.

Dobra, druga próba. To było bardziej skomplikowane. Postanowiłem użyć rozwiązania ScheduleWorld (link). ScheduleWorld jest normalną aplikacją kalendarzową on-line, ale można go również wykorzystać jako warstwę pośrednią między Outlookiem a Googlem. Tak też zrobiłem. Utworzyłem tam sobie konto i uruchomiłem na początek synchronizację z Googlem. Jedyne, o czym należy w tym momencie pamiętać, to wciśnięcie przycisku Hosted Domain (ponieważ mój kalendarz jest teraz w mojej domenie).

Duży minus tego serwisu - intuicyjność. Kilka minut mi zajęło zrozumienie rozmieszczenia radio buttonów. Aż zajrzałem do kodu strony, czy czegoś może nie brakuje...

Prosta zmiana - przeniesienie tych buttonów na początek linijki - rozwiązałoby sprawę. Ale cóż. Udało się.

Druga kwestia - synchronizacja z Outlookiem. Też sprowadza się do instalacji odpowiedniego plug-ina. Ponieważ komunikaty o ewentualnych błędach nie mówią prawie nic o samych błędach, a przeglądanie logów raczej nie należy do popularnych hobby - trzeba zmienić w ustawieniach dwie rzeczy. Po pierwsze - wyłączyć szyfrowanie połączenia. A po drugie - w szczegółach ustawień synchronizacji kalendarza musi być zaznaczony format "SIF", a nie "vCalendar". Dlaczego - nie wiem. Inaczej po prostu nie działa.

Synchronizację Outlooka ze ScheduleWorld ustawiłem sobie raz na kilka godzin. Z tego co pamiętam z forum tej aplikacji, taka synchronizacja wyzwala również synchronizację ScheduleWorld z Kalendarzem Google'a. W każdym razie - zamierzony efekt został osiągnięty :)

piątek, 30 listopada 2007

Poandrzejkowo

VSoft rozpoczął wdrażanie metodologii Agile. Na razie wprowadzono tylko jeden element - ciągłą integrację. Wczoraj właśnie mieliśmy taką ekstremalną sesję integracji...

Odbyła się, jak każda chyba nasza integracja, w klubie Clu. Niestety, od poprzedniej imprezy (w lutym) zmieniło się jedno - kelnerki zarabiają więcej i stać je na ubrania zakrywające więcej ciała... Cóż, trudno, dobrobyt ma również swoje minusy.

W końcu udało mi się poznać niektóre żony/partnerki/mężów/partnerek moich koleżanek i kolegów z pracy. Takoż i oni mogli poznać Izę. Najwyższa pora :)

Jedno pytanie do tych, którzy znają Clu - jak nazywa się taki fajny drink na ginie o jaskrawoniebieskawopłynowodomycianaczyń kolorze? Bo następnym razem też będę chciał go zamówić. A naszej kodowej nazwy - paliwo rakietowe - panie barmanki mogą nie zrozumieć ;)

PS Pawle, jeszcze raz dziękuję za podwiezienie :)

wtorek, 27 listopada 2007

Nowy adres bloga

Jak widać w pasku adresu, blog jest dostępny pod nowym adresem: blog.wasielak.eu. Stary adres funkcjonować będzie jako przekierowanie.

Od dzisiaj zaczynam też przechodzenie na nowy adres mailowy: bartek@wasielak.eu. Będzie to proces powolny i żmudny, ale mam nadzieję, że kiedyś zakończy się sukcesem.

Telefon z banku

Przed chwilą zadzwonił do mnie pan z Multibanku. Przepraszać, że od miesiąca nie mogą rozpatrzyć mojego wniosku.

Dzień dobry, Tomasz F. z Multibanku. Przepraszamy [...], to nie pana wina,
mieliśmy przestój w Module Podnoszenia Limitów na Kartach Kredytowych.


To się dopiero nazywa modułowy system informatyczny ;)

niedziela, 25 listopada 2007

Ślub

No i udało się! Już wiemy, w którym kościele odbędzie się nasz ślub.

Wedle wszystkich znaków na ziemi i niebie nasz ślub odbędzie się 30 sierpnia 2008 roku w Kościele Pijarów (pw. Przemienienia Pańskiego, na Pijarskiej).

Wszystkich czytelników serdecznie zapraszamy!

Oczywiście, zaproszenia osobiste również będą miały miejsce :)

wtorek, 20 listopada 2007

Powrót kota :)

Walewska już w domu. Cała i zdrowa. Ale wyglądająca na ledwo żywą. Małe czarno-białe zwierzątko w zielonym fartuchu, z zimną skórą, wielkimi oczami, i takim pewnym niezrozumieniem na pyszczku.
Na razie ma się nie ruszać, ma przebywać w ciepłym miejscu i może mieć halucynacje :)

Walewska już na stole

Walewska o 0900 została przyjęta do weterynarza. Mamy ją odebrać o 1230. Ale jak te 2,5 godziny przesiedzieć spokojnie w pracy?...

poniedziałek, 19 listopada 2007

Kociostrachowo


Boimy się i martwimy. O Panią Walewską. Bo jutro o 0900 Walewska będzie sterylizowana.

Mamy wrażenie, że ona nie zdaje sobie sprawy z tego, co ją czeka. Na pewno pomyśli sobie, że coś się dzieje nie tak w momencie, kiedy zorientuje się, że nie dostała kolacji (24h głodówki...). A jutro rano Iza weźmie ją do taksówki i zawiezie do rzeź... chirurga, który otworzy jej śliczny, różowy brzuszek. A kot w tym czasie będzie pod narkozą i będzie przelewał się przez ręce.
No i jesteśmy zestresowani. I Iza chodzi w kółko po kuchni i mówi, że krzywdzi własnego kota. Ale przecież dobrze wiemy, że to dla jej własnego dobra.
Trzymajcie kciuki za operację!

niedziela, 11 listopada 2007

Znowu o wielu sprawach w jednym poście

Zacznijmy kolejno:

W sobotę zakończyliśmy nareszcie "eXPeryment" - czyli sześć spotkań na AGH (każde trwające 6-8 godzin), podczas których realizowaliśmy pewien projekt korzystając z metodologii XP (eXtreme Programming). Zajęcia udały się bardzo fajnie, ale, niestety, były koszmarnie wyczerpujące. Szczególny entuzjazm wzbudziły te zajęcia w poniedziałek, gdy po 6,5 w pracy szedłem na kolejne 6 godzin programowania na uczelni. Ale nic. Udało się. Żyją wszyscy.
Chwaląc samą organizację zajęć i udział prowadzącego trzeba, niestety, wspomnieć o ogólnym bałaganie związanym z całym projektem (a jest to duży projekt, realizowany przez wielu prowadzących i jeszcze więcej studentów). Nikt nie wie, co robią inni, a nawet w obrębie tej samej "sekcji" komunikacja jest koszmarnie zaburzona. Nie chcę wchodzić w szczegóły - bardzo nie lubię dowiadywać się o faktach w ostatniej kolejności...

A teraz sobie ponarzekam na różne firmy :)
  • Saturn - wywoływaliśmy tam zdjęcia. Wyszły koszmarnie ciemne! Tak, że na niektórych nic prawie nie widać (na różnych komputerach wyglądają ładnie). Natomiast przy kasie, gdy Iza chciała zapłacić swoją kartą, której nie zdążyła podpisać - ku mojemu zdziwieniu kasjerka przyjęła ją bez zmrużenia oka.
  • Carrefour w Galerii Krakowskiej - obsługiwał nas kasjer, lat około 20, pierwszy dzień w tym markecie, ale pracował już m.in. w Realu. Skąd to wiem? Bo przy kasie stali jego koledzy, z którymi cały czas rozmawiał. Sprzedał piwo osobom, które naszym zdaniem nie wyglądały na pełnoletnie, a dodatkowo wręcz obsłużył je wcześniej niż osobę, która stała w kolejce przed nimi! A zanim zaczął ją obsługiwać, uciął sobie około 2-minutową pogawędkę z ww. kolegami...
  • MPK, a raczej firma kontrolująca bilety - w tramwaju była kontrola biletów. Iza i Ania S. wyciągnęły swoje ELSy (elektroniczne legitymacje studenckie), a ja - bilet jednorazowy. Ale trzymałem w ręce też swoją kartę miejską. Kontroler posiadał oczywiście czytnik do kart wbudowany w soczewki kontaktowe. Tak więc nie sprawdził ważności ani mojego bilety jednorazowego, ani karty miejskiej. A ja, jak głupi, za każdym razem kasuję bilet... (i to za każdym razem inny!)
Przy okazji składamy życzenia urodzinowe Bartkowi C., na urodzinach którego byliśmy wczoraj, oraz Gabrielowi, którego imprezę urodzinową gościliśmy dzisiaj.

Aha, zmienił się nam stan posiadania kotów. Pani Walewska już u nas zostaje, natomiast w ubiegłym tygodniu znalazł się dom dla Andromedy. Tym sposobem od paru dni mamy (tymczasowo) Jerbę, półtoraroczną burą kotkę. Jerba jest bardzo sympatycznym kotem, ale widać po niej, że pierwszy raz jest pod dobrą opieką, dostaje regularnie jedzienie, itd. Je bardzo łapczywie i stara się wyjadać Walewskiej z miski. Myślę jednak, że szybko się nauczy, że u nas oba koty dostają jeść regularnie i oboma kotami się opiekujemy. I że nic jej z naszej strony nie grozi. W każdym razie - ona też szuka stałego domu!

środa, 31 października 2007

Ciekawy ficzer Visual Studio 2005

Implementuję sobie klasę, która ma być singletonem. I chciałem się debuggerm podpiąć pod jej (oczywiście prywatny) konstruktor.


I mam wywołanie w taki sposób:
Klasa.Instance.Metoda();
I wiem, że to jest pierwsze (a wręcz jedyne) użycie tej klasy.

Debugger stoi tuż przed tym wywołaniem. I F11. I nic - jesteśmy już za konstruktorem.
I tak się męczę przez pół godziny, ustawiając nowe breakpointy, nowe Debugger.Break(). I nic.

Co się okazało?
Należało zamknąć okienko Autos. Bo Visual Studio, aby wyświetlić w tym okienku informacje o Klasa.Instance musiał wykonać get tej właściwości, przez co wywoływał ten prywatny konstruktor.

Myślałem, że nawet jeżeli VS tak robi, to złapie breakpointa w tym konstruktorze. A tu niespodzianka...

sobota, 27 października 2007

Fondue czekoladowe

Dzisiaj - z okazji wizyty u nas Anny Marii i Kuby - postanowiliśmy zafundować sobie fondue czekoladowe. Na które składały się 3 tabliczki czekolady i masa owoców. I które w połączeniu z kawą i różowym Carlo Rossi okazało się świetnym pomysłem na wieczór.

Wieczór - po bardzo pracowitym dniu. Czas od 8 do 16 spędziłem bowiem na uczestniczeniu w eXPerymencie. eXPeryment jest przedsięwzięciem informatycznym, realizowanym w ramach przedmiotu Lekkie metody wytwarzania oprogramowania, na którym mamy stworzyć coś korzystając z metodologii XP (extreme programming). Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że jutro również spotykamy się o ósmej... A w poniedziałek o 14. A za dwa tygodnie - znowu trzy dni zajęte... Jak to dobrze, że jutro ósma będzie o dziewiątej :)

Aha, no i mamy znowu drugiego kota. Nie jest to, niestety, nasz Brucek ukochany. Jest to Andromeda - kot przywrócony do świata żywych przez Anię. A od wczoraj mieszka u nas, chowa się za drukarką, fuczy na Walewską (z wzajemnością) i wygląda prześlicznie. Jak będzie jaśniej, to zrobię jej ładne zdjęcia.

I jeszcze wczorajszy film - Pora umierać. Byliśmy na nim w prawie pustym kinie (Sztuka) i - o dziwo - nie zobaczyliśmy przed nim ani jednej reklamy. A sam film... Uspokajający. Z długimi momentami ciszy. I kilkoma fajnymi dialogami, które jednak - jak stwierdziliśmy - gdyby było ich więcej, mogłyby za bardzo przyćmić to, co w filmie najważniejsze. No i wielkie brawa dla Danuty Szaflarskiej - bo był to właściwie film jednej aktorki... I był to jeden z naprawdę niewielu filmów, podczas którego miałem łzy w oczach. Bo... każdy może chyba może w Anieli znaleźć cząstkę swojej babci.

poniedziałek, 22 października 2007

No, wybraliśmy

I po wyborach. Nie napiszę, jak dwa lata temu Wyborcza, "aleśmy wybrali". Ale napiszę, jaką ciekawą przygodą były dla mnie te wybory.


W weekend byliśmy w Chęcinach świętować 25-lecie małżeństwa rodziców (gratulujemy!). W niedzielę wyjechaliśmy do Krakowa na rajd po komisjach wyborczych...
Najpierw tata - Czyżyny. Załatwił sprawę chyba w dwie minuty:)
Później ja i mama na Kurdwanowie - też zagłosowaliśmy szybko, no bo na co można czekać...
Później Iza... O, i tu był problem.

Po przybyciu o 1940 zobaczyliśmy niezły tłumek:
Okazało się, że już o 1920 zabrakło kart do głosowania. Mimo telefonów (podobno już od 1800) do centrali, kart nie dowieziono. W związku z tym spisano protokół:

A ja napisałem SMS do Gazety Wyborczej i uciąłem sobie krótką pogawędkę z panem dziennikarzem z tejże właśnie gazety :)

A o 2040 dowieziono karty i Iza mogła spokojnie zagłosować. (na zdjęciu grzeczna kolejka do głosowania)A co do wyników... Dobrze się stało, że PiS został odsunięty od władzy. Ciekawe, jaki ostatecznie wynik osiągnię Platforma - chodzi mi o ilość posłów, nie procenty. Czy będzie 231? Jeśli nie, to kto poprze rząd? Sądzę, że LiD mógłby go poprzeć - ale chyba by do niego wszedł. Ale od czego jest PSL? W tym momencie jest to najbardziej naturalny partner dla PO - startowali razem w wyborach samorządowych, razem rządzą w wielu gminach. A poza tym... PSL ma udział niemal w każdym rządzie od 18 lat :)

I wymietliśmy przystawki :) No i bardzo dobrze. Szkoda tylko, że w Sejmie partii jest... mało. Tylko cztery. Nie mówię, kto konkretnie powinien się tam jeszcze znaleźć, chodzi mi o samą ilość.

No i teraz tylko jedno - PO, nie zawalcie. Bo jak coś spierniczycie, to zemsta PiSu w następnych wyborach może być straszna.

piątek, 19 października 2007

Krótko

Krótko o sprawach bieżących:

Od ponad tygodnia mamy w domu tylko jednego kota. Brucek znalazł już swój dom na stałe. Dobrze, że tak się stało, ale... nam tak jakoś smutno. Nie mówiąc już o tym, że Walewska przez pierwsze trzy noce nie potrafiła zrozumieć, że nie ma już brata i że o godzinie 3 w nocy nikt się z nią bawić nie będzie. Ale na pocieszenie nauczyła się wskakiwać do zlewu. Świetnie.

Wybory. Pierwszy raz w życiu nie jestem pewien, że mój wybór to najwłaściwszy wybór. Pierwszy raz będę musiał oddać głos z pewnym wahaniem. Czy zagłosować bardziej z przekonaniem, czy mieć na uwadze to, żeby odsunąć władzę od władzy? Paskudna się ta polityka zrobiła...

Wino. Cantine pellegrino, marsala fine. Dostaliśmy je kiedyś od Adama i Marka. A ostatnio zakupiliśmy drugą butelkę. Tylko że... Adam powiedział, że w sklepie z winem w Carrefourze na Zakopiance butelka kosztuje około 20 zł; myśmy w Almie kupili je za złotych prawie 30. Czy ktoś może widział to wino w bardziej przystępnej cenie gdzieś w centrum miasta? Bo wyprawa na Zakopiankę po wino to dla nas zbyt wielka przygoda:)

piątek, 12 października 2007

Kolejna debata

Tuzk a Kaczor. Tusk a Kaczyński.
Myślałem, że napiszę relację podobną do tej ostatniej. Że wypiszę jakieś najciekawsze fragmenty. Ale... nie chce mi się. Bo to znowu nie jest żadna debata. Kaczyński mówi, jaka to III RP jest do do d..., a IV będzie dobra i bez układów. Tusk - że Kaczyński rządzi nieudolnie.
I co to ma dać?
I po co to opisywać?
Pierdoły, jednym słowem.
Jedno piwo nie wystarczy chyba do końca debaty. Albo sięgnę po drugie, albo po prostu wyłączę radio. Tfu!

wtorek, 9 października 2007

Indeks i...

Ufff. Właśnie wpisałem sobie do indeksu przedmioty na obecny semestr. Dokładnie 23 wpisy! Niektóre z przedmiotów mają po 3 wpisy - laboratorium, egzamin i magiczna Ocena Końcowa. Która to, nota bene, miała nas ominąć. I dotknąć tylko te roczniki, które zaczęły naukę po wprowadzeniu nowego regulaminu studiów. I tak się rzeczywiście stało - tak mają wszyscy studenci Wydziału EAIE. Z wyjątkiem Informatyki. Musimy być wyjątkowi.

W indeksie zostało mi wolnych 9 stron. Ciekawe, czy tym, którzy mają oceny końcowe od początku studiów, nie będę musieli doklejać sobie dodatkowych stron w indeksie :>

No i druga sprawa. Prawdopodobnie znamy już datę naszego ślubu. Ale jaka dokładnie ona jest - napiszę, jak ją ostatecznie potwierdzimy.

O sondażach wyborczych

Taki fajny link. Na śmieszno. Spodobało mi się :)

sobota, 6 października 2007

Fondue

Już po pierwszych testach. Polędwica wieprzowa i trzy sosy: cytrynowy, curry i koktajlowy. I chilijskie chardonnay Antares. Jednym słowem - pycha! A jaka zabawa! Serdecznie polecamy.

wtorek, 2 października 2007

Informatycy a informatyka

Czemu jest tak, że na innych uczelniach i innych kierunkach prowadzący może skontaktować się ze studentami za pomocą poczty elektronicznej? Czemu informatyk z Katedry Informatyki nie może studentom informatyki wysłać maila z informacją, że wykład się nie odbędzie? Czy naprawdę prościej jest wydrukować i wywiesić kartkę na drzwiach?

Film reklamowy PiSu (znowu...)

Przed chwilą został opublikowany nowy film PiSu. Z najsłynniejszym obecnie polskim aktorem o pseudonimie scenicznym "mordo ty moja".



Film nie wnosi absolutnie nic. Jest wyłącznie próbą ośmieszenie Platformy. Przepraszam, czy tak ma wyglądać kampania wyborcza? Że dwie główne partie będą tylko i wyłącznie się atakować, i to za pomocą argumentów absolutnie niemerytorycznych?

Nie wiem, która z tych partii nie ma pomysłu na kampanię. Ale na pewno nie jest to tylko Platforma.

Kwiatki Microsoftu

Piszę sobie kod. Z użyciem Windows Workflow Foundation. I chcę, żeby coś zostało zrobione w momencie, gdy usuwam obiekt. Znajduję więc metodę, która ma się wtedy wywołać. Uruchamiam. Nic. Dlaczego?

MSDN podaje dlaczego. Spójrzcie na sekcję "remarks":



PS Ponieważ Blogger jest be i nie wkleił mi dużego obrazka, jak chciałem, przytaczam treść "remarks":

Current implementation provides no functionality.

poniedziałek, 1 października 2007

Prezent

A, i dostaliśmy dzisiaj zestaw do fondue. Trzeba będzie w weekend wypróbować. A z książeczki z przepisami najbardziej spodobało nam się fondue czekoladowe. 400 g czekolady i szklanka likieru pomarańczowego. Brzmi pysznie!

Debata

Chciałem obejrzeć sobie debatę Kwaśniewskiego i Kaczyńskiego. Niestety, okazało się to niemożliwe. Serwis iTVP.pl zaczął otwierać strumień danych, ale nie bardzo mu się to powiodło. TVN24.pl wprawdzie pokazał mi obraz, i to nawet przez kilka minut, po czym zmilkł i wrócił z rozdzielczością kilkanaście na kilkadziesiąt... TOK FM nadaje przynajmniej w stabilny sposób...

Kaczyński musiał użyć jednego ze swoich ulubionych frazesów - że gospodarka się rozwija, i jest to "fakt oczywisty".
Kwaśniewski, odpowiadając na jedno z pytań, powiedział, że pewna rozmowa toczyła się podczas przygotowań do spotkania z prezydentem Federacji Rosyjskiej, a "Wy takich przygotowań nie robicie, bo nie macie takich spotkań". No i to jest fakt. Niestety.
Kaczyński powiedział, że podatki w wysokości 18 i 32% to w gruncie rzeczy podatek liniowy. Że 18% płacić będzie 98,7% Polaków. Może rzeczywiście? A 10 milionów obywateli w ogóle nie będzie płacić, bo ulgi będą na tyle wysokie. W to wątpię. Ale jeżeli to ma się stać namiastką podatku liniowego, to wszystko w porządku. Aha, PiS miał wprowadzić te dwie stawki w 2007 roku.

Kwaśniewski bardzo chwali wszystkich ministrów spraw zagranicznych - od Skubiszewskiego do Mellera - że to byli wielcy patrioci. Kaczyński ich atakuje. Cytując Bartoszewskiego mówiącego o Polsce jako o "brzydkiej pannie".
O, teraz ciekawe - za co każdy z nich chce pochwalić drugiego w polityce zagranicznej. Kwaśniewski żałuje każdej gafy, jaką popełnił, ale nie ma zamiaru się usprawiedliwiać, zwłaszcza że było ich niewiele jak na tyle lat urzędowania. A ceni Kaczyńskiego za "inteligencję i program polityczny, z którym się całkowicie nie zgadza". Kaczyński twierdzi, że Kwaśniewski nie ma prawa krytykować polityki rządu, zwłaszcza poza granicami. Ale ceni go za Ukrainę. Punkt dla Kaczyńskiego.
O, nowy bon mot Kaczyńskiego: "fakt empiryczny".
I "rozumiem, że siła moich argumentów jest taka, że pan nie może wytrzymać". Ładna riposta Kaczyńskiego.
Kwaśniewski: "To, co udało się osiągnąć w polityce zagranicznej, to wielka katastrofa".
Kwaśniewski: "Jaki jest pomysł na silną Polskę i co uzyskaliśmy?" "Przedłużenie Nicei o 10 lat". W sensie że co? Liczenie głosów w Radzie UE? Co i tak nie ma prawie znaczenia?
Kwaśniewski odpowiada, że jemu się wszystko udało - osiągnąć dobre stosunki ze wszystkimi sąsiadami. Ale Kaczyński upiera się przy tej Nicei...
Kaczyński uważa, że dopiero teraz Polska uzyskała pozycję kraju, z którym należy się liczyć. I "najpierw Moskwa, teraz Bruksela".

Kwaśniewski przypomina słynne obietnice Kaczyńskiego: że nie będzie premierem, gdy brat będzie prezydentem, że Marcinkiewicz to premier na 4 lata, że z Samoobroną żadnych układów... Kaczyński: "do koalicji zostaliśmy zmuszeni". Czyżby?
Kaczyński: "III RP to były południowe Włochy". A Kwaśniewski to capo di tutti capi?
Kaczyński będzie chciał dokonać zmian konstytucji, a do tego będzie mu potrzebna "część Platformy".
Kwaśniewski, jako chyba pierwsza osoba od bardzo dawna, powiedział, że jest za "prawem liberalnym".
I kłócą się o pierdoły, takie jak sądy 24-godzinne.
Kwaśniewski: "to jest najbardziej zdemoralizowany rząd: minister spraw wewnętrznych, szef policji, szef CBŚ, szef największej firmy ubezpieczeniowej mianowany przez prezydenta - wszystkim są stawiane zarzuty". Kaczyński: "to dowodzi, że jest to pierwszy rząd walczący z korupcją". Dobre.

Podsumowując - nic a nic z tej debaty nie wynikło. Kaczyński potwierdził, że jest niezłomny i zniszczy Układ. I że prowadzi fantastyczną politykę, zwłaszcza zagraniczną. Kwaśniewski nie powiedział nic konkretnego. Rozsądnie odpowiadał na pytania w duchu swojej polityki i polityki LiD-u. Ale momentami szło niemal na noże. Kto był lepszy? O ile Kaczyński mówił to, co zawsze i w każdej sytuacji, niezależnie od zadawanych mu pytań, to Kwaśniewski starał się jednak odpowiadać rzeczowo. Szkoda, że Kaczyński atakował Kwaśniewskiego osobiście - o ile Kaczyński uczestniczył tu jako premier i szef jednej z najbardziej popularnych partii, to Kwaśniewski nie powinien tu być rozliczany jako były prezydent.

Podoba mi się krótkie podsumowanie w TOK FM: "Kaczyński mówił do swojego elektoratu, Kwaśniewski mówił do wszystkich".

niedziela, 30 września 2007

Łykend

Weekend upłynął pod znakiem zwiedzania. W związku z tym w sobotę zwiedziliśmy park krajobrazowy Ikea. Gdzie zakupiliśmy kilka słoików na kawę i inne tego typu substancyje. Chcieliśmy uzupełnić naszą przetrzebioną kolekcję szklanek, co - niestety - się nie udało, gdyż na razie tego modelu nie ma... Będzie za dwa tygodnie.

Później zwiedziliśmy słynną w okolicy Galeryję Krakowską. I tam udało nam się znaleźć to, czego tak naprawdę szukaliśmy - szklanki na whisky i kieliszki likierowo-wódkowe. Oczywiście, szklanki na whisky, które nam się najbardziej spodobały, kosztowały 65 zł. Za sztukę. No bo to Renomowana Firma Światowej Sławy. Kupiliśmy polskie. Dzięsięciokrotnie tańsze. Też ładne.

Co ciekawe - robienie zakupów do kuchni i do domu sprawia mi coraz większą przyjemność :)

A dziś - ostatnia przed rokiem akademickim wycieczka pozakrakowska. Weszliśmy sobie (posiłkując się nieco kolejką linową, ale o tym sza!) na Turbacz. I oglądaliśmy niesamowicie piękne Gorce w szacie wybitnie jesiennej. Niżej kilka z ładniejszych zdjęć.

Wycieczka niby nie była długa - raptem 4-5 godzin chodzenia, i to po płaskim - ale i tak czuję się trochę zmęczony. I mocno dotleniony. I nasłoneczniony. Jednym słowem - tego mi było trzeba :)







czwartek, 27 września 2007

Mail ex cathedra, czyli gromić nas będą ferro et igni

Otrzymaliśmy dziś niezwykle ciekawego maila od kierownictwa naszej katedry. O tym, iż obecność na wykładach będzie obowiązkowa; o tym, iż na tychże wykładach korzystanie z laptopów będzie "naganne"; i o tym, iż laboratoria mają w końcu być laboratoriami, a nie projektami.


Z ostatnim punktem mogę się zgodzić - jeżeli coś ma być projektem, niech się nazywa "projekt", co ma być laboratorium - "laboratorium". Do tej pory zasada była prosta: grupa laboratoryjna liczy sobie 12 osób, projektowa - 15 albo 18 (nie pamiętam). Rok składający się ze 120 osób można podzielić albo na 10 grup laboratoryjnych, albo na 7-8 grup projektowych. Różnica: 2 albo 3 zajęcia tygodniowo, które musi ktoś prowadzić i za które będzie dostawał pieniądze. Proste? Proste.

Ale ad rem. Regulamin studiów mówi wyraźnie, że "obecność studenta jest obowiązkowa pod rygorem niezaliczenia przedmiotu na: ćwiczeniach audytoryjnych, laboratoryjnych i projektowych, konwersatoriach, seminariach, lektoratach, zajęciach praktycznych i terenowych oraz na zajęciach z wychowania fizycznego". A ja to rozumiem tak, że na pozostałych typach zajęć (w szczególności wykładach) obecność obowiązkowa nie jest. I tyle. Czy tak jest rzeczywiście - dowiemy się pewnie w ciągu kilku najbliższych dni.

Forum roku zawrzało. Do tej pory jeden wykładowca wprowadził obowiązkowe wykłady. Był to - tak się składa - kierownik katedry. Owszem, frekwencja na jego wykładach dopisywała, nie to, co na innych... Na innych przedmiotach potrafiły czasem zjawić się nawet i dwie osoby. Pytanie tylko - o czym to świadczy? Czy naprawdę tylko o tym, że studenci pracują, nie mają czasu przyjść na ten wykład? A może o tym, że niektóre wykłady naprawdę nie są ciekawe? Że na niektórych rola wykładowcy ogranicza się do przerzucania ściągniętych z Internetu slajdów? Dziwne, że w ubiegłym roku na niektóre wykłady uczęszczały tylko dwie osoby, a na inne - trzydzieści. Bez rygoru obecności.

Na forum ktoś napisał, że w niektórych krajach wszystkie wykłady od dawna są obowiązkowe. I dobrze. Ale - od dawna. A nie jest to ogłaszane na 4 dni przed początkiem nowego roku. I być może jest tam jakaś możliwość wyboru. My - niestety - jej nie mamy. I musimy chodzić na Jedynie Słuszne Wykłady Jedynie Słusznych Wykładowców. Bo tako rzecze Kanon.

W każdym razie - do początku roku jeszcze kilka dni. Być może nasz (i nie tylko nasz) rok podejmnie jakieś działania. Ja dzisiaj, niestety, straciłem bardzo dużo szacunku dla swojej uczelni, a w szczególności katedry.

poniedziałek, 17 września 2007

IT Crowd

Przez przypadek znalazłem dzisiaj 4 nowe odcinki serialu IT Crowd. A już myślałem, że nigdy nie nakręcą kolejnej serii :)

Jutro już powinny być. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć znów na ekranie informatyków rąbniętych bardziej, niż my :)

niedziela, 16 września 2007

Słomianie

No i zostałem słomianym wdowcem. Na ledwie kilka dni, ale zawsze się liczy. Ażeby mieć prawo do godnego noszenia tego miana, wczoraj tuż po odprowadzeniu Izy na pociąg, udałem się grzecznie i przykładnie na imprezę rocznicową Pobiegów. Choć goście nie dopisali (pod względem ilościowym wyłącznie, rzecz jasna), to wszystkiego innego było pod dostatkiem. Muszelki :) I whisky i wódka i w ogóle. Na szczęście, powrót do domu do najtrudniejszych nie należał. No i oczywiście, w domu czekały kociaki. Te to będą zawsze wierne :)


Aha, i jeszcze raz chciałem ponarzekać na Google'a. Od dwóch dni znowu Google Reader nie działa pod Operą. Co irytuje mnie niezmiernie.

sobota, 15 września 2007

New light through old windows

Przez umyte okna świat wydaje się jaśniejszy i cieplejszy.


Wczorajszy dzień, mimo pięknej pogody i wysokiej temperatury, nie był ani jasny, ani ciepły. Wczorajszego dnia pożegnaliśmy naszego Kolegę - Maćka Taczuka - który zginął tragicznie w poniedziałek. Wczoraj po raz drugi w ciągu kilku miesięcy brałem udział w pogrzebie osoby w moim wieku. I wczoraj stwierdziłem, że nie chcę już uczestniczyć w pogrzebach, gdzie Zmarłego żegnają rodzice i dziadkowie, że w takich pogrzebach jest coś bardzo złego. I wczoraj znów uświadomiłem sobie, jak łatwo jest przekroczyć tę granicę, po drugiej stronie której można tylko zostać odprowadzanym przez setki bliskich osób.

Maćku - pozostaniesz wśród nas.

piątek, 7 września 2007

I po zawodach

Sejm V kadencji się rozwiązał. I tyle.

Obawiam się, czy VI kadencja będzie lepsza. Bo sondażom już nie wierzę. A obawiam się, że wyniki wyborów mogą być bardzo podobne...

Najgorsze jest to, że premier robi teraz wielką scenę i prezydent na jego wniosek odwołał prawie wszystkich ministrów. Zaraz zostaną powołani jako "pełniący obowiązki" i będą nie do ruszenia.

Ale wybory i kampania wyborcza... Pseudokampania, za którą PiS zostało skrytykowane przez PKW, już ruszyła. Tylko należy mieć na uwadze to, że PiS ma prawie własną telewizję i wszystkie ministerstwa, ipeeny, abewu, cebeesie, cebea i parę innych ciekawych instytucji. Obawiam się, że czasy "łagodnego" "dziadka z Wehrmachtu" już minęły. Haki będą się robić coraz ostrzejsze...

Google a Opera (revisited)

A dzisiaj Reader jednak działa... A mogła być taka fajna okazja do lepszego poznania Safari. Chociaż - tego i tak nie wykluczam :) 

czwartek, 6 września 2007

Google nie lubi Opery

I to bardzo. Pod Operą nigdy dobrze nie działały Dokumenty i Arkusze. Picasa Web Albums wyświetlała komunikat, że nie może udostępnić wszystkich funkcjonalności. A Kalendarz działał tak jakoś... topornie.
Przy czym to nie jest wina Opery. Bo Opera akurat wyświetla wszystko jak najbardziej zgodnie ze standardami. Tylko jakoś największa na świecie firma internetowa nie tworzy oprogramowania z nimi zgodnymi.
A dzisiaj tej zgodności pozbył się również Google Reader. I pod Operą nie zadziała. Tak długo, aż ktoś nie napisze skryptów naprawiających.
Coś mam wrażenie, że uśmiechnę się do Safari. Tam Reader działa jak najbardziej w porządku...


PS To PS jest dopisane już za pomocą Safari, pod którym działa i Reader, i Dokumenty i Arkusza, i Picasa, no i Blogger. No!

środa, 5 września 2007

ClickOnce

Ostatnio Iza poprosiła mnie, żebym napisał dla niej taką małą aplikacyjkę. No to co - siadłem i napisałem. Ale mam zasadę, że rzeczy, które piszę dla siebie, staram się wykonać z wykorzystaniem jakiejś nowej technologii. Dlatego na przykład pół roku temu poznałem Google Web Toolkit.

Tym razem padło na znany mi .NET. Ale postanowiłem użyć technologii ClickOnce. A co chodzi? Ano o to, że - w moim przypadku:

  • buduję aplikację
  • umieszczam ją na serwerze za pomocą FTP
  • zainteresowani ściągają ją sobie przez www

A jakie konkretnie zalety:

  • po wpisaniu ustawień (dane FTP, adres WWW i parę innych) jest to zapisywane w pliku projektu i rzeczywiście wystarczy click once - w Publish, zamiast Build - i nowa wersja jest na serwerze
  • mogę ustawić (jako deweloper), żeby aplikacja sprawdzała, czy są jej uaktualnienia
  • użytkownik też robi w zasadzie click once - wpisuje adres w przeglądarce, klika na Install i gdzieś jeszcze po drodze to akceptuje - a w rezultacie dostaje zainstalowaną aplikację, z wpisem w Menu Start i ładnym dezinstalatorem poprzez Dodaj/Usuń programy

Niestety, są minusy:

  • Po opublikowaniu udało mi się zainstalować aplikację tylko za pomocą Internet Explorera 7. Bardzo istotne jest, aby na serwerze, na którym publikowana jest aplikacja, z plikami typu .application skojarzyć typ MIME application/x-ms-application. Po tym zabiegu można było zainstalować ją również poprzez IE6 (MS zapewnia, że działa z IE >= 5.1)
  • Aby móc ją instalować przez Firefoksa, potrzebny jest plugin (sprawdzałem, działa).

I w zasadzie tyle. Generalnie - polecam. Zwłaszcza że w Visual Studio 2008 ta funkcjonalność jest podobno jeszcze bardziej rozbudowana...

Lawiny

W Tatrach II stopień zagrożenia lawinowego.
Miejscami nawet 60 cm śniegu.
A ja się chciałem tam wybrać 22 września...

Na marginesie - jestem przeciwny teorii wpływu ludzi na rzekome ocieplanie się klimatu :)

Koncert Fisha

Wczoraj w radiu usłyszałem, że 26 października w Krakowie znowu wystąpi Fish. Obecna jego trasa koncertowa nazywa się "Clutching at Stars" i wykonuje podczas niej piosenki ze swojej nowej płyty oraz z Marillionowej płyty "Clutching at Straws". Więcej informacji tutaj.

Byliśmy na jego koncercie rok temu - a był to koncert z okazji 20. rocznicy wydania "Misplaced Childhood". I było fenomalnie. Fish zagrał całą płytę "Misplaced..." kawałek po kawałku! Tak więc absolutnie polecamy! My się wybieramy.

niedziela, 2 września 2007

Plakat za oknem (zmiana na gorsze)

Wczoraj znowu zmienili nam plakat za oknem. Nie ma już stanika z Intimissimi. Są jakieś okna bezołowiowe reklamowane przez Skoczylasa i Szelca z Kabaretu Elita.
Kabaret może i fajny, ale ci panowie absolutnie nie wyglądają jak modelka na poprzednim plakacie...

czwartek, 30 sierpnia 2007

Morze Północne (o rejsie część 3)

Brunsbuettel - Cuxhaven

Jednego dnia taka pogoda. A dzień później - trzeba było szykować sztormiaki. Po przepłynięciu śluzy w Brunsbuettel ujrzeliśmy Morze Północne.

Pierwsze wrażenie - morze jak morze. Ale dość szybko, zwłaszcza przy bajdewindach i dużych falach i bryzgach wpadających na pokład, odkryliśmy organoleptycznie, że jest dużo bardziej słone od Bałtyku. Mimo mokrych ust, oblizywanie warg wcale nie przynosiło ulgi - przenosiło tylko sól na język...

No i pływy. Pamiętam moment, kiedy nasz log pokazywał nam prędkość względem wody wynoszącą około 6 węzłów. W tym samym czasie GPS pokazywał prędkość względem Ziemi - 10 węzłów. Czyli 4 węzły dla prądu. Dobrze, że płynęliśmy wtedy wraz z nim, a nie podeń. 6 - 4 = 2 węzły to jednak nie byłaby duża prędkość.

Cuxhaven

Cuxhaven - wbrew nazwie - leży w Niemczech. Uważane jest za awanport Hamburga. I jest pierwszym portem na morzu pływowym, w którym byłem. Różnica poziomów między wysoką a niską wodą wynosi kilka metrów. Oczywiście, nie widać gołym okiem, że woda podnosi się czy opada. Ale wyraźnie widać, że wieczorem przejście z pływającego pomostu na stały było prawie po płaskim, a rano trzeba pokonać wzniesienie o niemal 30-stopniowym spadku.

W Cuxhaven - podobnie jak zresztą podczas całego naszego pobytu na Morzu Północnym - wiało. I to tak, że zdmuchnęło mi bitą śmietanę z lodów :)

Cuxhaven - Helgoland

Z Cuxhaven udaliśmy się w kierunku na Helgoland. Był to tak naprawdę pierwszy pełnomorski przelot podczas tego rejsu. Niemniej jednak był na tyle krótki, że choroba morska dopiero zabierała się za część naszej załogi. Ostateczne spustoszenie miała poczynić dopiero dwa dni później.

Helgoland

I znaleźliśmy się na Helgolandzie. Pięknej i malowniczej wysepce, którą można obejść całą w ciągu dwóch godzin. I której - oprócz wyglądu - głównym atutem jest fakt istnienia strefy wolnocłowej.

Pierwsze primo - port. W porcie jest zaledwie kilka stanowisk, gdzie można przycumować jacht do kei. Jeżeli jest więcej jachtów niż miejsc - zaczyna się cumowanie longside do innych jachtów. Nic strasznego, gdy jest się drugim czy trzecim jachtem w takim "słupku". Ale my w pewnym momencie byliśmy zacumowani jako ósmy (!) jacht. Tak właśnie wyglądają owe słupki... A tak my na ich tle. Po przypłynięciu na Helgoland mieliśmy strasznie dużo mokrych rzeczy. Okazało się, że w kibelkach w porcie jest magiczna Trocknermaschine. Wzięliśmy więc z Łosiem pełen worek naszych rzeczy do suszenie. I przez te siedem jachtów dotargaliśmy go jakoś na brzeg. Niestety, dziadek klozetowy przywitał nas słowami "Trocknermaschine ist kaputt". Ech. Znowu worek na plecy i znowu przez siedem jachtów...

Wieczorem poszliśmy zwiedzać Helgoland. Wyspa ma piękne klifowe brzegi. Kiedyś była ważnym ośrodkiem wojskowym, więc gdzieniegdzie w tych klifach widać jeszcze umocnienia. A tymczasem gnieżdżą się tam mewy i kormorany.

Wyspa jest jedną wielką zieloną łąką. Bardzo podziurowaną łąką - Brytyjczycy po II wojnie światowej detonowali tam pozostały im proch...

Obeszliśmy więc sobie tę wyspę, a następnego dnia nawet ją opłynęliśmy. Zrobiliśmy sobie jedyne chyba wspólne zdjęcie, Obfotografowaliśmy Długą Anię (tę samotną skałę), zrobiliśmy sobie zdjęcia na tle wyspy, zdjęcia parami, trójkami, a nawet pojedyncze. Obejrzeliśmy też latarnię morską i dziwną instalację wojskową (tajną przez poufną).

A następnego dnia dziwiliśmy, czemu na spokojnej wyspie czujemy się jak na Floriańskiej w samo południe. A to wszystko przez promy widoczne w tle. Cóż, tani alkohol, tytoń i perfumy. I po to tylko ludzie tam jeżdżą? Nigdy nie potrafiłem tego zrozumieć...

Na marginesie - wróciliśmy do domu z zapasem Queen Anne, Campari, W. O. Larsena i Fahrenheita.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Z Heiligenhafen do... (o rejsie część 2)

Heiligenhafen
W Heiligenhafen trafiliśmy akurat na trzydniowy festiwal wina. Pani, od której odbieraliśmy jacht, zdziwiła się, że nie chcemy zostać tam aż do niedzieli. Ale my przecież przyjechaliśmy popływać!
W każdym razie, w sobotę poszliśmy na rynek. Występy kapel lokalnych grających przeboje światowe, tańczący ludzie (w każdym wieku) oraz wino i kiełbasa. Cóż, jak dla mnie połączenie oryginalne, ale wszystko jest dla ludzi. Napiliśmy się więc po kieliszku wina (jakieś lokalne, ale całkiem dobre) oraz zjedliśmy sobie Bratwurstwa. Mogliśmy zamówić sobie Krakauerwurst, ale przecież nie po to jechaliśmy tysiąc kilometrów z Krakowa, żeby jeść kiełbasę krakowską! Ale później, coby kiełbasa dobrze się trawiła, poszliśmy na piwo.

Heiligenhafen-Holtenau
W końcu w sobotę koło południa wypłynęliśmy. Piękna pogoda, Słoneczke grzeje... A my płyniemy sobie spokojnie. Prawdę mówiąc, słabo pamiętam ten przelot. Primo - krótki był. Secundo - jakoś nie działo się wtedy specjalnie wiele. Wiało spokojnie, płynęło się równo... Jednym słowem - sielanka.
Wpływając do samej Kilonii zobaczyliśmy za to łódź podwodną. Stojącą na brzegu. Na szczęście podczas powrotu mogliśmy sobie obejrzeć ją z bliska.
Zacumowaliśmy w Holtenau , tuż przy śluzie, tuż przy początku Kanału Kilońskiego (po niemiecku: Nord-Ostsee-Kanal). Niesamowicie wyglądało w nocy, gdy szło się na przykład do ubikacji i widziąło się, jak kilkadziesiąt metrów obok przesuwa się statek, wielkości kilkupiętrowego bloku. Jeszcze w nocy, gdy widać praktycznie tylko jego światełka...
W Holtenau spotkaliśmy pewnego Niemca. Zapytaliśmy się go, gdzie możemy dostać mapy. Powiedział nam. Ale po chwili przyszedł też ze swoim laptopem i bardzo ciekawym programem. Program (jak to mówili u mnie w poprzedniej robocie - z promocju) zawierał mapy morskie całego świata wraz z podejściówkami niemal wszystkich portów. Okazał się niesamowicie przydatny, zwłaszcza że pomocy nawigacyjnych mieliśmy pod dostatkiem.
Niemca, oczywiście, podjęliśmy tym, co mieliśmy najlepsze (za wyjątkiem kobiet, oczywiście). Tak więc zmarudził u nas co najmniej ze dwie godziny. Przez prawie cały ten czas na kei stała jego matka (!), rzucająca cięte spojrzenia to jemu, to nam. Na szczęście Smirnoffa mieliśmy na pokładzie na tyle dużo, że Niemiec wychodząc od nas z jachtu absolutnie nie miał ochoty zajmować się tym, co też powie jego mama. Dużo większym problemem było zejście na keję (udane) i wzięcie ze sobą komórki (udane, ale dopiero po mojej interwencji).

Kanał Kiloński - Holtenau-Brunsbuettel
Następnego dnia rano wyruszyliśmy w ekscytującą wręcz podróż Kanałem Kilońskim. Najpierw śluza (tu i tu). Śluza absolutnie nie przypomina Guzianki, bo różnicy poziomów było może kilkadziesiąt centymetrów, poza tym brzegi równe, a nie zwężające się, no i jakoś kultura tako trochę wyższa...
A później kanał. Minęliśmy w sumie kilka (albo nawet kilkanaście) mostów; każdy miał około 40 metrów wysokości (takich jak ten albo ten). Zastanawialiśmy się, czy niektóre statki zmieszczą się pod nimi... I czy sami się tam zmieścimy.
Mijaliśmy trochę dużych statków (takich jak ten). Okazało się jednak, że te "duże" statki wcale nie są takie duże. Te naprawdę duże pływają po kanale tylko nocą, kiedy to zakaz pływania mają jachty. Niemniej jednak, te mniejsze również robiły porażające wrażenie.
Po drodze minęliśmy kilkanaście promów. O bardzo rewizjonistycznych nazwach, takich jak Stettin, Danzig, Swinemuende, Kolberg czy Breslau. Jeden prom zwrócił moją szczególną uwagę (niestety, nie mam jego zdjęcia). Był to prom podwieszony do mostu i poruszający się kilka metrów nad poziomem kanału! Szkoda, że nie widzieliśmy go w ruchu... Co ciekawe, taki niby-prom miał wszystkie oznaczenia statku wodnego!
W Brunsbuettel znów przeprawiliśmy się przez śluzę i w ten magiczny sposób znaleźliśmy się na Morzu Północnym. Ale o tym - w następnym odcinku.

Dobry lekarz

Serdecznie polecam pana doktora z Lux-Medu (o czteroczłonowym imieniu i nazwisku!). Jak to dobrze trafić na lekarza, który ma ten sam problem, co pacjent; i potrafi się z tym pacjentem podzielić swoimi spostrzeżeniami i wnioskami na temat leczenia.

środa, 22 sierpnia 2007

Plakat za oknem

Na samym początku, jak zaczęliśmy tutaj mieszkać, za oknem mieliśmy plakat z grupą ludzi (z najbardziej widocznym grubym księdzem), z których każdy trzymał w ręce żółty breloczek z napisem "Jeżdżę trzeźwy" czy jakoś tak.

Później zmienili nam plakat na taki. I nie wiadomo, co było gorsze.

Bałem się strasznie, co będzie następne.

Po powrocie z rejsu okazało się, że następny plakat jest o niebo lepszy. Aż się chce wychodzić na balkon. Mamy plakat z reklamą tej firmy :)))

wtorek, 21 sierpnia 2007

O nie, nie byliśmy tam dla przyjemności! (o rejsie część 1)

Posłuchajcie opowieści, hej-heja-ho!
Co ładunek grozy mieści, hej-heja-ho!

Rejs 2007 - Bałtyk i Morze Północne
A wyglądało to tak:

Trasa rejsu
Miejsca, które odwiedziliśmy, zostały zaznaczone na tej mapie.

Dojazd
Wypływaliśmy z portu w Holsztynie - Heiligenhafen. Dojazd tam okazał się nad wyraz prosty - i wykorzystaliśmy do niego chyba 3/4 autostrad istniejących w Polsce. Czyli - w Balicach na autostradę, a zjazd z niej tuż przed samym Heiligenhafen. Czegóż chcieć więcej?
Jechaliśmy w sumie trzema samochodami. Ja zostałem przydzielony do Burasa i jego Kangoo - najcenniejszego samochodu całej eskadry - to my wieźliśmy wszystkie zapasy jedzenia oraz - co ważniejsze - picia. Okazało się, że taki samochód prowadzi się zaskakująco lekko i przyjemnie. I że osiąga normalne prędkości przelotowe na niemieckich autostradach.

Jacht
Praktycznie od razu po przyjeździe zaczęliśmy odbierać jacht. Jacht "Tubbs", typu Rhodos 390, 11,85 m długości. Formalnie na 9 osób. 3 kabiny + 3 koje w mesie.
Od zewnątrz wygląda tak, tak albo na przykład tak.
W środku za to tak (mesa) albo tak (nasza koja rufowa).
Wygodny to był jacht. Z tymże... przystosowany do żeglugi w stylu niemieckim albo holenderskim, gdzie na jachcie tej wielkości płynie para emerytów albo co najwyżej małżeństwo z dziećmi. A nie aż osiem osób!
No i Niemcy pływają raczej tylko za dnia. My wprawdzie na wodzie spędziliśmy ledwie dwie noce, ale i tak możemy stwierdzić, że jacht nie jest przystosowany do długotrwałej żeglugi w trudnych warunkach. Tak więc na przykład nie było sztormdesek do koj w mesie, co ładnie ilustruje to zdjęcie. Widoczny na nim Buras miał problemy z chorobą morską, które - jak wiadomo - zawsze nasilają się po wejściu do kabiny. Z tego powodu nie miał ochoty tracić cennego czasu spędzonego pod dekiem na rozbieranie się (a później ubieranie). Z drugiej strony gdyby położył się na wolnej koi (w mesie na prawej burcie) niechybnie i tak spadłby z niej na podłogę. Ale cóż, nie byliśmy tam dla przyjemności :)
Jacht za to całkiem solidnie był wyposażony w pomoce nawigacyjne. Mieliśmy ładnego GPS-a i nawet pokładowego laptopa z zestawem map i odbiornikiem GPS - dzięki temu w Laboe widzieliśmy dokładnie miejsce przy kei, przy którym stanęliśmy! Zabrakło jednak... dobrych map papierowych. Owszem, mieliśmy zestaw na cały zachodni Bałtyk, ale, niestety, nie na wschodnie Morze Północne oraz Jutlandię. Mimo wyraźnej prośby podczas załatwienia czarteru z Polski. Oczywiście, Andrzej nie zgodziłby się na żeglowanie po jakimkolwiek akwenie bez map, tak więc odpowiednie arkusze zostały zakupione (częściowo na koszt armatora) w Holtenau.

ciąg dalszy nastąpi...

Ale zanim nastąpi, krótki opis przygody z dwóch ostatnich dni.

MikroSzkop
W środę (15 sierpnia) wypłynęliśmy z Laboe w kierunku na duńską wyspę Langeland. Prognozy były przyjemne, bodajże 4 do 6. Po przepłynięciu dobrych kilku mil zobaczyliśmy na morzu maleńką motorówkę a na niej faceta machającego do nas - wyraźnie wzywał pomocy. Andrzej oczywiście natychmiast przystąpił do akcji ratunkowej. Motorówka została wzięta na hol, a Śrubka próbował dokrzyczeć się do człowieka znajdującego się na niej. Okazało się, że jego silnik ist kaputt. Na nasze pytanie, dokąd mamy go zabrać, odpowiedział - gdziekolwiek! Jak usłyszał od nas, że wybieramy się do Danii, powiedział, że też może być.
W pewnym momencie - w zasadzie znikąd - przywiał potężny szkwał. Rozdzierając nam foka na długości ponad metra. Musiało to wyglądać naprawdę ciekawie - 12-metrowy jacht walczący bez foka z silnym wiatrem, a za nim, na coraz większych falach, maleńka 4,5-metrowa motorówka z jedną osobą na pokładzie.
Po dopłynięciu na Langeland zaprosiliśmy naszego uratowanego Niemca na pokład. Okazało się, że chciał z Kilonii przepłynąć wzdłuż brzegu do Heiligenhafen. Jednak akurat w tym rejonie odbywały się manewry Kriegsmarine; polecono mu więc oddalić się od brzegu. Niestety, na otwartym morzu fala była znacznie większa niż przy lądzie i jego nieduży silnik - co rusz wyskakując z wody - zapowietrzył się i nie dawał się uruchomić. W każdym razie, na Langelandzie udało mu się już go uruchomić.
Niemiec został ochrzczony "naszym mikroszkopem", a jego łódka "naszym bączkiem". Dlaczego - zobaczcie tu albo tu.
Nasz prawie 70-letni niedoszły rozbitek został z nami na podwieczorku. Był niezmiernie wdzięczny za pomoc i pokazywał nam nawet zdjęcia swojej żony, która prosiła, aby podziękował też w jej imieniu. Niestety, nie zapisaliśmy sobie ani jego imienia, ani numeru telefonu...
Następnego dnia Niemiec miał zdecydować, co będzie robić. Ponieważ prognoza na ten dzień była bardzo dobra (3-5B), postanowił popłynąć z nami do Heiligenhafen. Mieliśmy być w zasięgu wzroku, żeby w razie czego móc mu znowu pomóc.
Wyszedł z portu około 1200 (my jakieś 15 minut później). Na żaglach płynęliśmy około 3,5 węzła, on na swoim silniczku spokojnie wyciągał powyżej pięciu. Widzieliśmy go, jak opływał Langeland. Niestety, my musieliśmy ominąć płyciznę (przez którą on mógł swobodnie przepłynąć) i trochę się pohalsować. Kiedy wyszliśmy za cypelek, jego już nie było widać.
Morze było spokojne, a wiatr umiarkowany. Do pewnego momentu. Znowu, w jednej sekundzie nagle przywiało. Wiatr i deszcz siekący dosłownie w policzki. Nic nie widać, słychać tylko wiatr i deszcz. Później powiedziano nam, że wiało 10 B.
Chwilę zajęło mi opanowanie jachtu. Nie było to łatwe, co widać na przykład tu. Ale udało się i już po kilkunastu minutach byliśmy z powrotem na kursie. Z pewnymi problemi, ale pod wieczór dotarliśmy bezpiecznie do Heiligenhafen.
Andrzej ze Śrubką poszli do Hafenmeistra zgłosić nasze przybycie i dowiedzieć się o Mikroszkopa. Niestety, nie słyszał o jachcie Spes. Polecił im natychmiast udać się na policję.
Zgłosili to, że wyszliśmy razem z Langelandu i że on miał dopłynąć do Heiligenhafen. Policja zaczęła telefonicznie wyszukiwać jachtu o takiej nazwie we wszystkich marinach w tym mieście, a później dalej na wybrzeżu niemieckim i duńskim. Bez rezultatu.
Wieczorem ruszyła akcja poszukiwawcza.
Dzisiaj koło południa została wstrzymana.
Niemca nie znaleziono.
Liczymy na to, że dotarł bezpiecznie do jakiegoś portu i że na przykład nie zgłosił swojego pobytu. Albo Hafenmeister nie spytał go o nazwę jachtu. (Zaczynam doceniać polską wodną biurokrację).
Albo że - ostatecznie - został gdzieś wysztrandowany.
Ale póki co - nie ma oficjalnego śladu jego jachtu, a my nie wiemy nawet, jak nasz Niemiec się nazywa, ani nawet skąd pochodzi.
Cały czas jesteśmy w kontakcie z policją z Heiligenhafen.

poniedziałek, 20 sierpnia 2007

Zdjęcia z rejsu

Mamy już Internet! I moglibyśmy podzielić się wrażeniami z rejsu, ale... może jutro :)
Dzisiaj tylko zdjęcia Izy i moje. Jutro może coś więcej.

Aha, koty do nas wróciły :)

Pływy? Pływy to nam z ręki jadły!

Wróciliśmy!
Pokonawszy pływy, zdobywszy fiordy i pamiętając o tym, że nie byliśmy tam dla przyjemności.
Wrażeń dużo, zdjęć w sumie też.
Niestety, dlatego że dopiero dzisiaj dostaniemy Internet, więcej ani nie napiszę, ani nie pokażę.
Ale bądźcie przygotowani na więcej! :)

piątek, 3 sierpnia 2007

Wyjazd

Za 6,5 godziny wyjeżdżamy. Trochę stresu związanego z tym jest... Ale poradzimy sobie, no!

W związku z tym, że od środy nie mamy Internetu (i odzyskamy go dopiero po powrocie), to jest kilka spraw, które chciałem tu opisać (w tym dwa wina:) ). Ale to będzie musiało poczekać na nasz powrót.

A tymczasem - do zobaczenia!
Życzcie nam stopy wody pod kilem!

Tutaj mapa z trasą naszego rejsu. Mam nadzieję, że będzie aktualizowana podczas niego:)

środa, 1 sierpnia 2007

Oferta last minute

Jeżeli ktoś ma ochotę na rejs dookoła Danii (wyjazd w piątek), to serdecznie zapraszamy. Załogant się rozchorował i szukamy zastępstwa na gwałt :)

wtorek, 31 lipca 2007

Kocie szaleństwa

Fantastyczny (moim zdaniem ;) ) filmik o Kotce Mistrzyni Drugiego Planu.
Kotką jest oczywiście Pani Walewska.

Zobacz filmik i bloga o kotach, które cały czas czekają na dom!

poniedziałek, 30 lipca 2007

Harry Potter

Byliśmy wczoraj w kinie na "Harrym Potterze i Zakonie Feniksa". Zanim cokolwiek o filmie - kino.

Tytułem wstępu. Zarezerwowaliśmy bilety w Cinema City w Galerii Kazimierz. Stwierdziliśmy, że przy okazji kupimy sobie w Almie kawę (serdecznie polecam! 250 gramów kosztuje 20 zł, a jest o klasę lepsza od Lavazzy!). Za sprawą jednak Kasi i Piotrka, którzy odwiedzili nas wcześniej, i od których dostaliśmy w prezencie młynek do kawy (łiii!), zweryfikowaliśmy listę zakupów - postanowiliśmy kupić kawę, ale ziarnistą.

Tak więc z półkilowym opakowaniem kawy ziarnistej udajemy się do kina. Idę pierwszy dzierżąc w ręku sześć biletów, podaję je panu przy wejściu...
- Z chipsami nie może pan wejść - rzecze.
Rozglądam się, czy ktoś ze znajomych kupował sobie chipsy. Kasia, Bartek, Iza?...
- Proszę?
- Nie może pan wejść na salę z rzeczami kupionymi gdzie indziej, niż w naszym bufecie.
- Słucham?
- Nie może pan wejść z chipsami kupionymi poza naszym bufetem.
Wreszcie załapałem jego spojrzenie wycelowane w reklamówkę w mojej ręce.
- Ale to jest kawa!
- Nie może pan wejść, jeżeli nie kupił jej pan w naszym bufecie.
- Proszę pana, to jest kawa ziarnista i na pewno nie będę jej spożywać podczas seansu!
Jakoś się udało. Zastanawiam się, co by było, gdybym próbował wnieść na salę butelkę Domestosu...

W każdym razie - film. Aha, jeszcze nie, jeszcze o samym kinie. Lubię chodzić do kina oglądać filmy. Ale nie znoszę chodzić do kina wąchać gorący popcorn, pikantne chipsy czy tacosy czy jak to tam nazywają i słuchać siorbania colą. No!

A film... Szczerze mówiąc - nudny! Jeszcze nigdy na żadnych "Harrym Potterze" nie spoglądałem na zegarek i nie ziewałem tak szeroko! Zrobiony jakoś tak... pusto. Przejścia między ważnymi scenami, kiedy można było wykorzystać nastrój wytworzony przez zwycięstwo czy klęskę - zaprzepaszczone za sprawą nagłówków gazet, które w tym czasie pojawiały się na ekranie. Brakowało mi tam - atmosfery. Czy to atmosfery trochę dziedzinnej magii, jak w pierwszych częściach, czy też wylewającego się z ekranu mroku, jak w "Czarze ognia". I jeszcze jedno - gdybym nie znał wcześniejszych tomów, gdybym nie przeczytał również piątego z nich - nie bardzo wiedziałbym, o co w tym filmie chodzi. Przykro mi bardzo, ale dla mnie film - nawet jeżeli jest to piąta czy siódma część - powinien być zamkniętą całością. Jak każdy z filmów o Jamesie Bondzie. A nie jak druga część "Piratów z Karaibów".

Najlepszym momentem filmu dla mnie była niewinna odpowiedź Snape'a do Umbridge: "No idea". Nie sposób się doczekać kolejnej części, kiedy to on będzie dużo bardziej w centrum uwagi.

PS Nasze tymczasowe koty nadal są chętne na znalezienie domu na stałe! Proszę nie bać się toksoplazmozy ani żadnych innych dziwnych chorób i przynajmniej przyjść je pogłaskać. No już!

wtorek, 24 lipca 2007

Biurko

Dzisiaj koty odkryły Biurko. I ramkę ze zdjęciem Izy przewróciły chyba już ze cztery razy (na razie nie podnoszę, bo po jeszcze przewrócą ponownie i się stłucze czy coś). A Mała upodobała sobie szczególnie sznureczek od rolety. Ciągnie go, ale nie wiem, czy chce te rolety podnieść czy opuścić. Mały teraz śpi na biurku. Oczywiście na samym środku. Wrodzony koci zmysł wykrywania środka wszystkiego (zwłaszcza środka Wszechświata, który - jak wiadomo - znajduje się tam, gdzie kot).

poniedziałek, 23 lipca 2007

Żałoba a bankowość?

Chciałem zalogować się do mojego banku. Na stronie głównej serwisu transakcyjnego (https://moj.multibank.pl/) - nie ta strona, co zwykle! Pytanie - czy mam powiadomić obsługę banku, że ktoś podmienił stronę na niezbyt udaną podróbkę i próbuje ode mnie wyłudzić hasło? Wygląda na to, że właśnie tak - apele o to, aby nie logować się, gdy coś wygląda podejrzanie, do mnie akurat trafiają.

Żałoba - czyli dlaczego nie

Została wprowadzana szósta już w tym wieku żałoba narodowa w Polsce. Siódmy rok stulecia - szósta żałoba - niezły wynik. Dla porównania - w ubiegłym wieku, od zakończenia II wojny światowej, mieliśmy żałobę tylko pięć razy (śmierć Stalina, Bieruta, Zawadzkiego, Wyszyńskiego i po powodzi w 1997 roku). A teraz jesteśmy już po 11 września, 11 marca (Madryt), Janie Pawle II, hali wystawowej i Halembie (za Wikipedią).

We Francji w jednym momencie zginęło 26 osób. Podczas weekendu majowego w tym roku na polskich drogach zginęło 112 osób (polska.pl). W całym roku 2005 zginęło 5444 osób (prawie 15 dziennie!). W grudniu 2004 roku w wyniku tsunami zginęło 294 tysięcy ludzi. Wg Lancet między 2003 a 2006 rokiem w wyniku działań wojennych zginęło ok. 655 tysięcy Irakijczyków.

No i co? No i nic.

Żal mi tych ludzi, którzy zginęli we Francji. Żal, zwłaszcza że zginęli przez głupotę (albo brak doświadczenia, albo nieodpowiedzialność) innych ludzi. Ale nie znałem nikogo z nich. Ich śmierć spowodowała u mnie refleksję. Ale nie mam zamiaru rozpamiętywać ich śmierci przez trzy dni.

Gdyby wśród nich był ktoś mi bliski, ba, ktoś w ogóle znajomy - cała sytuacja wyglądałaby dla mnie zupełnie inaczej. Wtedy nikt nie mógłby mi nakazać, że mam smucić się i nie chodzić na koncerty przez zaledwie trzy dni. Smuciłbym się tak długo, jak byłoby to konieczne.

Premier ogłosił (za gazetą.pl), że poszkodowani i rodziny ofiar dostaną z rezerwy premiera (czyli od rządu, czyli z moich podatków) po 110 000 zł. Przepraszam bardzo - za co? Że zginęli razem w autokarze, a nie na przykład na siódemce koło Chęcin (Echo Dnia). Nie umniejszam wagi śmierci pielgrzymów - ale czy takie traktowanie nie jest lekceważeniem wszystkich innych ofiar wypadków?

To, że prezydent poleciał do Francji - bardzo dobrze. Reprezentuje państwo polskie i powinien tam być. Ale po co pojechali z nim wiceminister zdrowia i wiceminister transportu? Ten od zdrowia najlepiej oceni stan zdrowia rannych? A ten od dróg znajdzie od razu przyczynę wypadku? Przykro mi bardzo, ale nie pachnie mi to reprezentacją państwa, tylko innej organizacji na literę "P".

Jeszcze odnośnie żałoby. Koncert The Rolling Stones nie zostanie przeniesiony (gazeta.pl). No i bardzo dobrze. Bo plan był taki, ażeby ten koncert przenieść o około trzy godziny tak, by zaczął się chwilę po północy z środy na czwartek. I co - te pięć minut mają świadczyć o tym, czy jest żałoba czy nie?

Jak dla mnie - trąci lekko paranoją...

Jak to dobrze, że koty się tym absolutnie nie przejmują i brykają, aż miło.

Kocięta do wzięcia

Koty z poprzedniego posta mają już swojego bloga i z coraz większym zniecierpliwieniem oczekują nowych właścicieli.

Chwilowa zmiana liczności rodziny

Od piątku zamiast we dwójkę, mieszkamy we czwórkę. Ja, Iza i dwoje kociąt.

Jest to tylko stan tymczasowym. Przez około dwa tygodnie będziemy się tymi kociakami opiekować, a później przekażemy je komuś, kto weźmie je już na stałe.

Sam nie wiem, jak się na to zgodziłem... Ale trudno. Już po fakcie. A koty już zaczęły używać swojej strasznej, pierwotnej zwierzęcej magii i wydają się być... śliczne. Więc tak - jest ich dwoje - on i ona, rodzeństwo, mają po dwa miesiące. Ona troszkę mniejsza i słabsza, więc on to wykorzystuje i rzuca się na nią, i bawi, i przygniata. On - co chwilę chce wyjść z łazienki i iść zwiedzać całe wielkie mieszkanie.

Najgorsze jest to, że te kotki zaczynają mi się podobać. I podoba mi się to uczucie, kiedy głaskane - mruczą. Ale to nie są nasze koty. Nasz kot zamieszka u nas dopiero po rejsie. No. Niemniej jednak te dwa to będą przecież pierwsze koty, jakie mieszkają u mnie w domu...

czwartek, 19 lipca 2007

Park linowy

Niedawno został w Krakowie otwarty parki linowy. Wczoraj byliśmy tam z Izą. A wrażenia - nieziemskie :)

Z czystym sumieniem mogę to miejsce polecić wszystkim, którzy

  • mają choć trochę kondycji fizycznej
  • lubią ekstremalne przeżycia
  • nie mają nic przeciwko wiszeniu jakieś 8 metrów nad ziemią
Jeżeli ktoś nie spełnia tych warunków, to przeżycia dla niego mogą być jednak traumatyczne.

A co tak naprawdę jest w tym parku? Wchodzi się na platformę na drzewie. I przechodzi na następną platformę na innym drzewie. I tak ze dwadzieścia razy. Za każdym razem poprzez inny rodzaj mostu linowego. Czy to zwykły mostek z w miarę stabilną podłogą, czy to jedna lina na nogi, jedna na ręce, czy to wisząca pionowo siatka, czy to chwiejąca się na wszystkie strony belka, czy to strzemiączka, czy to opony, czy to kolejka tyrolska.

Przejście zajmuje koło godziny. Czas podobno jest proporcjonalny do wieku uczestnika :)

Przez cały czas każdy jest przypięty co najmniej jednym karabinkiem. Podczas przejścia zapięte są oba, więc nie wydaje mi się, żeby komukolwiek udało się spaść - oczywiście, gdy przestrzega zasad. Aha, trzeba podpisać papierek, że idzie się tam na własne ryzyko.

Dzisiaj - dzień po bitwie. Otarcia na palcach, otarcia na ramionach, trochę zmęczone łydki. Ale wrażenia - bezcenne.

Dzisiaj powinienem dostać trochę zdjęć, więc zamieszczę.

Aha, artykuł o parku jest tutaj.

poniedziałek, 16 lipca 2007

Roquatelle Corbieres

Wczoraj mieliśmy namiastkę imprezy w mieszkaniu (impreza, na którą zaprosiliśmy wielu znajomych nie odbyła się z braku odzewu). A wczoraj wyszło tak... spontanicznie.

No i wino. Iza, z okazji zaręczyn, dostała od swoich koleżanek wino Roquatelle Corbières (2004); dostała jeszcze coś innego, ale o tym pisać publicznie nie będę. W każdym razie - wino. Pierwsze wrażenie - bardzo intensywny zapach (zwłaszcza od korka). Intensywny aromat jeżyn. Ale smak... Nie tego spodziewałem się po czerwonym wytrawnym winie. Smak - owszem, wytrawny - ale jakże delikatny. Jak na wino wytrawne - idealne do picia tak o, dla smaku, bez jedzenia. Nawet w taki upalny wieczór, jak wczoraj.

czwartek, 12 lipca 2007

Andrus, Rydzyk i pomyje

Ze "Szkła kontaktowego". Jeden z dwóch powodów, dla których mógłbym żałować, że nie mam telewizora.

środa, 11 lipca 2007

Shrek

Bardzo spontaniczne wyjście do kina. Tuż po tym, jak upiekliśmy ciasto z wiśniami, których chwilowo mamy zatrzęsienie :) O filmie więc... Po pierwsze - samo kino. Bardzo, bardzo dawno nie byłem w Kijowie. Pierwszy jego plus - jest bardzo blisko, raptem piętnaście minut od nas. Po drugie - było w nim prawie pusto. Dobra, może nie pusto, ale tłoku nie było. Może to specyfika wtorkowego wieczora, ale nie wiem, co innego można robić przy takiej pogodzie, jak wczoraj.

A film - nie zachwycił. Ciepły, rodzinny, mimo że zaczyna się od śmierci... Osioł z Kotem jak zawsze zachwycający. Ale nie ma już tylu perełek, co pierwsza część. Ja nie zapamiętałem ani jednego tekstu i nie bardzo widzę, czy którykolwiek wejdzie do języka codziennego.

Niemniej jednak - film się podobał. Strasznie krótki - z kina wyszliśmy ledwo po półtorej godzinie od momentu wejścia na salę.

O, a propos reklam. Film "Transformers". Produkowany przez Spielberga. Dawno się tak nie śmiałem na żadnym zwiastunie. Śmiertelnie poważnie potraktowany temat samochodów, które nagle wstają i zmieniają się w roboty. A to podobno jest najazd kosmitów. Ale nie wszystkie roboty są złe. Pffff... Tylko nie wiem, czemu widownia się aż tak bardzo nie śmiała...

Wino Chardonnay Trentino z 2004, które dostaliśmy od Małgosi - doskonałe. Bardzo intensywny smak i zapach owoców leśnych (jeżyny?), dość lekkie (ale nie za bardzo, wszak to Chardonnay). Chyba trzeba będzie poszukać czegoś więcej w tym właśnie rodzaju...

wtorek, 10 lipca 2007

Perełka z książki MS

Czytam sobie książkę Microsoftu przygotowującą do jednego z egzaminów dotyczącego platformy .NET. Rozdział o serializacji:

Similarly, if you want to send an object to an application running on another computer, you establish a network connection, serialize the object to the stream, and then deserialize the object on the remote application. Teleportation in science fiction is a good example of serialization (though teleportation is not currently supported by the .NET Framework).
Ale książka była pisana pod .NET 2.0. Może w 3.5 jest już obsługa teleportacji?

poniedziałek, 9 lipca 2007

Rząd się rozwala, trala-lala-lala

Pana Leppera nie ma już w rządzie. Nie jest ani wicepremierem, ani ministrem. Oznacza to również, że Samoobrona nie popiera już rządu. Czyżby coś się waliło? Adam Lipiński z PiSu powiedział, że jak nie będą mieli większości, to będziemy mieli nowe wybory. "Wprost" sugeruje, że może we wrześniu. Nie ukrywam, że cieszę się bardzo, że w rządzie o jednego ćwierćinteligenta mniej. Szkoda, że pozostało ich jeszcze trochę. Ale - czerwcowy sondaż wyborczy PBS mówi, że w tym momencie do Sejmu nie dostałaby się ani Samoobrona, ani LPR. Czyżby został tylko coraz bardziej radykalny PiS?

Oburzył mnie udział niemal połowy rządu (na czele z premierem i wszystkimi wice) na finale pielgrzymki rodziny Radia Maryja (czy jak się ta organizacja nazywa) w Częstochowie. I znowu mieliśmy słowa - że "tu jest Polska". Aha, a ci wszyscy, których tam nie było, to co? Znowu ZOMO?

Ale może jednak nie dojdzie do aż tak dużego ureligijnienia (a raczej - uklerykalnienia) rządu, a - co za tym idzie - całej Polski. Od rana wszyscy słuchają, co też ciekawego x. Rydzyk ma do powiedzenia o prezydencie i jego żonie. Że ta czarownica powinna poddać się eutanazji? Bardzo ciekawe stanowisko. Zwłaszcza jak na księdza. Czy księżom za namawianie do grzechu (wszak eutanazja to grzech) nie grozi jakaś ekskomunika albo inne tego typu atrakcje?

Bartosz Węglarczyk napisał w swoim blogu, że jeżeli "ta wpadka nie obali Rydzyka, to już go nic nie obali". Mam nadzieję, że wreszcie cały Episkopat ruszy swoje sutanny i wykopie x. Rydzyka z dala od mikrofonu, kamery i edukacji.

Jednym słowem - dzisiaj w Polsce coś się zaczęło dziać. Mam nadzieję, że sytuacja rozwinie się we właściwą stronę.

A żeby nie było, że tylko w polityce są dobre wiadomości - Iza zakończyła dzisiaj czerwcowo-lipcowe zmagania z uczelnią i możemy choć w pewnym stopniu rozpocząć wakacje. Tak więc - kino, basen i lenistwo :) A dzisiaj Chardonnay Trentino z 2004. Małgosiu, dziękujemy :)

niedziela, 1 lipca 2007

Poimprezowo

Spotkanie klasowe nie za bardzo się udało. Tylko dwie osoby spoza grona, z którym i tak się czasami spotykam. Plus wychowawca. A tak to skład w zasadzie taki sam, jak na imieninach Piotrka.

Jeżeli tak ma wyglądać ewentualne spotkanie w pięciolecie matury, to ja dziękuję. Przy czym nie mam nic do zarzucenia organizacji, bo Gosia maila zapraszające na ten konkretny termin wysłała bodajże w kwietnie. To co, pozostałym należy wysłać imienne zaproszenie pocztą z rocznym wyprzedzeniem?

Za to dzisiaj przejrzałem sobie album ze zdjęciami wszystkich osób, które razem ze mną zdawały maturę. Coraz słabiej pamiętam twarz, coraz słabiej kojarzę osoby. Ale praktycznie wszystkich wspominam cieplej, niż sobie na to zasłużyli :) Po prostu kwestia czasu...

Z innej beczki. Dzisiaj w końcu - po całym zamieszaniu sesjowo-przeprowadzkowym - skończyłem oglądać 3. serię Battlestar Galactica. No, i wreszcie coś ciekawego do obejrzenia. I znowu zaskakujące zakończenia. No i w ogóle ten serial daje mi dużo radości. Bo jest to dobrze zrobione science-fiction. Z bardzo rozbudowaną częścią społeczną. I tylko trochę przeszkadza mi to, że słychać, jak myśliwce latają w kosmosie. No, ale nie każdy film musi być Odyseją kosmiczną.

I - ponieważ przeczytałem dzisiaj prawie 100 stron książki, takiej normalnej, do czytania, a nie podręcznika czy czegoś z Klasyki informatyki - to wróciłem też do oglądania Losta. Obejrzałem sobie dwa odcinki ze środka 3. serii. Ale nadal mnie nie zachwycają tak, jak robiły to odcinki z samego początku serialu! W każdym razie, Monika podczas ostatniej rozmowy na tyle rozpaliła moją ciekawość, że spróbuję jakoś dotrwać do końca tej serii.

sobota, 30 czerwca 2007

Imprezowo

Wysyp jakiś imprez ostatnio... Nie, nie narzekam. Ale dzisiejszy dzień jest trzecim dniem z rzędu, którego wieczór spędzam gdzieś poza domem. A to nie koniec atrakcji, jak się zapowiada.

Przedwczoraj wizyta u Moniki i Szymona (link do bloga w prawej kolumnie). Pierwszy raz zobaczyłem mieszkanie kolegi, z którym codziennie rano piję kawę w pracy. Efekt ich pracy - super :) I bardzo przyjemnie się nam rozmawiało, i bardzo przyjemnie piło się wino i w ogóle było bardzo sympatycznie.

Wczoraj - imieniny Piotrka (link do bloga w prawej kolumnie). Bardzo udany grill, bardzo smaczny Smadny Mnich i ludzie, których od bardzo dawna nie widziałem. Ale mam wielką nadzieję, że następnym razem zobaczę ich jednak po nieco mniejszej przerwie.

Dzisiaj krótka wizyta koleżanki ze studiów (brak linka do bloga!). Krótka pogawędka, która spokojnie mogłaby być kilkakrotnie dłuższa, bo przecież studiujemy razem, a nie rozmawialiśmy chyba od pół roku. Dzięki, Aniu, za fantastyczne ciasteczka!

A za chwilę spotkanie klasowe. Pierwsze po czterech latach. Zastanawiam się, czy zobaczę tam innych ludzi niż ci, z którymi i tak mam częsty kontakt. No, ale zawsze można spróbować. A jeśli dzisiaj nie wyjdzie, to za rok spotkanie będzie musiało być udane. Wszak to pięciolecie matury będzie! (Jejku jej, a teraz to już cztery lata mijają? Niemożliwe...)

poniedziałek, 25 czerwca 2007

Heyah

Dzwonię do Heyah. Iza ma tam telefon i miała problem. Dzwonię więc ja (oczywiście):
- Dzień dobry, mam taki problem, bla bla bla...
- Ale to nie tutaj, to musi Pan zadzwonić do biura obsługi, może Pan zadzwonić z każdego numeru.
- Poproszę zatem ten numer.
- Ten, z którego Pan dzwoni?

Uczelnia

No tak, nic nie może być do końca jasne. Nie może być tak, że jest sukces. Bo zawsze jest "ale".

Dzisiaj sukcesem była brązowa odznaka Stanisława Staszica, którą odebrałem z rąk dziekana. Bardzo miły gadżet, którego zdjęcie zamierzałem zamieścić, ale nie wiem, gdzie mamy aparat inny niż w komórce. No to fajnie, elita elitarnego wydziału i w ogóle inne piękne frazesy; poczułem się jak ktoś zupełnie wyjątkowy... :)

Niestety, późniejszego egzaminu z baz danych do udanych zaliczyć nie można. Pytania na pierwszym pierwszym terminie były nieporównywalnie łatwiejsze. A te dzisiaj - dla mnie zaskakujące. Mam przynajmniej nadzieję, że wyniki będą szybko i nie będzie trzeba tkwić w niepewności.

Wizyta rodziców

W sobotę po raz pierwszy doświadczyliśmy wizyty moich rodziców. W pewnym stopniu było tak, jak się tego spodziewałem. Na początku reakcja negatywna - po zobaczeniu bloku. Później - to samo - po zobaczeniu klatki schodowej. Ale po wejściu do mieszkania - tym większe zaskoczenie, że w tak brzydkim bloku może być takie ładnie.

Wizytę można uznać za bardzo udaną. Mieszkanie się podobało, jedzenie, które zrobiliśmy (pizza z pełnoziarnistej mąki) smakowało. I dostaliśmy prezent. Pierwszą oznakę Luksusu w naszym mieszkanie. Od soboty kawę robi nam takie urządzenie. A jaka pianka! Teraz już nie mam co chodzić do pracy na 0700, żeby się dobrej kawy napić :)

Do listy prezentów załączam więc młynek do kawy. Żeby nasza kawa mogła być jeszcze lepsza!

czwartek, 21 czerwca 2007

KGD .NET - pierwszy i ostatni raz?

Od dobrych paru miesięcy wybierałem się na spotkanie Krakowskiej Grupy Deweloperów .NET. A to termin nie bardzo, a to coś do zrobienia, a to mi się zwyczajnie nie chciało. Dzisiaj - mobilizacja. Primo - blisko mam przecież. Secundo - koleżanka i koledzy z roku będą mieć swoją prezentację.

Czy mieli - nie wiem. Nie doczekałem. Nie udało mi się przebrnąć przez prezentację wcześniejszego prelegenta. Co więcej, mimo iż na spotkaniu spędziłem 40 minut, nie udało mi się doczekać jego prezentacji.

Panu posiadającemu zaszczytny tytuł Microsoft MVP (Most Valuable Professional), niestety, nie udało się podpiąć swojego laptopa do rzutnika. Próbował przez co najmniej pół godziny. Dłużej ja nie wytrzymałem. Ale chętnie się dowiem, czy mu się w końcu udało...

To był mój pierwszy raz na spotkaniu KGD .NET. Mam nadzieję, że nie ostatni. Chociaż wrażenia jak na pierwszy raz - straszne.

Eclipse 3.3

Pojawia się Eclipse Europa - zbiór projektów Eclipse'a. A w środku nowe źródło - Eclipse 3.3. Więcej o tym tutaj.

Jak tylko będę mógł, spróbuję ściągnąć sobie to ustrojstwo i potestować. Fajne jest to, że Europa ma aż 21 zintegrowanych projektów. Z nowości - AJDT, czyli AspectJ Development Tools, ciekawy narzędzie do programowania aspektowego (narzędzie samo w sobie nie jest nowe, nowością jest to, że pojawia się w pakiecie).

W każdym razie - wrażenia zostaną opisane. Najwcześniej za 9 dni, bo wtedy właśnie premiera.

środa, 20 czerwca 2007

Habeo Internet, ergo sum

Po długich bojach z Przeciwnościami Losu udało się - mamy Internet! To znaczy Internet jest w drugim pokoju, ale dzięki czemuś takiemu jak WiFi mam go i tu - ale nie wiem dokładnie, jak to działa, nie jestem przecież na Sieciach ;)

Na Przeciwności Losu złożyły się następujące fakty:

  • w bloku, w którym mieszkamy, instalację kablową posiada tylko jeden (słownie: 1) operator.
  • w bloku, w którym mieszkamy, do zasięgu radiowego nie przyznał się ani jeden (słownie: 0) operator.
  • poprzednia lokatorka tego mieszkania (nazwisko do znajomości redakcji) raczyła podpisać umowę z tym jedynym operatorem kablowym, której jednak czas trwania przekraczał czas jej zamieszkiwania pod tym adresem. To mi się w głowie nie mieści, jak można zrobić w ogóle coś takiego, ale - nil admirari - jak mawiali starożytni Etruskowie.
  • poprzednia lokatorka tego mieszkania, aby rozwiązać umowę, musi zapłacić karę umowną - na szczęście Komisja Trójstronna (ja, ona i właściciele mieszkania) ustaliła, że mnie nic do tego, bo to ona ją podpisala
  • poprzednia lokatorka tego mieszkania zgodziła się, abym do czasu rozwiązania umowy (czyli do końca lipca) korzystał z jej pakietu; niestety, muszę za to zapłacić.
  • poprzednia lokatorka tego mieszkania dopiero dzisiaj zadzwoniła do Aster podając im MACa mojej karty sieciowej.

Tym sposobem mogę w końcu od siebie napisać coś na blogu.

Niech żyje Internet! (Teraz to dopiero nie będzie mi się chciało uczyć;))

poniedziałek, 18 czerwca 2007

Po przeprowadzce

Walka była to ciężka i nierówna. Nas dwoje. Samochód kombi. Trzy mieszkanie źródłowe i jedno docelowe. I jeden dzień na jej stoczenie.

Dzień zaczął się o godzinie 0545. Od pożyczenia samochodu. Następnie była walka w moim mieszkaniu. Z biurkiem. Z ciężką szafką z szufladami. I z upływającym czasem.

Poszczególnych walk w ten piątek było wiele. Żeby wspomnieć tylko o zakupach w Realu przed 2200 i o pani w kolejce przed nami, która kupowała (między innymi) 42 opakowania talerzy jednorazowych. O tym, że Red Bull rzeczywiście dodaje skrzydeł, a przynajmniej sprawia, że ma się siła w ogóle ruszyć. I o tym, jakie straszne są korki w Krakowie, zwłaszcza, jak się jedzie z kaktusem dyndającym za fotelem.

Dzień skończył się trochę po północy. Moim powrotem do domu (naszego!). Ogarnięciem wzrokiem obu pokoi i stwierdzeniem, że takiej kupy gratów w jednym miejscu nie widziałem jeszcze w życiu. Ale to jest trochę tak, jak pakowanie się na jacht. Na kei wydaje się, że tych objętość rzeczy przekracza dwukrotnie objętość jachtu. A później i tak się wszystko mieści. I u nas też się wszystko zmieściło. W sobotę wczesnym popołudniem dostępna już była nawet ścieżka sypialnia-korytarz-salon-balkon. Wieczorem pojawiła się nawet Przestrzeń.

Niestety, nie pojawił się jeszcze Internet. Otóż poprzednia lokatorka razem ze swoim przedłużaczem zabrała również i zasilacz do modemu. Dzisiaj zamierzam go odzyskać.

No a dzisiaj wspaniałe uczucie. Wstałem o tej godzinie, co zwykle w normalny dzień tygodnia. Wyszedłem z domu o tej godzinie, co zwykle w normalny dzień tygodnia. W pracy byłem o godzinę wcześnie, niż zwykle w normalny dzień tygodnia.

Podsumowując - impreza oblewalna odbędzie się jakoś na przełomie czerwca i lipca. Oczekujemy od wszystkich ładnych kartek z wakacji, co by mieszkanie można przyozdobić i w ogóle. I do zobaczenia. U Nas :)

środa, 13 czerwca 2007

Przeprowadzka - start

Wczoraj wieczorem podpisaliśmy umowę. Na czas nieokreślony. Na warunkach, na które się wszyscy zgodziliśmy. I odebraliśmy klucze i w ogóle i w ogóle.

Jutro kupujemy łóżko i zaczynamy przewozić rzeczy, przynajmniej te najbardziej potrzebne. I kupujemy niezbędny sprzęt oraz dobra szybko- i wolnozbywalne.

I mamy nadzieję, że w piątek będziemy już tam nocować.

Szybko, prawda? Jutro miną dokładnie dwa tygodnie od momentu, kiedy oznajmiliśmy naszym rodzicom chęć wspólnego zamieszkania i zaczęliśmy myśleć o tym na tyle poważnie, żeby móc szukać czegoś konkretnego. Ale... chyba tak trzeba było, cios za ciosem. Na tyle szybko, żeby nie wszyscy odsapnęli po naszych zaręczynach.

Jednym zdaniem - wszystko rozwija się w dobrym kierunku. Teraz tylko trochę się urządzić. I dojść do porozumienia z uczelniami, że nic od siebie nie chcemy przez najbliższe trzy (w ostateczności - dwa) miesiące. A później możemy zapraszać na zwiedzanie. O czym informować będziemy w osobnych i osobistych komunikatach.

wtorek, 12 czerwca 2007

Na Safari? Chyba jeszcze nie...

Przeczytałem dzisiaj, że Safari, przeglądarka internetowa autorstwa Apple, jest dostępna również na Windows. No to co, spróbujemy? Spróbowaliśmy.

Zainstalowała i uruchomiła się błyskawicznie ("Blazing performance - 2x faster"). No to wchodzimy na gazeta.pl - stąd czytam wszystkie informacje i potrzebuję tej strony. Ładowała się strasznie długo - kilkanaście, kilkadziesiąt sekund. Firefox wczytuje ją do końca w sekund około pięć... No i zamiast niektórych linków była przestrzeń... Biała przestrzeń. Wprawdzie po najechaniu na nią pojawiało się podkreślenie, ale co to były za linki, nadal nie było wiadomo.

Dalej. Przy pasku adresu jakiś magiczny plusik. Po najechaniu na niego myszką nie pojawił się żaden tooltip. Ale wykoncypowałem, że może to jest przycisk otwarcia nowej zakładki. Nie wiem. Bo po naciśnięciu przeglądarka się zamknęła (poprzez wykonanie nieprawidłowej operacji). I tak za każdym razem po kliknięciu na ten przycisk.

Dezinstalacja trwała dłużej niż instalacja.

Spróbuję jeszcze w domu na laptopie...

PS O, pardon, okazało się, że to beta dopiero...

czwartek, 7 czerwca 2007

Się działo się

Od wczoraj przyszły teść ma nową żonę. No i co? No i nic. Jakoś wszystko to przeżyli. Tyle w tej kwestii.

Od wczoraj za to też mamy mieszkanie! W sensie wynajęte. Ale w końcu nasze. I od wczoraj mamy do niego klucze. A przeprowadzka za tydzień, może dwa.

Teraz więc, oprócz włączenia trybu "sesja", włączamy również tryb "szukamy rzeczy do mieszkania". Ponieważ mieszkanie jest kompletnie umeblowane z dokładnością do łóżka, to od niego rozpoczynamy łowy. Prawda, że dobry sprzęt na początek?

A tuż po sesji zapraszamy na imprezę inauguracyjną. No. Nareszcie!

piątek, 1 czerwca 2007

Dzień dziecka

Dostałem piękny prezent z tej okazji.
Przelew z Urzędu Skarbowego ze zwrotem podatku.
Czyli państwo stwierdziło, że jestem jego dzieckiem...

czwartek, 31 maja 2007

Teletubisie

O nich nie będzie. Bo już mi się niedobrze robi, jak słucham informacji na ten temat.

Będzie za to o absurdach Kraju w Którym Żyjemy. I o tym, że już robi się strasznie zamiast śmiesznie.

Primo – czyli o tym, że wojewoda może zakazać przemarszu, demonstracji, pochodu obok miejsca pamięci narodowej (a takie miejsca to np. pomnik, krzyż przydrożny, kapliczka czy tablica pamiątkowa), jeżeli to wydarzenie będzie naruszać powagę miejsca. Jednym słowem – w Krakowie czy w Warszawie nie będzie można zorganizować żadnego przemarszu, na który nie zgodzi się rząd (no bo wojewoda to przecież rząd); wszak w tych miastach co dwa kroki krzyż, kaplica, kościół, czy – nie daj Boże – pomnik. Nie mówiąc już o tablicach typu "w tym domu w nocy z … na … spał Goethe". Zapraszam na Kurdwanów – tu na razie nie ma żadnego pomnika, krzyża, tablicy; jest jeden (na razie, bo drugi ma niebawem powstać) kościół.

Secundo – czyli że Polskie Radio wywaliło p. Tadeusza Sznuka, bo pracował w stanie wojennym. Nie przeszkadza to jednak tej instytucji nadal wykorzystywać jego głosu w akcjach promocyjnych. P. Sznuk powiedział:

Jestem właśnie na tzw. wypowiedzeniu, ale zarząd zwolnił mnie z obowiązku świadczenia pracy, czyli nie życzył sobie, bym nadal był głosem obecny w radiu.

Dodał też, że gdyby ktoś go zapytał o zdanie, to oczywiście by się zgodził. Ale kto by się pytał…

Tertio – czyli o tym, że p. Giertych (tym razem Roman) i jego ministerstwo wyrzucają z listy lektur obowiązkowych Gombrowicza, Witkacego, Herlinga-Grudzińskiego, Goethego, Conrada, Dostojewskiego, Kafkę. Nie chcę pisać o tym, co wprowadzono w zamian, bo nie jestem w nastroju na dysputy światopoglądowo-religijno-dogmatyczno-klerykalno-świeckie. Ale jak można usunąć "Zbrodnię i karę"? Mnie się to w głowie po prostu nie mieści.

Z drugiej strony, przeczytałem komentarz, że może i dobrze, że się usuwa tych autorów. Może młodzież, jak zawsze na zasadzie przekory, sięgnie nawet nie po to, co zakazane, ale po to, co odradzane?

Quarto – dzisiejsza Wyborcza krzyczy dużym tytułem "Mengele". I to jest przerażające. Że sprawie przeciwko chirurgowi G. (najsłynniejszy lekarz w Polsce, chyba…) CBA nadaje taki właśnie kryptonim.

Najgorsze jest właśnie to, że od jakiegoś czasu obserwuję działania władzy w granicach prawa, ale poza granicami dobrych obyczajów i demokracji. Nie ma nigdzie przepisu, że przewodniczącym komisji sejmowej ds. służb specjalnych jest przedstawiciel opozycji i że zmienia się co pół roku, ale tak zawsze było i było to pewną gwarancją ich niezależności od władzy. Nie było nigdzie przepisu, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji ma za członków ludzi różnych opcji. Nie było nigdzie przepisu, że prezesem NBP ma zostać wybitny ekonomista. Ale takie były standardy. Niepisane.

Tak jak nigdzie nie jest napisane (zapewne), jaki kryptonim może nadać sprawie jakaś instytucja. Ale jeżeli to staje się jawne, to nie powinno być w złym guście. A "Mengele" nie jest w złym guście. Uwłacza godności niewinnego człowieka ; niewinnego – bo żadne wyrok w jego sprawie do tej pory nie zapadł.


 

Jeden dzień, a tyle wrażeń… Dobrze, że oprócz skrajnie negatywnej polityki i życia publicznego są jeszcze inne aspekty. Które dzisiaj wyglądają bardzo obiecująco. Ale to temat na zupełnie inną historię…

środa, 30 maja 2007

Sprzed paru dni

Czyli – firmowy wyjazd impregnacyjny!


Pojechaliśmy do Piwnicznej, o czym dowiedziałem się w sumie w dniu wyjazdu, bo co mnie to niby obchodzi? Zawiozą na miejsce, zawiozą z powrotem, a samego miejsca i tak nie będę zbyt dobrze kojarzyć…


Pierwszego dnia: poszukiwanie skarbu, czyli bieg z przeszkodami po lesie. Skarbu wprawdzie nie znaleźliśmy, ale za to połaziliśmy po mostach linowych (w sensie: jedna lina na stopy, druga lina na ręce), postrzelaliśmy z łuków i z wiatrówek (nie powodując przy tym żadnych strat wśród osób trzecich), spociliśmy się chodząc po lesie (według wskazania GPSu, podczas gdy obok równolegle była droga asfaltowa), byliśmy na tyrolce (mój faworyt, zdecydowanie! patrz: poniższe zdjęcie) i, co chyba najważniejsze, poznaliśmy (w sensie ja poznałem), że w firmie pracują bardzo fajni ludzie, nie tylko informatycy (!) i nawet kobiety (!!). (Napisałbym jeszcze, że nawet ładne (!!!), ale tego mi chyba nie wolno, jeszcze Cenzura przeczyta i będzie nieprzyjemnie…).



Sobota – dzień pełen wrażeń i to od rana do… rana! Wyjazd nad Rożnów. Obserwowanie, jak czwórka facetów na Orionie próbuje odejść od jednego pomostu tylko po to, żeby zaraz wbić się w drugi. I żeby później z pomocą żagli, silnika i pagajów za wszelką cenę spróbować wpłynąć pod most. Gdyby nie kamienie, w które wpłynęli, uniemożliwiłby im to niezłożony maszt… W każdym razie, obserwowanie ich było przednią zabawą. Jak tylko uzyskam zgodę autora, wrzucę filmik ukazujący tę straszną Walkę z Żywiołem.


A potem – nurkowanie. Płytkie, bo tak do 5 metrów. No i bardzo niesamodzielne, bo wystarczyło tylko oddychać, machać nogami i nie denerwować się. I zupełnie na ślepo, bo widoczność w jeziorze około 30 cm. Ale jakie wrażenia! Pierwsze kilka oddechów przez automat – trudne. I uczucie, że jest za mało powietrza. I zanurzenie w wodę, gdzie nic nie widać, tylko bura woda, i oddechy, które jednak przynoszą wymaganą ilość tlenu. I bardzo fajne odczucie, kiedy na pewnej głębokości woda nagle, w jednym momencie, z bardzo ciepłej robi się chłodna. I rzeczywiście, pod wodą nie czuć czasu. Bo sam nie wiem, jak długo tam byłem. Ale i tak było niesamowicie. Polecam! Teraz tylko trzeba upolować jakiś kurs. Tylko, niestety, droga impreza – około 1200 złotych…


Spływ pontonem po Dunajcu. Nie wiedziałem, że ta spokojna rzeka momentami taka niespokojna… Od czasu do czasu rzuciło pontonem w górę i w dół, prąd okazał się na tyle wartki, że płynęliśmy z prędkością biegnącego człowieka… Tylko, niestety, na bitwę morską polegającą na chlapaniu wiosłami było trochę późno. Bo po schlapaniu okazało się, że słońce nie świeci już tak mocno, jak kilka godzin wcześniej, a noszenie mokrych wszystkich (dosłownie) ciuchów na dłuższą metę nie jest najwygodniejsze. No, ale w końcu człowiek przecież wysycha, a przeżycia pozostają.


I impreza. Która skończyła się podobno koło 0600, ale ja spać poszedłem dobrą godzinę wcześniej. Choć i tak już po świcie. Zbiorowe karaoke (dziwne, nikt nie był na tyle pijany, żeby odważyć się śpiewać całkiem samemu), tańce, hulanki, swawola. I naprawdę dobra zabawa. I nawet ja, osoba, która boi się ludzi i stara się ich unikać, bawiłem się wyśmienicie – i to wśród obcych. Nie spiwszy się, oczywiście. Nie wiem, jak wytłumaczyć sobie samemu ten fenomen…


Niestety, od poniedziałku już wszystko po staremu. W związku z tym obrazek (to co, że już pojawił się w x różnych źródłach, dzięki niemu ubawiłem się po pachy!):




wtorek, 22 maja 2007

Shirley Valentine

Na tej właśnie sztuce byliśmy w niedzielę wieczorem Pod Ratuszem. Jak dostaje się już darmowe bilety, grzechem byłoby nie skorzystać z możliwości obcowania z Kulturą Wyższą.

Sztuka jest monodramem. Trochę wstyd się przyznać, ale nigdy do tej pory nie widziałem żadnego monodramu. Czy to oznacza, że cham jestem i prostak?

Shirley – czyli Agnieszka Schimscheiner – to zwyczajna, za przeproszeniem, kura domowa. Która w pewnym momencie odkrywa, przy udziale znajomej feministki (tfu tfu), że może jednak nie musi być tą kurą do końca swojego życia. I, jak to w życiu i bajkach bywa, odmienia swój los, na przekór wszystkim dokoła.

Sztuka jest bardzo dobrze zagrana. Pani Schimscheiner wypełnia sobą całą scenę, a sposób, w jaki naśladuje inne postaci, jest fantastyczny (dziewczynki jako aniołki!). I świetnie wyraża emocje. Grymasem, głosem… Potrafi w ciągu kilku sekund przejść z euforii do rozpaczy. (Ja wiem, że każda kobieta to potrafi, ale nie każda na scenie). A jak krzyczy!

W każdym razie, przedstawienie bardzo ładne. W pewnym stopniu na pewno dlatego, że życiowe. I każdy jest w stanie odnaleźć swoje cechy w choć jednej postaci przywoływanej na scenie. Chociażby w mężu Shirley, który uważa, że wszystko mu wolno, wymagać, poniżać, narzucać – bo przecież kocha.

Sztuka ma 15 lat, ale w Polsce chyba dopiero niedawno pojawiła się moda na tego typu treści – idealne dla kobiet w okolicy pięćdziesiątki, najlepiej po rozwodzie. Popyt jest, to i produkuje się podaż. Ale dla pani Schimscheiner chyba warto ten popyt wzmocnić. Nawet jak nie jest się rozwódką, ani nawet rozwodnikiem.

poniedziałek, 21 maja 2007

Cutty Sark spłonął

Dzisiaj rano spłonął jeden z najbardziej znanych i najpiękniejszych żaglowców na świecie.

Cutty Sark – herbaciany kliper zbudowany w 1869 roku. 64 metry po pokładzie. 3000 m kwadratowych żagli na 6 piętrach. Był w stanie przepłynąć 350 mil w ciągu doby.

Nie wiadomo, jaka była przyczyna pożaru. Statek – znajdujący się w suchym doku – był remontowany, więc duża część wyposażenia (w tym m.in. maszty) przechowywana była gdzie indziej.

Teraz po tym pięknym żaglowców zostanie nam tylko whisky marki Cutty Sark. I wiersz Roberta Burnsa o szkockiej wiedźmie Nannie (Annie), która ubrana była tylko w przykrótką lnianą koszulkę nocną (czyli właśnie sark):

Her cutty sark, o' Paisley harn,
That while a lassie she had worn,
In longtitude tho' sorely scanty,
It was her best, and she was vauntie.
Ah! little kend thy reverend grannie
That sark she coft for her wee Nannie
Wi' twa pund Scots ('twas a' her riches)
Wad ever graced a dance of witches!

Więcej informacji: na polskiej i angielskiej Wikipedii oraz stronie samego żaglowca. A o wypadku: tu lub tu. I jeszcze po polsku.


czwartek, 17 maja 2007

Minister Kalata

Cytat z dzisiejszych Faktów:

Minister Kalata jest jedyną osobą w rządzie realizującą program "Tanie państwo" – bo nie wydaje unijnych pieniędzy; przy okazji skutecznie walczy z bezrobociem – w szeregach Samoobrony.

Jej ministerstwo (Pracy i polityki społecznej) wydało 4,2% pieniędzy otrzymanych z UE. Co nie przeszkodziło tejże pani wydawać nasze pieniądze (tak, nasze) na swoją wizażystkę. I jednocześnie zatrudniać kuzynów, szwagrów, zięciów i nie wiadomo kogo jeszcze najważniejszych osobistości (khem, khem) z Samoobrony.